13 listopada 2017

Od Lorema cd. Camille

  Lorem spojrzał na dziewczynę, wciąż jeszcze stojąc na środku pokoju. Zmieszał się lekko i spuścił wzrok. Camille czekała cierpliwie. Jednak mężczyzna nic nie powiedział, za to ruszył w dalszą drogę do swojego posłania. Odciągnął kołdrę i usiadł na czystej pościeli, przodem do dziewczyny. Utkwił spojrzenie w swoich palcach u stóp.
- Wiem! Masz klaustrofobię! - zażartowała Camille, jednak bez przesadnej wesołości. - Albo...
- Czuję - powiedział cicho, nie odrywając wzroku od podłogi. - Więcej niż inni - dokończył i zamilkł.
  Gwałtownie wstał, a w jego oczach widać było jakieś gorące postanowienie. Zamaszystym krokiem podszedł do Camille, wszedł kolanami na jej łóżko i chwycił mocno jej dłonie, jednocześnie przysuwając swoją twarz do jej twarzy.
- Nie chcę, żebyś cierpiała - powiedział, a od jego dłoni popłynęło jakby ciepło, ogrzewając ręce kobiety. 
  I równie gwałtownie się wycofał, puszczając ją i odwracając się do towarzyszki plecami. Właściwie to czuł się jak skończony kretyn, bolała go klatka piersiowa, a policzki piekły delikatnie. Lorem zawsze cenił sobie swoją samotność, potem, gdy spotkał Anthony'ego, cenił również jego towarzystwo, jednak mu nigdy nie powiedział. Nie byli ze sobą tak zżyci, mimo że wyrywali się czasem razem na pączka. Jasnowłosy zaczynał się zastanawiać czy "przyjaźń", która tak często spajała fabułę jego książek była właśnie tym, co połączyło go z Camille. Czy to mogła być na prawdę przyjaźń?
- Idę - wymamrotał i zataczając się jak pijany podszedł do drzwi. Był urany w piżamę, jednak doszedł do wniosku, że w mieście jest tylu świrów, że jeden więcej nie powinien nikogo zdziwić. Otworzył drzwi i stanął twarzą w twarz z zaskoczoną pokojówką, która najwyraźniej odskoczyła od gwałtownie odskoczonych drzwi. Dziewczyna zaczerwieniła się po same uszy i zaczęła coś szybko mamrotać o sprzątaniu, bawiąc się przy okazji palcami.
(Camille? Ja na prawdę nie wiem, czemu to się tak potoczyło. To chyba jest ten moment, kiedy za bardzo shipuję pewne postacie xD)

12 listopada 2017

Ogłoszenie


Co z misji to... bez języka?, czyli zadanie specjalne (♖)

