27 listopada 2017

Od Calii cd. Argony

Przewróciłam oczami i ruszyłam za Argoną. Dlaczego wilki muszą być takie irytujące? Spokojnie szłyśmy do miejsca, w którym Alpha spotkała tajemniczego człowieka-pandę, a ja zastanawiałam się, co ktoś miał na celu, przysyłając ją do mnie? Może to jakiś sprawdzian od Chloe czy jakiegoś innego nie wiadomo kogo? Kątem oka zerknęłam na Argonę. O co z nią chodzi, że nie może zostawić mnie w spokoju, choćby nawet chciała? Ja nie wiem, ktoś ma wobec Noctisu i Watahy jakieś wielkie plany? Bo jeśli tak i do końca życia będę musiała pracować z nią, to ja dziękuję.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmiła Alpha, rozglądając się nerwowo.
- Aha, łatwo się domyślić - zauważyłam, patrząc w charakterystyczny punkt tuż przede mną.
- Że co? - spytała z rozdrażnieniem brunetka.
- A to, że twój człowiek-panda wciąż tu jest - oznajmiłam, dyskretnie pokazując stojącego w połowie chodnika człowieka w przebraniu pandy.
- Przecież to niemożliwe - skrzywiła się Argona, ale zaraz podążyła za moim znakiem i pokiwała z niedowierzaniem głową.
- I co teraz? - zapytała opryskliwie. Wzruszyłam ramionami.
- Jak to co? Chodźmy z nim pogadać - zaproponowałam i, zanim brunetka zdążyła zaprotestować, ruszyłam w kierunku naszego celu.
- Cześć, zapraszamy do nowego sklepu zoologicznego tuż za rogiem! - oznajmiła panda, gdy tylko się do niej zbliżyłam. Poczułam, jak na słowo "zoologiczny" Lizzy porusza się gwałtownie, wyrażając swój sprzeciw. Uśmiechnęłam się lekko.
- Dziękuję bardzo, ale ja właściwie do pana - oznajmiam przyjaźnie. - Przeprowadzamy taką ankietę wśród osób biorących udział właśnie w tego rodzaju akcjach. Właściwie to tylko dwa pytania. Znajdzie pan chwilkę?
- Jasne - odrzekł mężczyzna z entuzjazmem. - Uwielbiam takie rzeczy.
- No to świetnie - uśmiechnęłam się. - Pierwsze pytanie: jak długo pan tu stoi?
- Przyszedłem dopiero jakieś pół godziny temu - oznajmił człowiek-panda po chwili zastanowienia. - Sama pani rozumie, nocą tu jest największy ruch. Można ludziom wcisnąć najlepszy kit.
- Rozumiem doskonale - zapewniłam. - Drugie pytanie: czy używa pan Perwollu?
- Co? - zdziwił się. - Nie, oczywiście, że nie - wybuchnął serdecznym śmiechem. - Widzi pani tę biel? Takie rzeczy tylko Vizir.

(ARGONA? JAKI PROSZEK DO PRANIA BIERZEMY TERAZ? XD)

Od Calii cd. Camille

- Kto to jest? - zapytała ostro Kisasi. Była całkiem ładna, śmiem zaryzykować nawet stwierdzenie, że wyglądała młodziej niż na nagraniu z rozprawy. Jak to mówią, męża nie ma, dzwony biją, operacje plastyczne kosztują. Chyba już wiadomo, po co jej było tyle tego odszkodowania. Kobieta miała na sobie długą ciemną sukienkę i wysokie cienkie szpilki, które z każdym krokiem Kisasi powodowały skrzypnięcia starej drewnianej podłogi opuszczonego magazynu. Takamoto podeszła do Cam i ujęła jej podbródek w dwa palce.
- Coś ty za jedna, dziewczynko? - zapytała słodko.
- Emily...
- Zresztą nieważne! - Kobieta odwróciła się tak gwałtownie, że aż lekko podskoczyłam, zaskoczona sytuacją. - I tak będzie trzeba cię zabić!
- Nie... - zaoponował nagle di Monde. - To mój jeniec - wydukał. - A przecież i tak cię nie widzi.
Takamoto zacmokała niepewnie, jakby się zastanawiając.
- Przemyślę to - oznajmiła w końcu z szyderczy uśmiechem. - A ty gadaj, dlaczego nie wykonałeś zadania. Czy to naprawdę było takie trudne? - westchnęła teatralnie.
- To wszystko... przez tę blondynę - zaczął się tłumaczyć di Monde, a ja o mało nie parsknęłam śmiechem. Co ty kombinujesz, Camille? Chciałam podejść bliżej, żeby w razie czego móc zareagować, ale obawiałam się niebezpiecznie skrzypiących desek. Jeden fałszywy krok i po mnie. Postanowiłam więc nie ryzykować i zostać w tym samym miejscu. Cóż, prawdę mówiąc, miałam nadzieję, że moja reakcja w ogóle nie będzie tu potrzebna.
- Chcesz mi powiedzieć - zaczęła zdziwiona Kisasi - że takiego kogoś jak ty pokonała zwykła, jak to określiłeś, blondyna?
- Miała koleżankę - skrzywił się mężczyzna, a ja zmarszczyłam brwi. Tak ma być, czy nasz-jużnienasz gość wymyka się Camille spod kontroli?

