23 września 2018

Od Akiro cd. Somniatisa

    Przed upadkiem wieży

Następnego dnia, poszedłem do pracy dużo wcześniej, by ogarnąć parę rzeczy. Gdy tylko dotarłem pod drzwi sklepu, sięgnąłem do kieszeni i po wyjęciu go otworzyłem drzwi. Zamek wydał z siebie charakterystyczny dźwięk, nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka, budynku zamykając za sobą drzwi. Wszedłem za blat, chowają torbę pod blatem, po czym usiadłem na ruchomym krześle i zabrałem się na naprawę mechanizmu zegara. Jakąś chwilę później, do blatu z zaplecza wyszedł Somnatis, oparł się o blat lewą ręką i przyglądał się mojej pracy, no cóż, wszedłem trochę w prawe, po tylu próbach naprawienia takiego sprzętu. Zamknąłem mechanizm i spojrzałem na Soma.
- Przenoszę sklep, wiec raczej, nie będziesz mógł już u mnie pracować. -Wiadomość lekko mnie szokowała.
- W sumie mogłem się domyślić, po tym, jak wpadł tu człowiek w mundurze. To może tak, jak ja cię znajdę, to będę mógł znowu u ciebie pracować?  - Som się uśmiechnął, co mnie zaskoczyło.
- Żartowałem, wcale nie musisz rezygnować. - Uśmiechnąłem się w stronę chłopaka.
- Komuś tu się humor udziela.

*Boczna akcja Akcji upadku wieży*
- Znaleźliście te dane? - wykrzyczał, niebiesko włosy do towarzyszy, którzy zbierali jakieś papiery.
- Nic ciekawego.
- Mam badania!
- To się zmywamy! - Wycofując się, trafili na informacje, która przyda się podczas"poślizgu".

*Po upadku*
W pracy Som dowiedział się, o upadku Wieży, z całego zajścia miałem tylko parę zadrapań, praca mijała jak zawsze przyjemnie.
(Som?)

20 września 2018

Od Lucii cd. Jamesa

      Ciemnowłosa dziewczyna właśnie miała opuścić parkiet, gdy zaraz przy niej pojawił się rudowłosy Irlandczyk.
– Zatańczymy? – zapytał z tym swoim uroczym uśmiechem. Lucia zawahała się chwilę. Z jednej strony chciała pokazać temu głupiemu von Alwasowi, że nie chce od Fionna niczego więcej poza przyjaźnią (co, oczywiście, nie było prawdą, ale nikt nie miał prawa o tym wiedzieć) i była zwyczajnie zła na Irlandczyka, z drugiej jednak strony… jej wyobraźnia kreowała wiele wersji tego tańca. Czemu by nie spełnić chociaż jednej?
– Ewentualnie – odpowiedziała chłodno i podała mu swoją dłoń. Okręcił Lucię ze śmiechem, a gdy piosenka trochę się ustabilizowała, położył dłoń na jej talii. Włoszka za wszelką cenę starała się zignorować tłukące się w jej brzuchu motyle.
– Co masz taką minę? – zaśmiał się Fionn. Wzruszyła ramionami.
– Jestem na ciebie wściekła – stwierdziła, choć i to powoli stawało się nieprawdą. Patrząc na niego, nie dało się chować urazy. Co innego niż z tym całym von Alwasem. Irlandczyk był ciepłą i kochaną osobą w ogóle, a w porównaniu do zdystansowanego Anglika… cóż, tu właściwie nie było żadnego porównania. Lucia zastanawiała się, jakim cudem oni się w ogóle przyjaźnią.
– Za cóż to? – W oczach Fionna pojawiły się wesołe iskierki. Właściwie, nie zniknęły od momentu, w którym bal rozpoczął się na dobre, a ludzie bawili się coraz lepiej.
– Za to, że próbujesz mnie pogodzić – skrzywiła się z obrzydzeniem – ba, nawet zaprzyjaźnić z tym… Jamesem von Alwasem.
Fionn zaśmiał się jedynie w odpowiedzi. Żeby tylko wiedziała, jak on zamierza między nimi namącić.
(JAMES?)