Było około drugiej w nocy, a ja od dziesięciu minut nie mogłam wcelować kluczem do dziurki w drzwiach wejściowych do swojego mieszkania. Ręce trzęsły mi się niemiłosiernie, w dodatku bolała mnie głowa, przed oczami pojawiały się mroczki, a w ustach czułam dojmującą suchość. Następnym razem nie wezmę żadnej misji w laboratorium. Wystarczy mi promieniowania na następne dwadzieścia lat. Gdy w końcu udało mi się dostać do domu, padłam jak nieżywa na kanapę, nawet nie zawracając sobie głowy zdjęciem butów. Zresztą, pewnie i tak nic by z tego nie wyszło, bo akurat dziś musiałam wziąć sznurowane adidasy. Leżałam więc, patrząc w sufit i zastanawiając się, co mam robić dalej. Na dziewiętnastą Chloe zaplanowała tak zwane zbiorowe raporty, w których każdy członek gangu ma przedstawić przed wszystkimi innymi efekty misji, nad którą właśnie pracuje. Powinno to niby służyć wymienianiu się informacjami, technikami i zwiększać naszą wydajność, a, umówmy się, i tak nikogo nie interesuje, co masz do powiedzenia. Cóż, mimo wszystko trzeba to wygłosić, chyba że chce się wylecieć z Noctisu na zbity pysk i z powybijanymi zębami. U Chloe nie ma taryfy ulgowej. Ta kobieta naprawdę nie rozumie niczego. A ja jestem w sytuacji beznadziejnej. Sprawdziłam wszystkie laboratoria w Arenie Czwartej i nic. Zero efektów. Całe piękne okrąglutkie zero. I co ja mam, przepraszam bardzo, powiedzieć? Że nie ma żadnej broni? Że żyjemy w dobrym, uczciwym państwie wyjętym prosto z "Utopii"? Chloe mnie przemieli, wypluje, a potem przemieli jeszcze raz. Chociaż dziś, w tym ostatnim laboratorium, niemal wydawało mi się, że coś jednak znalazłam. A potem rach-ciach bum kukuryku i okazuje się, że to tylko prototyp jakiegoś reaktora czegoś tam, nie wiem, nie znam się na tym. W każdym razie, w niczym nie przypominał poszukiwanej przeze mnie broni. Cóż, Chloe chyba będzie musiała pogodzić się z tym, że naukowcy mają teraz inne priorytety, zwłaszcza, że chcą spełnić wymagania Silverlake'a. I, chociaż na początku, muszą spełnić jego obietnice. Ciepło i światło dla wszystkich ludzi, dodatkowo nie wiadomo, co z Dziewiątką. Głośno wypuściłam powietrze przez nos. Jakie to wszystko jest skomplikowane. Od początku było jasne, że "broń" ma służyć tylko skłóceniu gangów i doprowadzeniu do tego, byśmy sami się wszyscy powybijali. Ale nieee, gdzie tam. "Masz sprawdzić wszystkie laboratoria w Arenie Czwartej. Chcę mieć pewność, że naprawdę niczego nie kombinują, a te podejrzenia to nie podpucha." Więc chodziłam, sprawdzałam i co z tego mam? Ból głowy, trzęsące się ręce i nogi jak z galarety. Nie podoba mi się to.
***
Obudziłam się w całkiem niezłym stanie, jak na kogoś, kto zeszłej nocy nie mógł trafić kluczem do dziurki. Głowa już prawie nie bolała, ręce się nie trzęsły i nawet nogi wyglądały normalnie, więc szybko zdjęłam buty i poszłam zrobić sobie śniadanie. Spojrzałam na zegarek. 10:34. Jakoś wcześnie dzisiaj. Otworzyłam lodówkę, po chwili stwierdzając, że omlet będzie najlepszym wyborem. Wzięłam składniki na ręcę, zamknęłam barkiem lodówkę i usłyszałam dźwięk rozbijającego się jajka. Przeklnęłam, czując, jak moja skarpetka robi się mokra. A raczej chciałam przeklnąć, bo, mimo największych starań, z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk. Z niepokojem odstawiłam resztę składników na blat. Ominęłam nieszczęsne jajko i skierowałam się do lustra, zastanawiając się, co jest nie tak. Stanęłam przed szklaną taflą i spróbowałam coś powiedzieć. Moje usta ewidentnie się ruszały, jednak z gardła nie wydobywał się żaden dźwięk.