(CAMILLE? CO KOMBINUJESZ? :3)

26 listopada 2017

Od Lorema cd. Camille

- Camille! - Lorem wybiegł z ukrycia, nie mogąc dłużej patrzeć na męczącą się dziewczynę. Kątem oka, ledwie kątem oka, dostrzegł umykające na boki sylwetki postaci. Odwrócił głowę, by uchwycić choćby jakiś szczegół, jednak one już znikły.
  Cała uwaga mężczyzny zwróciła się w kierunku towarzyszki. Obejrzał ją uważnie. Nie była ranna, tylko nieprzytomna. Jasnowłosy kiedyś słyszał, ze nieprzytomnemu podnosi się wszystkie kończyny do góry, żeby go obudzić. Więc tak właśnie zrobił. Po kilkunastu sekundach oczy Camille powoli się otworzyły i widać było, że nie do końca rozumie, co się dzieje. Lorem delikatnie odłożył jej kończyny. Ukląkł koło czarnowłosej i pomógł jej usiąść.
- Coś cię boli? - zapytał na wszelki wypadek, nie ufając do końca swojej ocenie sytuacji.
- Nie - zaprzeczyła, rozglądając się dokoła. Mężczyzna niemal widział, jak rozbite myśli powoli wracają na swoje miejsca w jej głowie. Jej zagubiony wzrok nagle zogniskował się na jasnowłosym i błysnął niebezpiecznie - A właściwie... nie powinieneś być w hotelu?
  To pytanie było nieuniknione od samego początku, mimo to Lorem poczuł się niezręcznie nie wiedząc, co na nie odpowiedzieć. Mógł skłamać, jednak nie mógł skłamać. Przecież by wiedziała. Mógł powiedzieć prawdę, jednak miast tego milczał. Gwałtownie wstał sztywno i cofnął się od dziewczyny, gwałtownie uderzając plecami o ścianę i zatrzymując się. Spuścił wzrok i znieruchomiał.
- Lorem? - Camille patrzyła na mężczyznę, jakby nie wiedząc co myśleć. Sam jasnowłosy nie wiedział tego tym bardziej. Co sobie myślał, idąc za dziewczyną? To nie była jego sprawa.
- Powinienem - powiedział wreszcie, cicho. 
  Dziewczyna spróbowała wstać, jednak zakręciło jej się w głowie, więc z powrotem usiadła. Obróciła się jednak tak, by siedzieć przed mężczyzną.
- Więc czemu tu jesteś? - Oboje wiedzieli, że ją śledził, mimo to dziewczyna chciała potwierdzenia.
- Cały czas jesteś zaniepokojona - mruknął i spojrzał z ukosa na dziewczynę. - Coś tu było.
  Twarz Camille pobladła nieco, jednak dziewczyna zachowała opanowany ton głosu. 
- Widziałeś to? - A widząc, że jasnowłosy kiwa głową, dopytywała dalej. - Co konkretnie?
- Nic. Sylwetki - wyjaśnił Lorem i zapadła między nimi cisza.
(Camille? Co zrobisz z tym fantem? XD)

25 listopada 2017

Od Argony cd. Calii

- Wchodzę - zdecydowała Argona, niechętnie wyciągając rękę do nowej towarzyszki. Calia spojrzała na nią i na swoją rękę. Po namyśle, splunęła na dłoń i wyciągnęła do Alphy. W pierwszej chwili wilczyca spojrzała na nią z niesmakiem, jednak zrobiła to samo. Dłonie zostały uściśnięte, układ przypieczętowany. 
- Masz jeszcze jakieś informacje, których mi nie przekazałaś? - spytała Szafir, patrząc bystro na Argonę. 
- Nie - zaprzeczyła ta po prostu, nawet nie siląc się na udawanie, że jest inaczej. - Ale to tylko sprawia, że sprawa jest ciekawsza.
- I że nawet nie wiemy od czego zacząć. - Calia westchnęła. - Zajmowałaś się kiedyś ściganiem kogoś? Pewnie jeśli nawet to robiłaś to po zapachu...
  Szafir spojrzała na trzymaną w dłoni naklejkę.
- Ludzie noszą różne świństwa. - Argona skrzywiła się. - Wąchając papierek mogę ci co najwyżej powiedzieć w czym prany był ten kostium. - A po namyśle dodała - W Perwoll Brillant White. Dużo ludzi używa Perwollu.
- Gdy nie ma innego punktu zaczepienia, najlepiej zacząć tam, gdzie...
- Wiem. Znam podstawy - warknęła wilczyca i wyjęła dziewczynie w nikabie nalepkę z dłoni. - Idziemy.
- Coś mówiłam o wykonywaniu rozkazów - zauważyła Calia, zakładając ręce na piersi.
- Jak wolisz, możesz mnie śledzić. - Alpha machnęła lekceważąco ręką, odwracając się na pięcie i idąc w kierunku krawędzi dachu. Chciała się dokładnie rozeznać, gdzie jest i jak najprostszą drogą dotrzeć do Herbaciarni.
(Calia? Czuję piękną współpracę :') )

