20 września 2017

Od Argony - Multiosobowość ♘ 1/7

  Drzwi, przez które jakiś czas temu wyszedł Darkness zostały rozwarte kopniakiem i do pomieszczenia wpadł zzaiajany i spływający potem Rori. Zatrzasnął za sobą wejście i  oparł się o nie plecami. A obu rękach trzymał po karabinie maszynowym, koszula na jego piersi była rozdarta w kilku miejscach, z ubrania kapała krew.
- Jesteś ranny - stwierdziła Alpha, rezygnując ze snu i podbiegając do podwładnego. - Ario, przydaj się na coś i pozamykaj okna. - To ostatnie powiedziała, odwracając na chwilę głowę od ochroniarza i zwracając się bezpośrednio do białej dziewczynki. Tamta z przerażeniem na twarzy pokiwała główką i pobiegła w stronę najbliższego wylotu, by z dużą siłą zatrzasnąć okiennice. Anthitei, stał oparty o pułki i z zaciekawieniem patrzył na krwawiącego Roriego. Argona niemal czuła jego pożądanie. - Nawet o tym nie myśl. Co się dzieje Rori?
  Spojrzała wreszcie w oczy chłopaka.
- Mógłbym zapytać o to samo... - wychrypiał, łapiąc wreszcie oddech. - Z kim rozmawiałaś?
  Alpha lekceważąco machnęła dłonią.
- Dasz radę wyczarować nieco bandaża? - spytała, a widząc, że chłopak kręci przecząco głową, ściągnęła z siebie koszulkę i jęła drzeć ją na pasy. - Więc?
- To miejsce ostatecznie jest spalone - powiedział, już nieco uspokoiwszy swój organizm, mężczyzna. - Jakiś walony informator musiał nas wyniuchać, ałł... - syknął, gdy Alpha zacisnęła mocno materiał na jego boku.
- Jakby to miało być trudne - parsknął z tyłu Anthitei, spotykając się z piorunującym spojrzeniem Arii.
- Żaden z naszych członków nie dałby nikomu przyuważyć się, jak zmierza do bazy! - oburzyła się Aria, zamykając ostatnią okiennicę.
- Logicznie rzecz biorąc... - zaczął Lexie, znów czystym i spokojnym głosem, gdy Argona warknęła, rozkazując im się zamknąć. Chłopak skulił się nieco w sobie i zaczął coś mamrotać pod nosem, Aria zrobiła nadąsaną minkę, a demon wzruszył ramionami, zachowując fałszywy uśmiech na ustach.
- I teraz mamy na karku Feldgrau - dokończył wreszcie blondyn. - Bojówka już zaplanowała, jak opiętnuje ten dom. Jeśli zostaniemy w środku nie obędzie się bez ofiar... Wiesz, że Leniniewski będzie musiał zareagować.
- Wiem - odparła Argona, kończąc opatrunek.
- ..ego ...udzie ...ędą od ...iego ...czekiwali - dokończył za nią Lexie, cicho.
- Po co ci te karabiny? ZUPA przecież nie walczy - zauważyła Alpha, patrząc krytycznie na bronie ochroniarza.
- Na strzałki usypiające... - powiedział, drapiąc się po karku z zakłopotaniem. - Nie miałem zamiaru nikogo krzywdzić, ale człowieku, trzeba ich było trochę spowolnić. Już i tak przez to, że byłem ostrożny spadłem z pierwszego piętra i rozwaliłem sobie bok o kant śmietnika.
- Wszystko jasne - skwitowała dziewczyna. - Ewakuujemy się. Pomóż mi spakować dokumenty. I resztę sprzętu. Weźmiemy ile się da.
  Czarnowłosa podbiegła do na pozór zwyczajnej ściany i podważając ją nożem, odwaliła jedną deskę. Reszta poszła gładko. W środku...
- Łooo panie, ale tam duszno było - dziewczyna, która wyłoniła się ze środka byłą nieco zakurzona. Jej ubranie przypominało strój robotnika, z tym że ogrodniczki nie były niebieskie, a czarn... szare. Mogły być kiedyś czarne, jednak były wytarte, miejscami wręcz do białości. Poza tym na stopach miała wysokie glany, luźno zawiązane, czarny sportowy top, czarne rękawiczki bez palców oraz arafetkę, spod której wystawały splecione w warkoczyki rudo-różowe włosy. Co jeszcze można było o niej powiedzieć? Miała piegi...