- No chyba sobie żartujecie - powiedziałam, a raczej chciałam powiedzieć. Stałam przed lustrem załamana. Co ja zrobię bez głosu? Przecież dzień bez sarkazmu to dzień stracony. Zaraz jednak moja bezsilność zmieniła się w złość. Gdyby nie ta głupia misja... "Gdybyś założyła ten skafander wiszący przed wejściem do laboratorium" - odezwał się cichy głos w mojej głowie. "Zamknij się" - odpowiedziałam mu, tym razem w myślach. Postanowiłam sobie, że to Chloe będzie płacić za moje odpromieniowywanie. I to ona załatwi mi to w trybie natychmiastowym. Obawiam się jednak, że raczej nie zdąży przed dzisiejszym przemówieniem. Usiadłam na kanapie, stukając palcami o kolano i zastanawiając się, jak to wszystko rozegrać. Nie mogę sobie pozwolić na okazanie słabości, bo to by dało niektórym jasny sygnał do tego, że spokojnie można mnie z Noctisu usunąć. Nie mogę też nie przyjść, bo wtedy na pewno zostanę z Noctisu usunięta. Po przemyśleniu całej sprawy, wzięłam telefon i napisałam SMS-a do jedynej osoby, która mogła mi w tym momencie pomóc.
***
- Cześć Cal, co tam? - przywitał się Steve, przytulając mnie w drzwiach. - Co nic nie mówisz? - zdziwił się, zdejmując buty. - Tak cicho w tym domu jeszcze nie było. Obraziłaś się czy co? No to co...
"Halo, zamknij się i daj mi powiedzieć!" - chciałam krzyknąć, a zamiast tego zaczęłam wymachiwać rękami, co musiało wyglądać przekomicznie, bo chłopak parsknął śmiechem.
- No już słucham - oznajmił ze skruchą, podchodząc do lodówki i wyjmując z niej słoiczek masła orzechowego. Łypnęłam na niego groźnie i otworzyłam usta, by wszystko mu opowiedzieć (lub przynajmniej próbować), ale stwierdziłam, że nie ma to większego sensu. Podeszłam do szafki i wyjęłam z niej kartkę oraz długopis. Naskrobałam na papierze parę słów, po czym podałam arkusz Stevenowi.
- Nie możesz mówić? - zdziwił się. - Ale tak serio?
Spojrzałam na niego wymownie. Chłopak zaczął się śmiać. Nie żebym się tego nie spodziewała.
- Może to nawet lepiej, w końcu inni będą mogli przy tobie coś powiedzieć - oznajmił między etapami duszenia się. Stałam z ręką przyłożoną do czoła, wyrażając w ten sposób całe swoje zażenowanie dla przyjaciela. - Jak tyś to zrobiła? - zapytał Steve, gdy udało mu się już opanować.
"No bo przecież to było działanie całkowicie zamierzone i zaplanowane" - parsknęłabym. Zamiast tego napisałam na kartce dwa słowa: "Napromieniowałam się". Szatyn ledwo powstrzymał się od śmiechu. Spojrzałam na niego z wyrzutem.
- No już nie patrz tak na mnie - uśmiechnął się, zabierając masło orzechowe i siadając na kanapie. - Daj lapka, coś wymyślimy. Bo rozumiem, że chodzi o dzisiejszy raport zbiorowy? - uniósł brew. Skinęłam głową.
- Ale się zrobiłaś czerwona - poinformował chłopak, wpisując hasło do komputera. - I znowu masz ten wzrok pod tytułem "zabiję cię przy najbliższej możliwej okazji".
"Bo mam zamiar to zrobić"
Steve zlustrował mnie wzrokiem.
- Potrzebuję jakiegoś nagrania twojego głosu - oznajmił. - Komputer musi mieć z czego pobrać informacje.
"I może mam ci dać próbkę mojego dennego śpiewania?"
- Wystarczy tylko jeden wyraz, ale w dość dobrej jakości - machnął ręką, wracając wzrokiem do monitora. Zajrzałam mu przez ramię, widząc jak wpisuje ciąg cyferek, z których nie rozumiałam absolutnie nic. - No chyba że chcesz brzmieć jak zepsuty głośnik - dodał znacząco. Przewróciłam oczami i sięgnęłam po telefon. Wybrałam nagranie z ostatniej negocjacji i przewinęłam do miejsca, które wydawało mi się odpowiednie. "Miło się z tobą prowadziło negocjacje, złotko" - rozległ się w pokoju mój głos. Jęknęłam tęsknie.
- Już niedługo - obiecał mi Steve, rzucając pocieszające spojrzenie. Spróbowałam się do niego uśmiechnąć, ale chyba wyszedł mi grymas, bo szatyn pokręcił głową ze śmiechem. Następne pięć minut patrzyłam na przyjaciela z wyczekiwaniem, a ten wpisywał do komputera kolejne cyferki z przygryzioną wargą i zmarszczonymi brwiami. Zaczęłam wiercić się niespokojnie na kanapie, a gdy chłopak mnie zignorował, pomachałam mu rękami przed twarzą. Spojrzał na mnie pytająco.
"Mów coś, błagam, bo zwariuję od tej ciszy" - poprosiłam bezgłośnie.
- Widzę twój zbolały wzrok - zapewnił mnie. - Aczkolwiek nie mam bladego pojęcia o co ci chodzi.
Przyłożyłam palec do ust i pokręciłam głową.
- Mam być cicho? - zdziwił się. - Przecież nic nie mówię! - zaprotestował. Pacnęłam go w głowę.