Od Camille cd. Lorema

Gdy tylko wyszłam z hotelu, szybkim krokiem ruszyłam przez przerzedzone już ulice Paryża. Wiedziałam, że niedokończone sprawy należy załatwić jak najprędzej, dlatego zebrałam całą swoją odwagę i obrałam kurs na pierwsze z miejsc, które chciałam dzisiaj odwiedzić. Miałam trochę wyrzuty sumienia, że zostawiłam Lorema samego i nic mu nie wyjaśniłam, jednak nie chciałam tego robić. Nie wiedziałam nawet kim on dla mnie jest? Przyjacielem, znajomym, zaginioną bratnią duszą? Uczucia kłębiły się we mnie, a panujący w mojej głowie chaos na pewno nie pomagał zebrać myśli. Im bliżej byłam pierwszego celu, tym bardziej chciałam uciekać i płakać, jednak twardo szłam dalej, aż przekroczyłam bramę jednego z paryskich cmentarzy. Czekała mnie jeszcze długa droga, gdyż grób którego szukałam znajdował się na samym jego skraju. Na kamiennej płycie wyryte były trzy informacje:
Simon Anthony Andrews
ur. 27 IX 2005
zm. 23 VI 2015
   Dotknęłam lekko kamiennej płyty, po czym zapłakałam cicho. Napór skrywanych przeze mnie przez długie lata uczuć złamał mnie w tamtym momencie jak tamę pod zbyt dużym naporem wody. Myślałam, że jestem silniejsza, że sobie poradzę i jak zawsze się przeliczyłam. Opadłam na ławeczkę przy grobie.
- Przepraszam, Si - wyszeptałam, czując na policzkach ciepłe łzy, które toczyły się po mojej twarzy i skapywały mi na nogi - Tak bardzo cię przepraszam... Gdybym wtedy nie... Och mój Boże, dlaczego, dlaczego, dlaczego?! Dlaczego to musiałeś być akurat ty - szlochałam cicho, to była dopiero połowa mojego dzisiejszego spaceru, a mnie już brakowało sił. Po dobrych kilkunastu minutach udało mi się jako tako pozbierać. - Życz mi szczęścia - wyszeptałam na pożegnanie - Do zobaczenia, Mon.
   Szłam przez miasto z głową spuszczoną. Kilkakrotnie na kogoś wpadałam, jednak byłam zbyt zamyślona i załamana by zwrócić na to uwagę, a co dopiero przepraszać. Aż dotarłam w miejsce, które powodowało ciarki na moich plecach. Miejsce, które mijałam dzisiaj rano. Podeszłam do drzwi, za którymi mieszkały wszystkie demony, których najbardziej się bałam. Nacisnęłam klamkę. Drzwi opuszczonego budynku zaskrzypiały lekko otwierając się pod naporem. Weszłam do środka. Wszystko było tak jak to zapamiętałam. Nie zmieniło się nic. Salonik, lampka, kuchnia, a w dalszym pokoju sypialnia. Przekroczyłam jej próg, czując, jak serce podchodzi mi do gardła.
- Morderczyni - usłyszałam szept, tuż za sobą. Odskoczyłam dalej, jednak nikogo za mną nie było.
- To twoja wina - usłyszałam ponownie. Nie wiedziałam, czym były owe istoty, duchami lub moimi wyobrażeniami.
- To nie moja wina - wyjąkałam, a mój głos przesiąknięty był strachem.
- Jaaaaasne. 
- Mordercy zawsze tak mówią - dopowiedział ktoś trzeci.
-Mordercy i szumowiny - dodał drugi.
- Nie! - krzyknęłam niemalże, czując, jak miękną mi nogi. - Ja naprawdę....
- Nie chciałaś? - zapytał któryś, przerywając mi. - My też nie będziemy chcieli cię skrzywdzić.
- Po prostu jakoś tak wyjdzie - dodał ktoś czwarty - poczułam, jak świat wiruje mi przed oczami.
- Przepraszam - wyszeptałam cicho, czując, że spadam w ciemną otchłań. Jedyną rzeczą, którą usłyszałam przed straceniem przytomności był głos. Głos wołający moje imię.
(Lorem? Jak tam stalking? ;P)

Od Meredith cd. Calii

- Nie tutaj! - Walnęłam facepalma w duszy. Naprawdę myślała że powiem to na ulicy pełnej możliwych szpiegów? - Chodź – powiedziałam tylko i ruszyłam przepychając się przez tłum. Ona tylko wzruszyła ramionami, starła ręką resztki makijażu i z pełną godnością ruszyła za mną.
- Umiesz skakać po dachach? - Spytałam z lekkim uśmieszkiem. Wiedziałam jaka jest odpowiedź, ale i tak patrzyłam na nią z udawanym zaciekawieniem.
- Nie – odpowiedziała sarkastycznie. Uśmiechnęłam się .
- No to... mamy problem. - Ironia sącząca się praktycznie bez przerwy z moich ust musiała być dla innych irytująca, ale cóż.... Mówi się trudno na takie indywidua jak ja...
Szybkim ruchem złapałam się rury na rogu jakiejś starej pięknej kamienicy i zaczęłam się wspinać. Trzy ruchy i już byłam na lekko zardzewiałym bordowym dachu o wystających gdzieniegdzie dachówkach. Po niecałej sekundzie Calia stała już za mną. Puściłam się biegiem zostawiając za sobą wszystkie wspomnienia. Teraz byłam tylko ja, deszcz i wiatr we włosach. Kochałam to uczucie. Gdy znalazłam się już na niebieskim dachu, złapałam się za brzeg i miękko spadłam na dół. Calia zeszła tą samą drogą tuż po mnie i zlustrowała wzrokiem mój dom o niebieskich drzwiach.
- To tutaj – bardziej stwierdziła niż zapytała. Przewróciłam oczami i podeszłam do drzwi. Przyłożyłam palec do jednej z cegiełek i wstukałam kod na drugiej. Wiem że teraz mogłam wyglądać jak wariatka, ale Calia widocznie zauważyła maleńkie kabelki wystające z lewej strony, bo nie przyglądała mi się ze zbytnim zdziwieniem. Spostrzegawcza jest.
- Damy przodem – Powiedziałam z wrednym uśmieszkiem, a ta tylko wypięła dumnie pierś i przekroczyła próg mojego domu. Nagle usłyszałam krzyk. Lins. Zapomniałam o nim.
Gdy tylko podbiegłam do leżącej Calii, Lins siedział obok niej i wpatrywał się we mnie ze skruchą. Kurde. Powinnam powiedzieć mu, że mamy gości, ale pewnie i tak to wiedział zanim w ogóle ona weszła do domu. Ale nigdy nie wyzbędzie się starych odruchów. Zawsze będzie atakował tego, kto nie jest mną. Szybko podbiegłam do leżącej dziewczyny. Na szczęście to była tylko rana na czole, ale i tak kazano by mi go uśpić, gdyby tylko to wyszło poza niebieskie drzwi mojego domu. Dotknęłam jej głowy kciukami, które jak gdyby wtopiły się w jej skórę. Moje oczy stały się całkowicie białe. Zmieniłam jej wspomnienie. Teraz w jej głowie to wyglądało tak, że potknęła się i uderzyła głową w komodę, która stała obok. Ale wspomnienie nie uciekło. Wchłonęłam je. Nosiłam już tyle wspomnień, że czasem po prostu trudno mi było myśleć, bo za każdym razem napływały mi przed oczy. Większość z nich była związana z atakami Linsa, ale nieważne.
Blondynka zamrugała i podniosła się do pozycji siedzącej
- …
( Calia? Jak ci się podoba dom za niebieskimi drzwiami? ;P )