18 września 2017

Od Argony - Multiosobowość ♙

  Darkness wyszedł, z rozmachem trzaskając drzwiami. Argona co prawda nie spodziewała się po nim niczego innego, jednak i tak westchnęła z dezaprobatą i bez entuzjazmu wróciła do wypełniania papierów. Warren Rivers był dobrym wyborem Bethy. Silny, bezwzględny skurwysyn, który nie miał jednak dość siły, by rzucić jej wyzwanie i przejąć watahę. Widać przybył z bardziej pierwotnej społeczności, niż czarnowłosa.
- Przypomina demona, nieprawdaż? - Kątem oka Argona zauważyła przystojnego, czarnowłosego mężczyznę, ubranego u elegancki frak pianisty, lśniące czernią lakierki i białe rękawiczki. Zza okrągłych okularów, których tak na prawdę nie potrzebował, błyszczały czerwone oczy. Stojąc w rogu pokoju, przeglądał jakieś stare akta. Dziewczyna dopiero teraz uświadomiła sobie jego obecność, choć tak na prawdę nie zdziwiło ją to za bardzo.
- Nie zapominajmy, kto tak na prawdę jest w tym pomieszczeniu demonem - zawiesiła głos na chwilę, unosząc do ust końcówkę pióra i uderzając się nią delikatnie w wargę - Anthiteiu.
- Oczywiście, oczywiście. - Czarnowłosy demon odłożył akta na półkę, nie bardzo dbając, by były we właściwym miejscu, czy chociażby dokładnie wciśnięte. Podszedł do Alphy stanął z jej boku, by odczytać tworzone przez nią zapiski.
- Preliminarz wydatków watahy na ten miesiąc? Na prawdę robisz coś takiego? - zaśmiał się nieprzyjemnie. 
- Ten świat opiera się na pieniądzu, mój drogi - mruknęła dziewczyna, wracając do pisania. - Pozyskiwanie pieniędzy jest ważne. Wiesz, że są ludzie gotowi sponsorować nasze działania tylko dlatego, że jesteśmy "biednymi, prześladowanymi odmieńcami"? Świat ludzi jest dziwny.
- Właśnie dlatego jest ciekawy. - Alpha poczuła, jak kartka wyślizguje jej się spod przytrzymującej ją ręki, co zmusiło ją do bezpośredniego spojrzenia na rozmówcę.
- Odejdź - powiedziała stanowczo. - Przeszkadzasz.
  Oczy Anthiteia zwęziły się lekko na sekundę, a potem położył kartkę na biurku.
- Zrobiłaś błąd w słowie "assistance". Po "t" jest "a" nie "e". - Mówiąc to ściągnął okulary z nosa i zaczął wycierać białą ściereczką.
  Argona wzruszyła ramionami i wróciła do pisania, odnotowując w pamięci, żeby wrócić do wspomnianego słowa, gdy demon zniknie.
- Jesteś pewna, że nie zapomnisz? - ktoś roześmiał się wesoło, a Argona, ku swojemu największemu zdziwieniu ujrzała osobę, której nigdy wcześniej nie widziała w życiu. Wstała gwałtownie, przewracając krzesło. Na jej biurku, uśmiechając się pogodnie i majtając w powietrzu nogami siedziała dziewczynka, o dziewczęcych rysach, i drobnej budowie, jednak zdecydowanie zbyt wysoka na dziecko. Miała na sobie białą, puszystą suknię, ozdobioną białymi kwiatami, a z jej głowy wystawała para białych uszu. Jej długie, również białe, włosy spływały luźno na blat, a z niego opadały dalej - ku podłodze. 
  Alpha dobyła pistoletu i wycelowała w głowę przybyszki.
- Kim jesteś? - spytała rzeczowo.
  Nieznajoma zeskoczyła z blatu i odwróciła się. Na jej twarzy gościł promienny i niewinny uśmiech, a krystalicznie czyste oczy wpatrywały się w Argonę, emanując niemal mistycznym blaskiem czystego dobra.
- Nazywam się Aria - przedstawiła się, przybierając poważną minę i dygając lekko, by znów powrócić do beztroskiego, roześmianego stylu. - Cieszę się, że wreszcie mogę cię poznać. Żałuję, że nie miałyśmy okazji, wcześniej. Hmp - roześmiała się i radośnie obiegła stół, by omijając starannie celującą w jej głowę lufę pistoletu, mocno przytulić czarnowłosą.
  Gdy się odsunęła, Alpha opuściła broń i starła ze swojego ciała to nieprzyjemne uczucie dotyku, jakie pozostaje zawsze chwilę po kontakcie fizycznym z nieznajomym.