"TA CISZA MNIE DOBIJA, ZACZNIJ COŚ MÓWIĆ, SKORO JA NIE MOGĘ, NO CZŁOWIEKU NO!"
Wzięłam głęboki wdech, po czym starałam się pokazać jak najdokładniej o co mi chodzi. Steve jakby nagle doznał olśnienia.
- Aaa, nie lubisz ciszy! - zrozumiał. Zaczęłam bić brawo, rzucając mu ironiczne spojrzenie. - Zapomniałem. Poza tym, jestem beznadziejny w kalambury. No ale dobra, więc tak. Ogarniam ci, moja panno, specjalny algorytm. Wklepiesz sobie do takiego programu tekst przemówienia, nauczysz się go na pamięć, przećwiczysz mnóstwo razy, a na końcu pójdziesz z tym na raport. Uprzedzając pytania, nie, nie będziesz brzmiała jak pierwszy lepszy syntezator mowy, słychać będzie twój prawdziwy głos. Tylko potrzebujesz wziąć głośniczek.
"Rozumiem" - chciałam powiedzieć, ale nadrobiłam mądrą miną, na którą Steve znów parsknął śmiechem.
- Uwielbiam twoją mimikę twarzy, gdy nie możesz mówić - oznajmił, na co przewróciłam oczami. - Dobra, kobieto, daj mi pracować, skoro mam skończyć to przed dziewiętnastą.
***
- Co dowodzi, że broń tak naprawdę raczej nie istnieje i mieliśmy rację od samego początku. Naturalnie jest możliwość, że ukryli ją w miejscu top top secret, ale to praktycznie niemożliwe, by mogło to się zachować w tajemnicy. Zwłaszcza tutaj. Ja mogę zagwarantować, że w żadnym laboratorium w całej Arenie Czwartej nie ma niczego, co by poszukiwaną broń chociażby przypominało - zakończyłam moje przemówienie równo z syntezatorem i odetchnęłam z ulgą. Rozległy się mechaniczne brawa. Zeszłam ze sceny w fenomenalnym nastroju. Udało mi się. Usiadłam na krześle obok Steve'a i ścisnęłam jego rękę.
- Było świetnie - szepnął z uśmiechem. - Mówiłem, że nie będziesz brzmiała jak zepsuty głośnik. Brakowało ci tylko twoich zwyczajowych emocji w głosie, ale to można wytłumaczyć zmęczeniem - machnął lekceważąco ręką, widząc moje mrożące spojrzenie. - Dałaś radę, Cal - powiedział całkiem poważnie. Wypuściłam głośno powietrze i uśmiechnęłam się.
"My daliśmy radę".
***
- Ace, Calia - wyczytał bezbarwnie gość w białym kitlu. Podniosłam się z krzesła, nerwowo
mnąc bluzkę w palcach. Spojrzałam na Steve'a z przerażeniem. Ten tylko uśmiechnął się pokrzepiająco. "Będzie dobrze" - zapewnił bezgłośnie. Odetchnęłam głęboko i podeszłam do lekarza.
- Zapraszam do gabinetu - powiedział. Przekroczyłam próg i skrzywiłam się na widok tylu przerażających urządzeń. - Odpromieniowywanie, mam rację? - zapytał obojętnie. Skinęłam głową. - Niech się pani nie boi, to nie boli - zapewnił i pokazał mi komorę, do której weszłam z lekką obawą. - Zabieg będzie trwał piętnaście minut - poinformował, zanim zamknął górną część. - Miłych snów.
***
Wyszłam z gabinetu, czując się zadziwiająco dobrze.
- Zadziałało? - zapytał Steve, podnosząc się z krzesła. Wzruszyłam ramionami, chyba sama bojąc się poznać odpowiedź. A jeśli tak już zostanie? Jeśli do końca życia nie będę mogła już niczego powiedzieć? Wyszliśmy ze szpitala, a ja poczułam, jak do moich oczu napływają łzy.
- Hej, no co jest? - zdziwił się szatyn, zatrzymując mnie. Westchnął, widząc moją minę. - Przecież wiesz, że te zabiegi są skuteczne - powiedział, przytulając mnie.
- Nadal mam ochotę cię zabić - wymamrotałam w jego koszulkę. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, co się właśnie stało. Steve spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem.
- Widzisz, mówiłem, że zadziała - wyszczerzył zęby. Odetchnęłam głęboko, a po policzkach poleciały mi łzy. Nie smutku. Ulgi. Chłopak objął mnie ramieniem i skierowaliśmy się w stronę centrum.
- No już, nie płacz. Bo ci się tusz rozmaże - ostrzegł. Otarłam łzy rękawem bluzy.
- A spadaj - powiedziałam wesoło. Od teraz będę doceniać słowa jeszcze bardziej.
- Jednak trochę mi tego brakowało - podniósł oczy ku niebu z udawanym niedowierzaniem. W odpowiedzi dałam mu kuksańca w żebro.
- Dziękuję - spoważniałam nagle. Steve spojrzał na mnie pytająco.
- Niby za co? - zapytał, tym razem szczerze zdziwiony. Wspięłam się na palce i cmoknęłam go w policzek.
- Za wszystko.