Od Calii cd. Argony

- No cóż, chyba nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć, że w to wchodzę - westchnęłam, wstając. - Ale nie dostaję za to zapłaty, więc nie będziesz dyktować mi warunków. Jesteś przywódcą dla wilków, ale nie dla mnie - oznajmiłam. - Z całym szacunkiem, oczywiście.
Brunteka parsknęła wyniośle.
- Byle śmiertelnik nie będzie mi mówił, co mam robić - stwierdziła, zakładając ręce na piersi.
- Pewnie, że nie - przytaknęłam. - Ale byle Alpha również nie będzie się wtrącać do roboty śmiertelnika - oznajmiłam. Dziewczyna spojrzała na mnie z szokiem pomieszanym z żądzą moru.
- Byle Alpha? - powtórzyła z niedowierzaniem.
- Wiesz, o co mi chodzi - machnęłam ręką. - Proponuję po prostu luźną współpracę.
Brunetka łypnęła na mnie groźnym wzrokiem.
- A skąd mam wiedzieć, że mnie nie wystawisz? - zapytała podejrzliwie. Wzruszyłam ramionami.
- Cóż, ta sprawa dotyczy zarówno ciebie, jak i mnie - zauważyłam. - Chcę się dowiedzieć kto to był, skąd ma informacje dotyczące tego skoku i czy to jednorazowa sytuacja, czy gość wie więcej. Poza tym pojawia się kolejne pytanie, mianowicie dlaczego wysłał do mnie akurat ciebie. Bo nie wierzę, że po prostu wyglądałaś na zagubioną. A skoro facet jest taką szychą, że zna plany Noctisu, to dlaczego, do cholery jasnej, łazi po mieście w przebraniu pandy? - zakończyłam mój wywód.
- Więcej pytań niż odpowiedzi - zauważyła enigmatycznie Argona. Skinęłam głową.
- To jak? - zapytałam. - Wchodzisz w to?

(ARGO? CO POWIESZ NA "LUŹNĄ WSPÓŁPRACĘ"? :3)

Od Lorema cd. Camille

- Niebezpiecznie samemu w nocy - oznajmił po namyśle, wpatrując się przenikliwie w dziewczynę z mieszanymi uczuciami. 
- Nie jestem dzieckiem, Lor. - Camille spojrzała na niego figlarnie. - Umiem o siebie zadbać.
- Jesteś pewna? - spytał, nie do końca przekonany. Gdzie zamierzasz pójść? Coś cię martwi, czemu twoje emocje tak wariują, gdy mówisz mi, że musisz iść coś załatwić? Co takiego chcesz załatwiać? Tak bardzo chciał ją o to wszystko zapytać, jednak nie miał tyle siły, by powiedzieć to wszystko w jednym czasie. Dlatego milczał, czekając na odpowiedź.
- Jestem pewna - opowiedziała zdecydowanie czarnowłosa, a wirujące pod powłoką emocje stawały się jeszcze gwałtowniejsze.
  Lorem pokiwał głową, po czym położył się na swoim łóżku w ubraniu, zrzucając jedynie buty.
- Dziękuję, że zrozumiałeś - powiedziała z wdzięcznością w głosie, i czymś zgoła innym w sercu, Camille, wstając i kierując się do wyjścia. - Dobrej nocy, Lorem.
  Wyszła. Jej kroki cichły w oddali. Jasnowłosy jeszcze kilka sekund leżał na swoim posłaniu, nim ostatecznie zdecydował. Szybko ubrał buty, z walizki wziął kilka swoich najlepszych długopisów oraz stary, wyświechtany płaszcz,  który wziął dla ochrony przed zimnem i deszczem. Wyszedł, podążając za palącym przeczuciem i śladem emocji, unoszącym się wciąż w powietrzu. A może tylko mu się tak wydawało? Przez chwilę myślał nawet, że kieruje się zapachem, jednak ostatecznie uznał to za niemożliwe.
  Dogonienie Camille zajęło mu chwilę, a gdy to już się stało, jego droga została utrudniona. Musiał teraz być czujny, by dziewczyna nie wyczuła jego obecności. Nie chciał, by pomyślała, że jej nie ufał. Z drugiej strony sama myśl o nieufności wobec jego osoby nakierowywała jego umysł na konflikt, w którym leżały stronnictwa obu towarzyszy, co na prawdę budziło w nim niepokój. Nie chciał, by to wszystko skończyło się... by coś się stało Cam. Z bijącym żywiej sercem, pewnym krokiem osoby żyjącej w cieniu już od dawna, podążał za swoją... kim? Znowu się wahał, jak powinien o niej myśleć.
(Camille? No nie mógł się przecież narzucać :P Za to masz Lorusia-stalkusia XD)