Od Calii cd. Camille

      Steve nagle zakrztusił się kawą.
– Wiesz co Cal, ja to właściwie muszę się już zbierać – powiedział, gdy tylko udało mu się opanować atak kaszlu. Odetchnęłam z ulgą.
– Jasne jasne, nie ma problemu, leć – odparłam natychmiast. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo.
– Cześć – rzucił w przestrzeń, otwierając już drzwi. Uniósł jeszcze dłoń na pożegnanie.
– Do zobaczenia. – Odpowiedziałam mu tym samym gestem.
Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, trzepnęłam Camille po głowie.
– Au! – zaprotestowała natychmiast. – Za co?!
– Już ty dobrze wiesz za co – warknęłam, schodząc ze stołka barowego, by posprzątać naczynia po naszej kolacji.
– Dobra, dobra. – Camille wydawała się być jeszcze bardziej rozentuzjazmowana. – Mów jak się poznaliście. Bo na kolegę „tylko z pracy” to on mi nie wygląda.
Przewróciłam oczami i znów zajęłam miejsce na stołku barowym, dokładnie naprzeciwko przyjaciółki. Chwyciłam w dłonie kubek z kawą i upiłam łyk pianki.
– Bo nie jest kolegą „tylko z pracy” – przyznałam, przedrzeźniając ją.
– No, no, mów dalej.
Zmroziłam ją wzrokiem.
– Jak będziesz mi przerywać, to cię stąd wygonię i niczego się nie dowiesz – zagroziłam, a Camille posłusznie siedziała cicho. – No to generalnie znamy się jeszcze z Londynu. Wiesz, chodziliśmy do jednej szkoły. Właśnie wtedy zaczęliśmy się przyjaźnić. Planowaliśmy nawet studia na tej samej uczelni – parsknęłam śmiechem, wspominając dawne czasy.
– Ty to pewnie psychologię, a on?
– Informatykę – odpowiedziałam, nawet nie każąc jej siedzieć cicho. Cóż, i tak nic by to nie dało. W końcu rozmawiałam z Camille.
– I co, co?
Zaśmiałam się.
– No nic. Potem jakoś nasze drogi się rozeszły. Ja… miałam problem z bratem. Z mamą. On znalazł sobie jakąś dziewczynę i przyjechał tutaj. Dopiero gdy ja postanowiłam przeprowadzić się gdzieś dalej niż Anglia – uśmiechnęłam się lekko – spotkaliśmy się, w sumie całkiem przypadkiem. Znaczy, planowaliśmy się spotkać, ale jakoś nie wychodziło. A potem, przy pierwszym załamaniu, jak jeszcze nie do końca wiedziałam, co ze sobą zrobić tu na wyspie i w ogóle, poszłam do pierwszego lepszego pubu utopić smutki w… mojito – znów się zaśmiałam – spotkaliśmy się. Pogadaliśmy trochę, potem Steve załapał, że przecież mam doświadczenie w branży kelnerskiej – parsknęłam – a akurat szukali dobrej kelnerki. Poszłam, dostałam tę pracę, potem Noctis, kupiłam mieszkanie… No i dalej już jakoś poszło.
– I co? – Roziskrzone oczy Camille jaśniały jeszcze bardziej.
– Co „co”? – zdenerwowałam się.
– No co z tą jego dziewczyną?
Otworzyłam szeroko oczy i spojrzałam na nią zszokowana.
– C O?!
– No tą z którą wyjechał. – Camille machnęła ręką lekceważąco.
– Opowiadam ci całą historię mojego życia, a ty jedyne, o co pytasz to co się stało z dziewczyną Steve’a?! – oburzam się.
– Już, już, spokojnie.
– Nie wiem, co się z nią stało, skąd mam to wiedzieć, rozstali się chyba zanim tu przyjechali albo chwilę po tym, co to ma tak właściwie do rzeczy?
– Ale rozstali się po tym jak cię spotkał?
Spojrzałam na nią podejrzliwie.
– O co ci chodzi?
Camille zaśmiała się.
– O nic – odpowiedziała radośnie. – Będziecie idealną parą.
Uniosłam oczy ku górze.
– Camille Belcourt. Zamknij się.
(CAM?)