- Zatem jesteś...? - Argona nie ustępowała. Dziewczynka wdarła się do jej biura, na jej biurko, a ona nawet tego nie zauważyła? Musiała być na prawdę...
- Tobą - odpowiedziała szczerze.
  Anthitei prychnął, kończąc wreszcie polerować szkła i umieszczając okulary ponownie na nosie. Zaszczycił pogardliwym spojrzeniem Arię, po czym przeszedł do przeglądania nowszych raportów.
- Mną. Jaaaasne. - Czarnowłosa pokiwała głową ze zrozumieniem, którego wcale w sobie nie miała. Oczywiście na własnej skórze przekonała się, że równoległe wymiary mogą się przenikać i można spotkać samego siebie w zupełnie innym miejscu, jednak ta dziewczyna nie mogła być nią. Jeśli by była, w momencie kontaktu świat mógłby wybuchnąć. A przynajmniej wybuchłby dla obu dziewczyn.
- Jesteś przemęczona przez wypełnianie papierów, koordynowanie prac watahy, poszukiwania nowej bazy, rozmowy dyplomatyczne i kontrolowanie wydarzeń. Przez to spychany przez ciebie na dno twojej świadomości konflikt krwi zaczyna wypływać na wierzch. Walczące wewnątrz ciebie o dominację osobowości wydostają się na zewnątrz, gdyż nie jesteś ich w stanie dłużej powstrzymywać. Swoją drogą ciasny jest ten twój gabinet. Nie sądzisz, że potrzebowałabyś czegoś większego i bardziej przestronnego, by móc oddzielić pracę od odpoczynku? W ten sposób nawet, gdy śpisz, otaczasz się problemami dnia i nie jesteś w stanie do końca odpocząć. - Chłopak zamilkł wreszcie i nieco się speszył, gdy zauważył, że wszyscy się mu przyglądają. Był niezwykle wysoki i smukły, jego jedna noga zastąpiona została metalową protezą, specyficzny mechanizm także zastępował jego lewą dłoń. Jego skóra była niezwykle blada, a włosy czarne i nieco podobne do tych Argonowych, z tym że nie były w żadnym punkcie przycięte do samej skóry. Grzywka zasłaniała szczelnie jedno oko i można się było domyślić, że jego również brakuje. Czarnowłosa zauważyła też, dziury na jego policzkach oraz jego język... srebrny i dziwne długi, którego sama końcówka miała kolor morski. - ...ak. To ...aśnie ...ałem ...owiedzieć. - Wydukał cicho.
- Ty też jesteś mną? - Alpha obrzuciła go powątpiewającym spojrzeniem, a przybysz pokiwał głową.
- ...estem Lexie - powiedział dość cicho.
  O ile pojawienie się Anthiteia było dla Argony oczywiste - był w końcu jej demoniczną stroną, a Arii - nawet całkiem logiczne, skoro prezentowała ona całym swoim wyglądem nie skażoną niczym dobroć i czystość, to Lexie kompletnie nie pasował Alphie do tego równania. Postanowiła to jednak przemilczeć.
- Jesteś w stanie stwierdzić, jak mogę się pozbyć tych chorych halucynacji? - spytała rzeczowo.
  Anthitei ponownie prychnął. Aria zwiesiła smutno głowę, a jej uszy oklapły ponuro.
- ...yślę, że ...ykły sen ...owinien ...ystarczyć - wydukał Lexie. Czarnowłosa pokiwała głową.
- W takim razie papiery poczekają sobie do jutra - zarządziła, choć jedyną osobą, której mogła wydawać rozkazy w tym momencie była ona sama.
- Nie poprawisz tego słowa? - zapytał Anthitei, odkładając akta na półkę.
- Jutro możesz o nim zapomnieć - zauważyła z wyraźną troską, nadal smutna Aria.
- I ...ak ...eczyta to ...ugi raz, ...eby mieć ...ewność, że jest ...ysto dobrze - odparł Lexie, patrząc na Argonę, która pokiwała głową, przyznając mu rację.
- Mimo wszystko, może jej to umknąć - upierała się Aria, jednak Alpha była już zdecydowana wspiąć się po półkach i zatopić we śnie. Jednak okoliczności nie zamierzały jej na to pozwolić. Okoliczności nigdy w takich sytuacjach nie chcą pozwolić na takie rzeczy, jak wypoczynek.