24 listopada 2017

Od Camille cd. Lorema

Lorem nie wyglądał na przekonanego moim żartem, jednak nie naciskał. Postanowiłam na razie odegnać złe myśli i skupić się na spacerze, który, nawet licząc wszystkie wspomnienia, był niezwykle przyjemną okazją do obejrzenia rodzinnego miasta po tylu latach rozłąki. Czułam się... niesamowicie. Widziałam jednak, że Lorem był nieco... przytłoczony. Przypomniało mi się to, co powiedział dzień wcześniej. Nie rozumiałam dokładnie o co chodziło, jednak chciałam mu jakoś pomóc. Dlatego uśmiechnęłam się do niego z otuchą i złapałam go za rękę.
- Uwaga na francuskich kieszonkowców - ostrzegłam na wpół żartobliwie a wpół na serio. - Tylko mi się tu nie zgub!
    I tak oto rozpoczęliśmy podbój Paryża. Starałam się opowiedzieć mu jak najwięcej. Były to rzeczy wyczytane z książek o tym pięknym mieście, ale także rzeczy, które znałam z własnego doświadczenia. Na początku byliśmy zobaczyć wieżę Eiffla oraz Łuk Triumfalny. Nie mogłam także odpuścić sobie, i jemu przy okazji, zobaczenia jeszcze raz Katedry Najświętszej Maryi Panny, która za każdym razem zachwycała mnie swoim niezaprzeczalnym pięknem... Ach! Jako że czas płynął nieubłaganie, to niedługo po tym postanowiliśmy zatrzymać się w jakiejś restauracji i przez chwilę odpocząć oraz coś zjeść. Ciężko było mi powiedzieć jak podoba się Loremowi w Paryżu, jednak jakoś nie miałam odwagi go o to spytać. Zamiast tego rozmawialiśmy na kilka niezobowiązujących tematów. Gdy skończyliśmy czekała nas jeszcze jedna, zaplanowana przeze mnie na ten dzień, atrakcja.
- W końcu jesteś artystą, Lor - powiedziałam cicho, gdy stanęliśmy przed wejściem do wielkiego budynku - Uznałam, że pewnie chciałbyś to zobaczyć.
     I miałam rację, bo Luwr zrobił na nim naprawdę duże wrażenie. Spędziliśmy tam bite pięć godzin, jednak jemu i tak było mało.
- Jeżeli chcesz, będziemy mogli tu jeszcze wrócić jutro lub pojutrze i spędzić tu więcej czasu - zasugerowałam ze śmiechem.
- Niech będzie... - odparł Lorem, nieco zasmucony. Jednak wiedziałam, że po tak długim i ciężkim dniu jest na pewno zmęczony.
    Gdy dotarliśmy do naszego hotelu było już wpół do dziesiątej. A ja miałam jeszcze coś do załatwienia. Po chwili odpoczynku założyłam płaszcz i buty z dłuższą cholewką.
- Mam jeszcze coś do załatwienia - powiedziałam, uśmiechając się do Lorema - Nie musisz na mnie czekać, poradzę sobie - puściłam do niego oczko, jednak w myślach powtarzałam "Błagam, nie chciej iść ze mną, błagam, nie chciej iść ze mną" jak mantrę. Dlatego gdy Impsum otworzył usta, by mi odpowiedzieć dosłownie wstrzymałam oddech:
-...
(Loruś? Idziesz z nami zwiedzać nocny Paryż i przeszłość? ;3)

Co uknuła Chloe, czyli o tym, dlaczego biały rogal nie lubi kamieni szlachetnych


---------------------------------------------------------------

JD twierdzi, że dobrze sobie radzisz i powinnam dać ci możliwość awansu. Dobrze. Sprawdzimy czy dobrze Cię ocenił.

Chcę, żebyś włamała się dla mnie do głównej siedziby Menthis corp. i wykradła dla mnie ich plany strategiczne na najbliższe lata.

Nie spieprz tego.
Chloe

---------------------------------------------------------------

Nic mi do tego, ale JD bał się napisać, więc przekazuję ci informacje od niego. 
Powiem wprost. To pułapka! Chloe wcale nie ma ochoty nikogo awansować (chyba nawet pokłóciła się o ciebie z JD lol), jednak Yukio podpuścił ją i ostatecznie się z nim założyła, że nie dasz rady wykonać zadania. Niezależnie od tego czy ci się uda, czy nie sztorm jest nieunikniony ;_; więc się nie przejmuj i daj z siebie wszystko! :D
W Menthis na pewno będą ostrzeżeni o twoich zamiarach, a plany, które podesłała ci Chloe zapewne są fałszywe, więc lepiej będzie, jeśli sama zrobisz zwiad. 
Nie ufaj nikomu ;_; Nie wiadomo, co nasza szefowa jest w stanie zrobić dla zakładu.
Powodzenia Szafirku ^^
Kumiko