17 września 2018

Od Jamesa i Lucii cd. Jamesa

                   Legenda
               Lucia - James
         Spojrzenie Jamesa Von Alwasa spoczęło na kobiecie. Uniósł brew i odwrócił wzrok na przyjaciela, który już znikał w tłumie ludzi. Poczuł, jak w jego trzewiach kiełkuje irytacja, jednak wyraz jego twarzy pozostał spokojny. Usiadł obok kobiety, która udawała, że go nie zauważa, i spojrzał na nią przenikliwie. Część jej włosów była upięta, reszta spływała na ramiona. Jej sukienka miała kolor naprawdę ładnego bordo. Góra była obszyta czarną koronką. James musiał przyznać, że na czym jak na czym, ale na modzie to ona się zna.
Lucia zacisnęła mocno wargi i nie obdarzyła gościa ani jednym spojrzeniem. Już zaczynała łączyć fakty i doskonale wiedziała, dlaczego wcześniej Fionn ją tak o wszystko wypytywał. Była na niego wściekła. Naprawdę miała nadzieję, że usiądzie obok niego, jako że jest jednym z pracowników Menthisu, a tu proszę. Kątem oka spojrzała na drugi koniec stołu, gdzie dostrzegła śmiejącego się grzecznie Irlandczyka. Wstał i uniósł butelkę z szampanem, patrząc sugestywnie na stojących w rogach sali kelnerów. Ci zaczęli podchodzić do gości i napełniać stojące przed nimi kieliszki. Lucia z zaskoczeniem dostrzegła, że siedzący obok niej Anglik odmówił alkoholu skinieniem dłoni. Za chwilę Fionn postukał łyżeczką w swój kieliszek. Na sali zapanowała cisza.
- Dziękuję, że się tu zebraliście - zaczął Irlandczyk. Jego głos niósł się po sali w całkowitej ciszy. - Powiem krótko. Życzę wam i naszej organizacji owocnej współpracy! Niech to będzie wspaniały wieczór, który tylko umocni nasze więzy! - James pomyślał, że jak już on umocni więzy Fionna, to rudy się nigdy nie pozbiera, jednak uparcie wpatrywał się w twarz podstępnego "przyjaciela". Ten spojrzał na niego i tę całą Parfavro. Jego uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej. - Wznieśmy toast za ten niezapomniany wieczór! - Powiedział tylko. Wszyscy unieśli kieliszki z alkoholem lub, tak jak Von Alwas, z wodą i już po chwili po sali rozniosło się tubalne "Za Menthis". Zerknął kątem oka na Lucią, która wysączyła łyk szampana przez zaciśnięte wargi. Ten wieczór doprawdy będzie niezapomniany.
Po zjedzeniu pierwszego ciepłego posiłku, niektórzy ludzie zaczęli podnosić się ze swoich miejsc i zajmować parkiet. Innych natomiast pochłonęła rozmowa o mniej lub bardziej sojuszniczych tematach. Lucia upiła kolejny łyk szampana, starając się jakoś zamaskować niezręczną atmosferę. Po raz kolejny spojrzała na siedzącego obok bruneta kątem oka. Speszyła się lekko, gdy ich ukradkowe spojrzenia się spotkały i niemal natychmiast wróciła do obserwowania martwego punktu naprzeciwko. W tłumie dostrzegła Fionna tańczącego z czarnowłosą dziewczyną, chyba przedstawicielką Mafii Pectis. Nagle usłyszała znaczące chrząknięcie. Z zaskoczeniem spojrzała na swojego bankietowego towarzysza. – Zatańczysz? – zapytał z pełną powagą. Uniosła brew, zaskoczona. – Oczywiście – odpowiedziała niemal natychmiast. Włoszki nigdy nie trzeba przecież namawiać do tańca. Podnieśli się więc ze swoich miejsc i powędrowali na parkiet, gdzie akurat zaczęła się jakaś walcowa piosenka. Zaczęli tańczyć, mimo wszystko starając się unikać jakiegokolwiek większego kontaktu. Lucia jednak skorzystała z okazji, że może dokładniej przyjrzeć się tajemniczemu mężczyźnie. Musiała mu przyznać, że facet miał gust. Czarny garnitur połączony z klasyczną bordową koszulą dodawał mu elegancji, ale też nie był nudny, nadawał mu swego rodzaju luzu i, o zgrozo, pomyślała, że wręcz idealnie komponował się z jej sukienką.