11 listopada 2017

Od Calii cd. Camille

- Nie przyszła góra do Mahometa, więc przyszedł Mahomet do góry, co? - powiedziałam wesoło, siedząc na parapecie i machając nogami. - Przeżywasz może deja vu? - zapytałam, patrząc na naszego więźnia. Ten w odpowiedzi splunął mi pod nogi. 
- Nie bardzo - uśmiechnął się krzywo. - Wcześniej przesłuchiwała mnie ta ładna - oznajmił. Parsknęłam śmiechem. 
- Niedługo tu przyjdzie to nawet na randkę będziesz mógł ją zaprosić - zapewniłam. 
- Niech przychodzi szybciej - burknął Karpai, przeczesując włosy palcami. - Moja dziewczyna mnie zabije, miałem być w domu półtorej godziny temu. 
- Ee tam, na pewno zrozumie - machnęłam lekceważąco ręką. - Każdy wie, że nasz czas pracy jest ruchomy. 
Joshua natychmiast zrobił się cały czerwony i uciekł wzrokiem gdzieś wzrok. Westchnęłam ze zrezygnowaniem. 
- No dobra, przyznaj się. Co jej nagadałeś? - zapytałam. 
- Eee - zająknął się chłopak. - Bo wiesz, ona jest przekonana, że no... że ja pracuję w biurze. 
- W wieku dziewiętnastu lat? - zdziwiłam się. Karpai przewrócił oczami. 
- Możesz przestać mnie obrażać? - zapytał z poirytowaniem. - Dwudziestu - poprawił mnie. Uniosłam obie ręce do góry w geście obrony. 
- Wierzę ci - parsknęłam. Nagle usłyszałam, jak drzwi do domu otwierają się, a zaraz potem w progu pokoju stanęła Cam. Ogarnęła wzrokiem całą scenę, a mój talizman zarejestrował jej chwilowe zdziwienie. 
- Czekał na ciebie - oznajmiłam, gdy weszła do pokoju. 
- Który? - zapytała mechanicznie. 
- Jeden i drugi - parsknęłam. 
- Ciebie to zostawić na chwilę samą... - westchnęła brunetka. 
- Ale widzę, że znalazł się nasz kundelek. Daj głos, piesku - powiedziała z udawaną czułością, siadając naprzeciwko di Mondego. 
- Hau, hau - potwierdziłam i niemal mogłam wyczuć, jak Cam przewraca oczami. 
- To co, powtórka z rozrywki, czy od razu powiesz mi wszystko, co wiesz? - zapytała mężczyznę, a ten tylko spojrzał gdzieś w bok. Zła taktyka, przyjacielu. 
(Cam? Umówisz się z naszym gościem? XD)

Od Calii cd. Argony

Bogu dzięki, że przynajmniej dobrze znałam okolicę. Nie wiedziałam jak radzi sobie Argona, ale też nie miałam zamiaru tego sprawdzać. Zbędny ciężar w postaci nieprzyjemnej Alphy nie był tym, czego teraz najbardziej potrzebowałam. W biegu obliczałam moje szanse. Jeżeli "obliczałam" to dobre słowo przy mojej nikłej znajomości matematyki. Gość jest silny. Przy pojedynku powaliłby mnie jednym ciosem. Czyli walka odpada. Wygląda jak góra, także nie jest za szybki, co zdecydowanie działa na moją korzyść. Strzela też niecelnie, co właśnie udowodnił. Refleksu mu nie zazdroszczę, bo zorientował się, że wyczyściłam mu całe mieszkanie mniej więcej po dwudziestu minutach od powrotu do domu. Chociaż jak na półmózgów z Atisu to i tak niezły wynik. Muszę nie dopuścić do starcia twarzą w twarz. Czyli na dobrą sprawę wystarczy zwiać. Ale pan gangus pewnie zdążył już powiadomić znajomych, więc rozpocznie się moja ukochana gra w kotka i myszkę. Nie znoszę takich akcji. Pieprzona Argona. 
- Masz jakiś plan czy tak sobie biegniemy bez celu? - usłyszałam nagle obok siebie. Powstrzymałam się od zgryźliwego komentarza i wbiegłam w wąską wnękę między domami. 
- Już nie biegniemy - odparłam ze sztucznym uśmiechem, kładąc ręce na kolanach i próbując wyrównać oddech. 
- Jesteś słabiutka kondycyjnie - oznajmiła wrednie Alpha tylko opierając się o ścianę. 
- Nie ja nas w to wpakowałam - zauważyłam. - Gdybyś się nie pojawiła, siedziałabym teraz spokojnie u Chloe, zdając raport. 
- W takim razie musisz popracować nad dyskrecją, bo mówiłam ci już, że przyprowadził mnie tu człowiek-panda - warknęła Argona. - Cicho, zbliża się - ściszyła nagle głos, unosząc dłoń. Jak najbardziej przycisnęłam się do ściany, a po chwili faktycznie usłyszałam szuranie ciężkich butów i posapywanie. 
- Macie już te szmaty? - krzyknął nasz przyjaciel. Odpowiedziało mu kilka niskich głosów. Czyli punkt dla mnie. Mówiłam, że zaraz sprowadzi znajomków. Facet przeszedł obok nas, przeklinając głośno. Gdy był już kilka metrów dalej, wskazałam Argonie ruchem głowy, by przemieścić się wgłąb wnęki. Na szczęście zrozumiała moje polecenie. Po chwili dotarłyśmy do rynny, po której cicho zaczęłam się wspinać. Dach był w tym momencie naszą największą szansą. 
(Argo? ^^)