---------------------------------------------------------------


Zamknęłam z wściekłością laptopa. A więc tak Chloe zamierza to rozegrać? Postukałam palcem w kolano. Już ja jej pokażę. Menthis corp się mnie spodziewa, tak? No cóż, mili państwo, chyba jednak będziecie musieli odwołać to jakże pięknie zapowiadające się przyjęcie z przyłapaniem mnie w roli głównej. Zastanowiłam się chwilę. Chloe zna mój system działania, więc to musi być coś, czego się nie spodziewa. Hm, mówią, że najciemniej jest pod latarnią, prawda? Może i coś w tym jest, ale na początku przydałoby się zrobić porządne rozeznanie w sytuacji? Jak dobrze, że mam gdzieś w szafce stare plany siedziby Menthisu. Wiedziałam, żeby nie wyrzucać informacji zdobytych na początku mojej słabo zapowiadającej się kariery. Dobrze, że Księżyc nie wie o wszystkim, co się dzieje z jej podwładnymi. Podeszłam więc do komody stojącej na końcu salonu i wyjęłam z niej dość cienką teczkę z wielkim "M" napisanym czarnym markerem. W środku znajdowało się niewiele - jedynie plany i coś tam o przywódcy organizacji. Jednak to wystarczyło. Wyjęłam plany, które mnie interesowały i, z ciekawości, ponownie usiadłam przed laptopem. Pobrałam fałszywki od Chloe do porównania. Chciałam przekonać się, czy faktycznie wystawiła mnie dla zakładu, ale wiedziałam, że to prawie pewne. Ona nie lubi przegrywać i wyznaje zasadę "po trupach do celu". I rzeczywiście, plany delikatnie się różniły. To były niewielkie zmiany, przesunięcie niektórych pokoi, inne miejsca szybów wentylacyjnych czy alarmów, ale to wystarczyłoby do pogrzebania mojej misji zanim by się dobrze zaczęła. Prychnęłam pod nosem zniesmaczona. Wysłałam tylko odpowiedź do Kumiko z podziękowaniem za ostrzeżenie, a sama zabrałam się do obmyślania dalszej części planu. "Najciemniej jest pod latarnią" - dźwięczało mi w głowie. Świetnie. Więc zrobię coś nieprzewidywalnego. Coś, co kłóci się ze wszystkimi moimi działaniami podjętymi do tej pory. Coś, czego sama bym się po sobie nie spodziewała. I coś, co będzie wymagało ode mnie najwyższych kwalifikacji i wielkich umiejętności. Założyłam kosmyk włosów za ucho i przygryzłam wargę, rozważając dobre i złe strony moich zamiarów. Jeśli mnie złapią, skończę beznadziejnie. I wtedy to już nie będzie kwestia odsiadki w więzieniu. A bycie królikiem doświadczalnym na obcym terytorium też mi się nie uśmiecha. Jednak jeżeli pójdę za tropem Chloe, to i tak wyjdzie na to samo. Ryzyko jest duże. Ale, według mnie, warte podjęcia. Na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Tak, zaatakuję inaczej niż zwykle. I zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni.