16 września 2017

Od Lorema cd. Camille

  Jako dorosła, Camille byłą ciut zbyt skomplikowana, jak na głowę Lorema. Jako dziecko... wydawała się jeszcze gorsza. Mężczyźnie nie pozostawało nic innego, jak pójść za jej zarządzeniami. To właściwie było coś, w czym był niezły. Dopiero teraz zorientował się, że nie mając jasnych poleceń nie był w stanie samodzielnie działać. Był zagubiony jak dziecko... Nie jak dziecko. Żachnął się w myślach, patrząc na małą Camille. "Dziecko", aktualnie na zagubione nie wyglądało. Wyglądało na podniecone perspektywą niebezpiecznej gry. I dokładnie tym samym emanowało.
  Lorem pokiwał głową.
- Zatem do kapitana! - zarządziła Camille i ruszyła do drzwi, jednak nim je otworzyła, Lorem ją zatrzymał.
- Imię - przypomniał.
- Ah tak! Więc będę... Calia. Nie powinnam mieć problemu z przestawieniem się na to imię, skoro zaczyna się na te same litery, nie? A teraz w drogę. - Nacisnęła klamkę i oboje znaleźli się na korytarzu. Camille dreptała dość szybko, jednak mimo tego Lorem bez problemów dotrzymywał jej kroku. W pewnym momencie chwycił ją za rękę, a dziewczynka zareagowała, próbując ją wyciągnąć.
- Twoja mama jest ciężko chora - przypomniał jasnowłosy małemu diabełkowi. - Jesteś zbyt... nieczuła.
  Dziewczynka obrzuciła go pytającym spojrzeniem.
- Dzieci są bardzo wrażliwe - przypomniał Lorem, a Camille westchnęła i spuściła wzrok. Nie próbowała już puścić jego dłoni.
  Wreszcie dotarli do gabinetu kapitana. Jasnowłosy miał szczerą nadzieję, że mężczyzna jeszcze nie śpi i że go w ten sposób nie obudzą. Odetchnął głęboko i... dziewczynka zapukała, zanim zdążył choćby podnieść rękę.
  Przez chwilę za drzwiami panowała głucha cisza, a potem coś szurnęło głośno i rozległo się okrzyk, który był czymś pomiędzy "don't shoot" a "donut". Mężczyzna pchnął drzwi i wszedł do gabinetu. Kapitan wyglądał, jakby właśnie przerwano mu drzemkę nad raportami. 
- I'm sorry for coming so late, but... Camille is really ill and we are afraid, that it could be dangerous for us - powiedziała dziewczynka, korzystając z nieprzytomnego stanu dowódcy statku.
- Uhmfh... what? - Mężczyzna zamrugał oczyma i skupił wzrok na Loremie, jakby wogle nie zauważając dziewczynki.
- Dangerous illness - powtórzył jasnowłosy, czując się bardzo głupio w zaistniałej sytuacji. - Can we move to other room?
- It would be great! I tkink it will be better for everyone to not let enyone to enter my mother's room.
- Mothers, wait... what?
- That's Calia, doughter of Camille - przedstawił dziewczynkę Lorem, drapiąc się z zakłopotaniem po szyi. - She was afraid...
- And I was hiding, since we arived.
  Mała Camille zrobiła słodką, zakłopotaną minkę. Kapitan spojrzał na nią, spojrzał na Lorema, znów na dziewczynkę... i najwyraźniej zdolności manipulacyjne Camille nawet w tej formie działały jak należy.
- Ok, ok. You can move to next cabine. We will lock you're mother room andmaybe we can bring some pills or something?
- I think, it won't work - powiedział jasnowłosy.
- You don't have right medicines - potwierdziła dziewczynka. - Can we go? I'm sleepy.
  I słysząc przyzwolenie kapitana, oboje wrócili na korytarz. 
- Pewnie chcesz zacząć szukać od razu? - spytał Lorem, a dziewczynka pokiwała głową.
- Nie mamy czasu do stracenia. Nie chcę zostać dzieckiem na zawsze! No... w każdym razie nie chcę przechodzić życia od nowa.
- Od czego zaczniemy?
(Camille?)