Naj­bar­dziej bolą łzy bez­silności, kiedy bez­radnie pat­rzysz jak tra­cisz to, co jest naj­droższe Twe­mu sercu. (Zadanie specjalne ♖)

Alternatywne zakończenie do akcji z okolicy dnia 4.11 (tj. Śmierć Stalińskiego)
 Dopóki śniłam było dobrze. No... Nie było dobrze. Śniło mi się miasto. Miasto-wyspa. Całe spływało świeżą krwią. Jednak najgorszy był moment po przebudzeniu. Poczucie w stylu: "Co się dzieje do cholery?". Spodziewałam się bólu, ogromnej fali bólu, czegoś, co by mnie przytłoczyło, zaparło dech w piersi, co musiałabym zwalczyć, by postawić krok. Potem jeszcze jeden. I kolejny. Jednak było gorzej. O wiele gorzej. Gdy o tym myślę, to przypomina mi to próbę wyważenia otwartych drzwi. Kiedy nie ma drzwi. A ty nie możesz się ruszyć.
Było blisko, tak cholernie blisko. I był to dzień, kiedy miałam umrzeć. Gdy przybyłam do kryjówki morderców Eliasa Stalińskiego byłam pełna żądzy. Żądzy krwi. Pełna nadziei. Że uda mi się ich zabić. Wybić ich co do jednego. A potem. Jak zwykle wszystko się spieprzyło. I tak oto leżałam na ziemi, patrząc pełna przerażenia w oczy mojego oprawcy. Reszta planu poszła całkiem dobrze. Do momentu, gdy trafiłam na niego. Czułam, jak moje włosy i ubranie moczy jeszcze ciepła krew ludzi, których zamordowałam.
-Coś nie wyszło, prawda szmato? - spytał mężczyzna z perfidnym uśmiechem. Poczułam ból w okolicy brzucha. Zwinęłam się w kłębek, kopnięcia i rany nożem zadawały mi tyle bólu, że chyba przekroczyłam skalę. Po chwili widok zasłoniła mi czerwień. Najgorszy był jednak ból kręgosłupa. Coraz mocniejszy, pełznący w stronę szyi i miednicy. Nie zwiastujący niczego dobrego.
-Złamanie kręgosłupa - rzucił lekarz do człowieka albo może ludzi, których nie widziałam. Siedząc na wózku inwalidzkim tyłem do drzwi, patrząc w okno, nie mogłam nic zrobić, by odkryć, kto mnie nawiedza.  - Dzięki szybkiej interwencji naszych chirurgów, w ogóle przeżyła, jednak nie udało nam się wszystkiego naprawić. Nie może się ruszać - ciekawie było słuchać rozmowy o sobie i nie mogąc niczego powiedzieć. Nie mogąc rzucić żartem, odwrócić się i powiedzieć, żeby lekarzyna przestał pieprzyć głupoty. Ciekawe. Bardzo ciekawe.
-Możemy się z nią zobaczyć - zapytał męski głos, a mi chwilę zajęło, żeby połączyć go z osobą, którą znałam.
-Niech będzie - rzucił niechętnie lekarz - Tylko proszę, pojedynczo, maksymalnie w parach. I tak już jest w złym nastroju.
-Dobrze. Dziękujemy - wtrącił kobiecy głos.
-Ja pójdę pierwszy - rzucił męski, ten, który słyszałam wcześniej.
-Niech ci będzie - powiedziała niechętnie kobieta. Potem usłyszałam kroki. Czyjeś ręce uchwyciły mój wózek inwalidzki za uchwyty, co wyczułam jako lekkie drgnięcie. Zostałam odwrócona w stronę drzwi.
-Proszę mówić - powiedział lekarz, puszczając moją klatkę, jednak w tym momencie jedyną pomoc i idąc w stronę wyjścia z pomieszczenia - Rozumie pana. Tylko nie może zareagować. Więc proszę spróbować zrozumieć ją. Proszę poopowiadać jej coś. Lubi to...
-Wiem - rzucił dość cierpko mężczyzna. Lekarz wyszedł z pomieszczenia.Dopiero wtedy przesunęłam wzrokiem na mojego gościa. Słowo mojego było tutaj chyba za bardzo na wyrost. Nie był to mój pokój, mój dom, moje miejsce, nawet czułam się tak, jakbym w ciele, w którym żyłam przez tyle lat, była obca.