***

Stanęłam przed lustrem pełna podziwu dla samej siebie. Ubrana byłam w obcisłą kremową spódnicę i lekko błękitną koszulę. Na stopy założyłam czarne szpilki, które podwyższały mnie o kilka centymetrów, blond włosy upięłam w ciasny kok, na dłonie naciągnęłam cieliste rękawiczki, a na nosie widniały czarne okulary zerówki. Usta podkreśliłam mocno czerwoną pomadką, czego zwykle nie robię, a oczy zostawiłam naturalne. Nałożyłam jedynie koloryzujące na granatowo soczewki, by mieć choć trochę poczucia, że ta dziewczyna w lustrze to nadal ja. Dodatkowo przeklinałam moją głupotę za tak charakterystyczny talizman, który, oczywiście, również musiałam zdjąć z głowy. Stwierdziłam jednak, że nigdzie się bez niego nie ruszam, więc najzwyczajniej w świecie owinęłam go sobie wokół nadgarstka, a przydługi łańcuszek zakamuflowałam mnóstwem innych bransoletek. Spojrzałam na zegarek. Równo trzynasta. Wzięłam dwa głębokie oddechy, poprawiłam bransoletki i zgarnęłam ze stolika dużą elegancką czarną torebkę, którą zawiesiłam sobie na przedramieniu. Sprawdziłam, czy mam w niej teczkę, długopis i sfałszowane dokumenty, po czym otworzyłam drzwi. Ostatni raz spojrzałam na moje mieszkanie, zastanawiając się, co będzie, gdy mi się nie uda. Szybko jednak odegnałam od siebie te myśli. Zamknęłam drzwi na klucz i zjechałam windą na parter, kierując się do wyjścia z budynku. Na Arenę Czwartą postanowiłam pojechać taksówką i już po kilkunastu minutach stałam przed oszklonymi drzwiami obrotowymi. Wzięłam głęboki oddech i pewnym krokiem przeszłam obok stojącego nieruchomo ochroniarza. Skierowałam się na prawo do swego rodzaju recepcji. Musiałam mieć naprawdę ostrą minę, bo ludzie jak na zawołanie usuwali mi się z drogi. Moja torebka poruszyła się lekko, a ja od razu zacisnęłam mocniej dłoń. "Lizzy, proszę" - błagałam w myślach. - "Siedź cicho".
- Słucham? - zapytał mechanicznie siedzący za szybą rudowłosy chłopak, nawet nie podnosząc na mnie wzroku. Chrząknęłam znacząco, wyciągając z torebki sfałszowane dokumenty. Recepcjonista spojrzał na mnie pytająco.
- Kontrola z ramienia urzędu, wydział do spraw walki z przekrętami gospodarczymi - powiedziałam ostro, ale spokojnie, podsuwając rudzielcowi legitymację pod nos. - Dzień dobry.
Chłopak zmrużył oczy, przysunął się bliżej dokumentu, oglądając go wnikliwie, podczas gdy moje serce prawie dostawało palpitacji ze stresu. W końcu chyba nie zauważył niczego podejrzanego, bo tylko spojrzał na mnie ze sztucznym uśmiechem.
- Panna Armano, zgadza się? - zapytał, a ja szybko zorientowałam się, co jest grane.
- Argadno - poprawiłam go z westchnieniem, chowając legitymację do torebki. Wiem, co mam na sfałszowanych dokumentach. - Dlaczego każdy to myli? - zapytałam retorycznie, krzywiąc się teatralnie. Rudowłosy skinął głową.
- Co taka piękna urzędniczka robi w naszym pięknym laboratorium? - kontynuował. Wzruszyłam ramionami.
- Dostaliśmy zgłoszenie, że nie płacicie prawidłowo rachunków i fałszujecie faktury - odpowiedziałam spokojnie.
- Ależ nic podobnego! - zaprzeczył natychmiast. - Jesteśmy dobrze pro...
- Panie, ja tu nie przyszłam dla zabawy - przerwałam mu ostro. - Dostaliśmy zgłoszenie, wysłali mnie, żebym to sprawdziła. Mnie też się nie chce tu być, ale taką mam pracę. Więc niech mi pan nie utrudnia zadania, z łaski swojej, i po prostu zaprowadzi do głównego księgowego, do szefa oraz do archiwum, ja stwierdzę czy zaszło tu jakieś przestępstwo, czy nie i więcej mnie pan, mam nadzieję, nie zobaczy.
Chłopak wyglądał, jakby chwilę się nad czymś zastanawiał.
- Niestety nie wolno mi samemu podejmować takich decyzji - oznajmił w końcu, wciąż ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
- Mój czas to pieniądz - ostrzegłam go. - Proszę zadzwonić do przełożonego, jeśli pan sam nie zna rozkładu pomieszczeń i nie ma takiej władzy, by kogoś mi przydzielić.
Rudowłosy zacisnął mocno usta, ale odsunął się i sięgnął po telefon. Powiedział coś do słuchawki, a ja ostentacyjnie postukałam paznokciami w blat. W końcu recepcjonista znów zbliżył się do okienka.
- Oczywiście, panno Argadno, przepraszam za to zamieszanie - wrócił do poprzedniego tonu i wyrazu twarzy. - Nasz ochroniarz zaprowadzi panią tam, gdzie pani potrzebuje. Aha, tylko jeszcze jedno. Poproszę o pani torebkę. Muszę ją prześwietlić. Rozumie pani, na teren tej posiadłości nie można wnosić żadnej broni czy innych niepożądanych przedmiotów - oświadczył z przepraszającym uśmiechem.
- Ależ oczywiście - powiedziałam, nie ujawniając swojego zaskoczenia. Postawiłam torebkę przy okienku, a gdy wziął ją do rąk, z ulgą zobaczyłam znikający pod blatem zielony ogon. Odetchnęłam w duchu. Teraz jedyne co tam znajdzie, to teczka z "papierami do kontroli", długopis, legitymację, sfałszowany dowód i parę drobniaków. Zgodnie z moimi oczekiwaniami, chłopak po chwili oddał mi torebkę.
- Archiwum schodami w dół i na prawo - oznajmił szorstko ochroniarz, przepuszczając mnie pierwszą. Pewnym krokiem ruszyłam przed siebie. Dobrze wiedziałam, że to nie tam znajdują się informacje, których szukam. I tu również miałam rację, nie wyszłam stamtąd jakoś specjalnie bogatsza o nowe informacje. U głównej księgowej też nie było czego szukać, po prostu przydała się do przykrywki. Miałam tylko nadzieję, że nie poznała się na mojej beznadziejnej znajomości ekonomii.
- Teraz do szefa - rozkazałam, zaznaczając na liście przypadkowy punkt.
- Niestety, szefa dzisiaj nie ma - stwierdził ochroniarz, chcąc wyprowadzić mnie do wyjścia.