14 września 2017

Od Camille cd. Lorema "Zmiana na wiek dziecięcy ♘ 1/7"

Zerknęłam na niego z uniesioną brwią. Jeszcze czego.
-Widziałeś mnie zaledwie kilka godzin temu. Zmył mi się makijaż i już przestałeś mnie poznawać? - zażartowałam. Przy okazji zwróciłam uwagę na to, że mój głos jest jakiś dziwny.
-No co się tak gapisz - rzuciłam zirytowana, po czym rozejrzałam się po kajucie, aż mój wzrok natrafił na lustro. Na łóżku siedziała około pięcioletnia dziewczynka. Ubrana była w zdecydowanie za duże dżinsy, koszula w kratę sięgała jej niemal do kolan. Miała czarne włosy do pasa, splecione w niechlujny warkocz, który spływał po jej prawym ramieniu. Przyglądała się światu przenikliwym, bardzo... dorosłym spojrzeniem.
-Lorem, nie mów, że porwałeś dziecko kapitana? - parsknęłam, ale już za chwilę nie było mi do śmiechu. Dziewczynka mówiła razem ze mną. Spojrzałam na swoje dłonie. Zamiast swoich, ujrzałam drobne, ale dość szczupłe paluszki dziecka.
-A niech to szlag! - wykrzyknęłam, łapiąc się za swoje OKRĄGŁE, RÓWNIEŻ DZIECIĘCE policzki. Spojrzałam na Lorema nieco już zrezygnowana. - Musimy coś zrobić.
-Och. - Lorem wyglądał, jakby właśnie miał zawał.
-Niech będzie - zirytowałam się - sama to załatwię. - Podwinęłam ramiona koszuli tak, by były w miarę dobre. - Zrobimy tak. Zanim stąd wylecimy, musimy odkryć i mnie odmienić, bo długo to ja tak nie wytrzymam. Póki co, będę udawała córkę Camille. Przemyciliście mnie na statku i nie wiedzieliście na kogo traficie, więc ukryłam się. Potem przemyciliście mnie tutaj. Jako najsłodsza córeczka na świecie jakoś przekonam kapitana i resztę załogi, by mnie nie wyrzucał.
-Zapomniałaś o jednym. Co z "prawdziwą Camille"? Przecież się nie rozpłynęła. - powiedział Lorem, który przysiadł na łóżku. Wygląda na to, że trochę go przytłoczyło. Zresztą nic dziwnego.
-Och. No więc... Ona. Choruje. Przed wyjazdem zaraziła się czymś obrzydliwym i zakaźnym. Wybłagam kapitana o nową kajutę. A ona zostanie... hmmmm..... zamknięta w izolatce? Powiemy, że ma swoje leki i za kilka dni powinno jej przejść.
-A jeśli jej nie przejdzie? - zapytał Lorem. To pytanie poskutkowało chwilą ciszy. Po chwili na mojej twarzy wykwitł diabelski uśmiech, który w połączeniu z drobnym ciałkiem musiał wyglądać przerażająco.
-Jak to co? - zapytałam - Wtedy ją zabijemy.
(Lorem?)