-Cześć, Camille - rzucił Lorem nieco niepewnie. Skinęłabym głową, pocieszyłabym go. Gdybym tylko mogła - Co tam u ciebie? - spojrzałam na niego z politowaniem - Och... Tak, faktycznie. Bardzo się o ciebie martwiliśmy. Zostałem łącznikiem między premierem i artystami. Tak w dużym skrócie. Teraz zapewnię im dobre warunki, a nie szykanowanie jak za czasów tego krety.... Znaczy no. Będę się tym zajmował. Bardzo się cieszę, że cię widzę. Sądzę, że ty też się cieszysz. Aż czuję promieniującą od ciebie radość - "A co ja jestem Maria Skłodowska-Curie, żeby promieniować?!" miałam ochotę zapytać, ale się powstrzymałam. Heh. Taki żarcik. - Jeżeli cię to interesuje, to poprzedni premier osobiście zajął się tym, który ci to zrobił... Już nie zrobi więcej nikomu krzywdy... Cam... Tak bardzo... - "Cię przepraszam?", "Mi przykro?!", "Ci współczuję?" miałam ochotę zapytać, ale zanim dowiedziałam się, co dokładnie miał na myśli Lorem, drzwi do pokoju otwarły się z hukiem o jakaś postać krzyknęła:
-Już koniec. Wypad, Impsum! - po czym niemalże wyrzuciła go z pomieszczenia. "Co tak ostro, Cal?" miałam ochotę zapytać, ale tylko patrzyłam jak kobieta przystawia sobie krzesło tak, by siedzieć naprzeciwko mnie, a jej twarz opuszcza pozorny entuzjazm.
-Och, Cam... Już ja dorwę tego skur... - "Przecież on już nie żyje." miałam ochotę rzucić "Leniniewski nie mógłby pozwolić, żeby żył ktoś, kto może chcieć go zabić. Ale jeśli chcesz zmaltretować jego grób, to powodzenia życzę w poszukiwaniach". - Znaczy... Jakoś sobie poradzimy, wiesz. Do końca życia będziesz miała pieniądze. Zajmiemy się tobą. Ja i Lorem. Karpai też pomoże. Zmuszę go. Leniniewski też ofiarował swój wkład. Chloe obiecała, że po znajomości, za tanie pieniądze zapewni ci całodobowa ochronę. Już nikt cię nie skrzywdzi, słońce. - "Proszę, przestań. Przestań pieprzyć, że cokolwiek może być kiedykolwiek dobrze" - Bo wiesz. Karpai jest całkiem miły. Wiem, że go nie lubisz, ale  myślę, że po prostu źle się zabrałyśmy do tej znajomości.  - poprawiła włosy, a ja zauważyłam, że na jej palcu błysnął pierścionek zaręczynowy. "A więc to tak. Cieszę się, naprawdę się cieszę" chciałam powiedzieć. Więc czemu z moich oczu wypłynęły tylko łzy? Czemu?
-Lepiej już sobie idź - rzucił ktoś trzeci. Ktoś, kto wsunął się do pokoju cicho jak czarny kot - przyjdź kiedy indziej. Całkowicie ją rozstrajasz. - Kobieta kiwnęła głową. Widziałam, że sama zaraz zacznie płakać. Za drzwiami Karp się nią zajmie. Tego byłam pewna. Cal nie była głupia.
-No nareszcie, Belcourt. Nie sądziłem, że przy twoim charakterze masz w ogóle jakichś przyjaciół - rzucił trzeci gość, siadając na krześle, na którym przed chwilą siedziała moja przyjaciółka. "Na pewno mam ich więcej niż ty, Leniniewski" miałam ochotę rzucić z sarkazmem - Jesteś pewna? - spytał mężczyzna. - Co do tego? Będzie to ogromna strata dla nich wszystkich.  - Posłałam mu pewne spojrzenie. "Tak, jestem pewna. Na razie to też jest strata. To moja decyzja" - W takim razie. Byłaś świetną sojuszniczką - wstał z krzesła i podszedł bliżej. Podwinął rękaw mojej bluzki. Ten, który przez tyle lat skrywał blizny. Teraz skóra  była odsłonięta na wgląd kogoś poza mną, co było bardzo niekomfortowe. Władysław spojrzał na mnie ze zdziwieniem - Jesteś pewna? - zapytał jeszcze raz, ale mój wzrok nadal był pewny tego, co robię - W takim razie... Wiedz, że nie jest łatwo mi to zrobić. Ale nikt inny tego nie zrobi, nawet jeśli byś ich błagała - wbił strzykawkę w moją rękę. - Żegnaj Belle.
Dnia 11.12.2032 r. zginęła przywódczyni Mafii Pectis Camille Belcourt znana również jako "Beast" lub "Słowik". Pogrzeb, który odbędzie się z prośby łącznika artystów - Lorema Impsuma odbędzie się dnia 14.12.2032 r. "Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
I ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą,  I nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości, Czy pierwsza jest ostatnią, Czy ostatnia pierwszą."