- Bez podpisu szefa lub chociaż jego zastępcy nie będę mogła zakończyć kontroli - oznajmiłam szorstko, zatrzymując się na środku korytarza.
- To nie mój problem - wzruszył ramionami mężczyzna.
- Proszę mnie zaprowadzić do zastępcy szefa, reszta mało mnie interesuje - powiedziałam tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Słuchaj no, panieneczko - zaczął wkurzony ochroniarz, przybliżając się do mnie niebezpiecznie.
- Spokojnie, spokojnie - zaoponował nagle głos, który znałam z recepcji. - Możesz wracać, ja panią obsłużę.
Zmierzyłam go podejrzliwym wzrokiem.
- A jednak ma pan odpowiednie uprawnienia? - spytałam zimno.
- Oczywiście - uśmiechnął się rudzielec. - To wcześniej było dla zmyłki. Zapraszam do gabinetu szefa.
Weszliśmy do ogromnego, nowoczesnego pomieszczenia. Chłopak zasiadł po jednej stronie biurka i ja, ku jego zdziwieniu, zrobiłam to samo. Zauważyłam zamkniętą na klucz szafkę, w której mogło być coś istotnego. I zauważyłam znajomy zielony ogon przebiegający po mojej torebce. Oparłam się o biurko tak, by zasłonić szafkę. Z mankietu koszuli wysunęłam wsuwkę, którą ostrożnie wsunęłam do dziurki od klucza. Reszta należała już do mojej jaszczurki.
- Eee, wszystko w porządku? - zająknął się rudowłosy, podnosząc się z krzesła. Zaczęłam się teatralnie wachlować wolną ręką. W drugiej, za plecami wciąż trzymałam torebkę.
- Strasznie tu duszno - powiedziałam słabo. - Jakoś średnio się czuję.
- Zbladła pani - stwierdził, a w jego głosie wyczułam lekką panikę. - Może otworzę okno? - zapytał.
- Och tak, proszę.
Chłopak odwrócił się, podszedł do okna i otworzył je na oścież. Ja tymczasem zrobiłam to samo z szafką. Na szczęście Lizzy udało się jakoś obejść ten zamek.
- Lepiej? - zapytał przerażony chłopak, odwracając się do mnie. Przyłożyłam dłoń do czoła.
- Ma pan może jakąś wodę? - wychrypiałam. - Czasem mi się zdarzają takie napady - wyjaśniłam słabo. - Woda powinna pomóc.
- Tak, oczywiście! - ożywił się chłopak. - Proszę się oprzeć, ja zaraz wracam! - zawołał, po czym wybiegł z gabinetu. Ja natomiast szybko sprawdziłam zawartość szuflady. Nie było tam zupełnie niczego. A przynajmniej tak mi się zdawało. Słyszałam już kroki blisko drzwi, gdy w oczy rzuciła mi się kartka zapisana odręcznym pismem. Zdążyłam zauważyć jedynie słowo "Noctis", więc szybko wrzuciłam arkusz do torebki. Nie zdążyłam nawet zamknąć szafki, gdy w progu pojawił się rudowłosy recepcjonista. Spojrzał na mnie lekko zdziwiony, na co ja teatralnie zachwiałam się, jedną rękę przykładając do głowy, a drugą opierając się o biurko, by rzekomo nie upaść. Jęknęłam też z bólem, co zagłuszyło dźwięk zamykanej biodrem szuflady.
- Proszę się napić - chłopak podsunął mi kubek wody, a dłonią mocno przytrzymał mnie za łokieć. Upiłam kilka łyków, nie dotykając krawędzią naczynia do ust. Chłopakowi na szczęście nie rzuciło się to w oczy, bo skupiał się na patrzeniu w inny punkt. Dopiero gdy odchylałam kubek, chcąc go odstawić, dotknęłam dolną wargą jego powierzchni, zostawiając tam czerwony ślad, ale nie zostawiając śliny. Odczekałam chwilę, po czym odchrząknęłam i oderwałam dłonie od biurka.
- Już w porządku - zapewniłam, choć cały czas miałam lekką chrypę. - Poproszę o podpis tutaj - pokazałam miejsce na końcu wyjętego przeze mnie dokumentu - i już mnie nie ma.
- Oczywiście - odpowiedział chłopak, znów przybierając profesjonalny ton. Wnikliwie przeczytał całą notatkę z "kontroli", a następnie złożył swój podpis w wyznaczonym miejscu.
- Proszę dopisać, że w imieniu szefa - pouczyłam go, wciąż dość słabym tonem. Rudowłosy wykonał moje polecenie, po czym oddał mi dokumenty.
- Dziękuję bardzo - uśmiechnęłam się, wrzucając wszystko do torebki. - Wygląda na to, że zawiadomienie było fałszywe. Nie znalazłam tu żadnej nieprawidłowości.
- Mówiłem pani od samego początku - stwierdził chłopak.
- A ja mówiłam panu, że muszę wykonać swoją robotę - odcięłam się. - Za coś mi przecież płacą. Odprowadzi mnie pan do wyjścia czy sama mam trafić? - zapytałam, unosząc brew.
- Odprowadzę, oczywiście - oznajmił szybko i oboje wyszliśmy z gabinetu. Odetchnęłam z ulgą, widząc oszklone drzwi coraz bliżej i bliżej. Już miałam wychodzić, gdy mój "przyjaciel" po raz kolejny mnie zawołał. Moje serce prawie stanęło, jednak odwróciłam się z opanowaniem. Ten tylko wcisnął mi w dłoń karteczkę i odszedł z uśmiechem. Tym razem odetchnęłam z ulgą dopiero po wyjściu z tego okropnego budynku. Wsiadłam do najbliżej stojącej taksówki i spojrzałam na karteczkę. "Niech pani zadzwoni :)" Prychnęłam z niedowierzaniem, drąc papier na strzępy i wrzucając do torebki, co poskutkowało dezaprobatą mojej jaszczurki, która natychmiast przeniosła się na moje ramię. Będąc już w domu, wyjęłam arkusz ukradziony z gabinetu von Alwasa. W oczy natychmiast rzucił mi się jeden podpunkt, jednak teraz miałam czas, by przeczytać go do końca. "Noctis na razie zostawić w spokoju, współpraca z Chloe układa się bardzo owocnie, obiecała przenieść do nas kilku najlepszych ludzi w zamian za odpowiednią zapłatę. Nie zamierzamy jej zapłacić, oczywiście. A jeśli coś pójdzie nie tak, nie widzę przeszkód do rozpoczęcia z Noctisem otwartej wojny". "Hm, cóż, Księżycu, nie ma za co" - pomyślałam kwaśno. Tyle zachodu dla informacji, które były wiadome od samego początku. Ale przynajmniej udowodniłam sobie i Chloe, że jestem coś warta. I że należy doceniać moje umiejętności. No i w końcu mogę zdjąć te cholerne okulary.