Od Lorema cd. Camille

  Lorem stał nad dziewczyną, nie mając pojęcia, co zrobić. Pocieszyć ją? Wyjść? Mężczyzna czuł narastający ból, skłaniający go bardziej ku drugiej opcji. Mimo to usiadł przy dziewczynie i dość niezręcznie pogładził ją dłonią po plecach. Chlipanie nieco przycichło, jednak jasnowłosy nadal odczuwał szalejące w dziewczynie emocje. Camille wtuliła się mocniej w poduszkę.
- Odpocznij - powiedział cicho, mając nadzieję, że jego głos zabrzmiał choć trochę kojąco.
- Ja...
- Wiem, że jesteś zmęczona - przerwał jej nieco bardziej stanowczo Lorem. A Camille pokiwała lekko głową. Chyba na prawdę była nieco zmęczona, bo normalnie to na nią nie działało. 
  Mężczyzna wstał i odszukał kołdrę, by nakryć nią dziewczynę, po czym zgasił światło i opuścił kajutę. Sam również poczuł wyczerpanie. Ból dziewczyny dotkliwie odbił się na nim. Nie lubił przebywać w obecności osób, które czują tak mocno. Potrzebował chociaż chwili wytchnienia.
  Statek znowu był pusty. Zaskakujące, jak pusty potrafi być lotniskowiec. Mężczyzna, nie zauważony przez nikogo, wydostał się na pokład główny akurat w porę, by zobaczyć sprowadzanie samolotu do garażu. Ktoś przyleciał?
  Wreszcie najwyraźniej wartownik zwrócił uwagę na nieznajomego, bo z groźną miną i karabinem w rękach zapytał, co tu robi.
- I've just... looking for telephone - odparł Lorem po krótkim namyśle. W końcu musiał poinformować Mistrza, co się z nim dzieje.
- It's there. - Żołnierz wskazał stanowisko, przyczepione do ściany budynku, z którego jasnowłosy przed chwilą wyszedł.
- Thank you - podziękował i ruszył ku aparatowi.
***
- Camille?
  Lorem chciał tylko poprawić kołdrę, która zsunęła się nieco z dziewczyny, jednak jego uwagę zwróciło coś dziwnego... osoba, leżąca w koi nie wyglądała jak jego towarzyszka. Była na nią zbyt mała.
  Na dźwięk imienia dziewczynka poruszyła się delikatnie i odwróciła do mężczyzny. Miała zaczerwienione oczy i nieprzytomne spojrzenie.
- Tak? - spytała dziecięcym głosikiem sprawiając, że jasnowłosemu zabrakło słów.
- Jesteś Camille? - wykrztusił wreszcie.
- A kim mam być? Świętym Turecki? - spytała z przekąsem, niezbyt zadowolona z tego, że została obudzona.
(Camille?)