Od Camille cd. Calii

Karpai spojrzał na mnie jakby miał zaraz na mnie skoczyć i rozgryźć moją tchawicę, na co tylko puściłam mu oczko.
-No, no, no, gołąbeczki. Bierzcie się do roboty - parsknęłam. -  Zadzwońcie do mnie, jak go znajdziecie - dodałam, po czym machnęłam im ręką na pożegnanie i wyszłam z baru. Ruszyłam przez zimne, nocne miasto. Latarnie świeciły bladym, zimnym światłem. Samochodów prawie nie było. W półmroku mogłam dobrze widzieć płytki chodnikowe i nie wywrócić się o nic w drodze powrotnej. Kiedy dotarłam do mojego domu, postanowiłam, że zanim cokolwiek zrobię, to muszę się trochę przespać. Wzięłam szybki prysznic i wsunęłam się pod kołdrę. Nie musiałam czekać długo na przyjście snu, jednak nie trwał on długo. Około godziny drugiej, co stwierdziłam patrząc na zegarek, obudziłam się z krzykiem. Ten sam sen ciągle mnie męczył. Ciarki przeszły mi po plecach, gdy o tym myślałam. Wiedziałam, że już nie zasnę więc przebrałam się w czarne rurki i golf tego samego koloru, usiadłam przy biurku, wyjęłam ołówek i kartkę i zaczęłam planować. Najpierw postanowiłam, że będę musiała umówić się z Chloe i porozmawiać z nią o stosunkach naszych organizacji. Nie chciałam skończyć jak Mafia Etis, więc musiałam szybko załatwić tę sprawę. Gdy wróciłam myślami do Kisasi Takamoto, zdałam sobie sprawę, że nie pomyślałyśmy z Calią o jeszcze jednej ważnej rzeczy. O ich domu. Nie sądzę by sama morderczyni była na tyle głupia, by się tam schować, ale kto wie, może znajdę tam coś ciekawego? Z tymi myślami szybko zebrałam najważniejsze rzeczy, narzuciłam buty i kurtkę koloru khaki z kapturem i wyszłam z domu. Na szczęście zrobiłam zdjęcie życiorysu Takamoto, więc mogłam szybko sprawdzić, gdzie to dokładnie było. Nie miałam zbytniego szczęścia, gdyż zamieszkiwali na terenie Areny 9, co powodowało, że musiałam jechać samochodem. Odpaliłam silnik i ruszyłam niemalże pustą drogą ku mojemu celowi. Nie trwało to jednak długo, gdyż gdy dojechałam na teren Areny 4, usłyszałam, że mój telefon dzwoni.
-Co tam? - spytałam zamiast przywitania, gdy zobaczyłam na wyświetlaczu: "Ace"
-Przyjedź szybko do domu Kisasi... - na chwilę przerwał mi krzyk jakiegoś mężczyzny, a potem głuche tąpnięcie i znów cisza - Udało się.
-Będę za pięć minut - rzuciłam i rozłączyłam się, po czym wrzuciłam na wyższy bieg.
(Calia? Nie zapomnij o piesku XDD)
Szablon