13 września 2017

Wreszcie koniec renowacji!

Z dniem dzisiejszym blog zostaje oddany do użytku (iksde). 
Zmianą uległy takie rzeczy, jak:
○ Podstrony Stron Konfliktu zostały w zadowalającym stopniu uzupełnione.
○ Pojawiła się Mechanika, Kasyno, Arena Walk oraz Wyzwania & Prace
○ Szablon
Prosiłabym o zapoznanie się z naniesionymi zmianami.
Prosiłabym również postacie, nie posiadające statystyk o przesłanie mi ich, najlepiej do końca tygodnia [17.09]. Nich będzie to swojego rodzaju czystka - ci, którzy tego nie zrobią zostaną przeniesieni do działu NPC aż do czasu, gdy to naprawią.

A i jeszcze jedno:

Życzę miłego dnia^^ ~ Argona

10 września 2017

Od Camille cd. Calii

Na ekranie pojawiła się sala sądowa
-Tu siedzi sędzia - wyjaśniłam jej, pokazując miejsca. - Tutaj adwokat wraz z oskarżonym. W tym przypadku pewnie jakiś zastępca, bo sam Leniniewski nie będzie latał na każde wezwanie od jakiejś wariatki. Tutaj prokurator z oskarżycielem, tutaj pewnie z Kisasi. Tu świadkowie będą zeznawać. Tutaj siedzi publiczność. - Wtedy na salę na ekranie weszli wymienieni przeze mnie wyżej ludzie. Sąd odczytał listę, a następnie każda ze stron przedstawiła swoje żądania. Takamoto pozwała premiera o kilka miliardów dolarów oraz zamknięcie w więzieniu na co najmniej pięć lat. Sprawa była z góry przegrana. Kojarzyłam adwokata, którego wynajął Leniniewski i naprawdę, był świetny w tym co robi. Potem protokolant wyprosił świadków, oprócz córki małżeństwa, która wyglądałą na nie więcej niż osiemnaście lat. Podeszła do barierki i... ekran się rozmazał, pojawiły się na nim plamy, a potem wyraźnie minęło trochę czasu, bo przy barierce stała już inna osoba. Cal zatrzymała na chwilę.
-Co to do cholery było? - zapytałam retorycznie.
-Płytka się zacięła - odparła usłużnie Calia - Jest bardzo stara, możliwe, że z nagrania niewiele zostało.
-Dobra, zaraz zobaczymy. Puszczaj dalej - dziewczyna nacisnęła "play". Kolejna osoba, która okazała się pracować u Leniniewskiego mówiła, że miejsce, w którym pracował Jurij było i jest całkowicie bezpieczne i że to niemożliwe, by to praca w laboratorium go zabiła. Kolejny świadek twierdził, że to niemożliwe, by mąż Kisasi się zabił. I tak w kółko. Kolejne zacięcie, a potem Kisasi krzycząca głosem pełnym łez:
-Zabiliście go!!! Cholerni kłamcy, zamordowaliście go!
-Wolę nie myśleć o cenie, jaką przyszło jej zapłacić za to wszystko - rzuciłam cicho. Kolejne zacięcie. Ogłoszenie werdyktu:
-Grzywna w wysokości dwudziestu pięciu tysięcy dolarów oraz kara za obrazę sądu w wysokości pięciu tysięcy dla Kisasi Takamoto. Rozprawę uważam za zamkniętą.
-Zemszczę się - usłyszałyśmy syk żony Jurija - Zemszczę się na was wszystkich. - znowu plamy. I koniec.
-Nic więcej nie ma - powiedziała Calia.
-Cholera - jęknęłam - Teraz to już naprawdę musimy ją znaleźć.
(Cal? Lecimy dalej! ;D)
Szablon