Von Alwasowi również nie umknął ten drobny szczegół, a gdy kątem oka zobaczył twarz przyjaciela, już wiedział, że rudowłosy nie da mu żyć. Na szczęście niepatrzenie na partnerkę do tańca było zadaniem stosunkowo prostym, gdyż kobieta, nawet na wysokich obcasach, była od niego o wiele niższa. Robił więc wszystko, by tylko nie patrzeć w jej stronę. Do czasu, aż poczuł jak na jego czarnym, świeżutko wypastowanym bucie stanęła drobna stópka w szpilce. Powstrzymał się od syknięcia i spojrzał w dół. Lucia zadarła głowę i uśmiechała się do niego triumfalnie. James musiał przyznać, że było to całkiem sprytne posunięcie.
– I pewnie nie zamierzasz mnie przeprosić, nieprawdaż? – zapytał obojętnie. Lucia spojrzała na niego chytrze i z niemałym samozadowoleniem, zresztą niezbyt dobrze skrywanym. – Oczywiście, że nie – prychnęła. – Tak przynajmniej jesteśmy kwita. Anglik jedynie wzruszył ramionami, jednak zaczął przykładać teraz coraz większą uwagę do swojej partnerki. I jej sabotażowych działań.
Poza tym jednym wyskokiem ich taniec wyglądał całkiem dobrze. Oboje znali kroki, a Lucia, mimo niechęci do mordercy krokodylich szpileczek, pozwalała się prowadzić precyzyjnemu oficerowi. Co jakiś czas zaszczycali się przelotnymi spojrzeniami. Parfavro znów zabawnie uniosła głowę, jakby chciała obserwować kandelabr wiszący na suficie, a nie Jamesa. Postanowiła reanimować konwersację. Bo przecież rozmowa również jest częścią tańca. Prawda?
– Zabiję Fionna – zaszczebiotała wesoło, na co nawet James spojrzał na nią z (umiarkowanym co prawda, ale jednak) zaskoczeniem. Niechętnie przyznał jej rację. – Pomogę – odparł zwięźle, a Włoszka spojrzała na niego z zadowoleniem. – Świetnie! – entuzjastyczne iskierki rozbłysły w jej oczach. – Twoja pomoc będzie nieoceniona. Ile wy się właściwie znacie? I skąd? – Przenikliwie spojrzała w jego oczy. A musiała przyznać, że miał naprawdę piękne oczy. Jedno cudownie niebieskie, drugie intensywnie zielone. Teraz patrzyły na nią z powagą, wręcz obojętnością. Przemknęło jej nawet przez myśl, że to przykre, że w tak pięknych oczach nie widać żadnych emocji. – Długo – odpowiedział James po chwili. – I z Menthisu. Nic szczególnego.
Lucia spojrzała na niego spode łba. James musiał przyznać, że miała naprawdę ładne, ciemne oczy. Przez jego głowę przegalopowała myśl, że gdyby malował obrazy, to chciałby je uwiecznić, jednak zamordował ją równie szybko jak się pojawiła. - A coś więcej? - zaczęła dopytywać, ale Anglik tylko wzruszył ramionami. Włoszka westchnęła. - Ja też znam go z pracy - zaczęła opowiadać niepytana - całkiem miły jest, nie? W sensie... Uprzejmy, dobry pracownik, fajny człowiek... - zamilkła na chwilę, gdy zobaczyła jak jeden z mięśni lekko zadrgał na jego twarzy. - To nie ja jestem jestem w nim zakochany, to się nie będę wypowiadać - po raz kolejny wzruszył ramionami, doprowadzając Parfavro do szewskiej wręcz pasji. Była tak zaskoczona, że na chwilę zgubiła krok.
– Nie jestem... – wypaliła natychmiast, czerwieniąc się, czego, miała nadzieję, nie było widać pod warstwą makijażu. – Jasne – skwitował jej jeszcze nawet dobrze nie zaczętą wypowiedź. Lucia wzięła uspokajający oddech. – Bardzo interesujący z ciebie człowiek – stwierdziła chłodno. – Niby taki niedostępny, a swoje wie. Chociaż i też nie zawsze, jak widać. – Na ostatnie zdanie położyła największy nacisk. – Niby taki niczym niezainteresowany, a jednak na mnie zwrócił uwagę. – Uniosła wyzywająco brwi i teraz on prawie pomylił się w tańcu. – Nieprawda – odparł, starając się brzmieć obojętnie. – Jasne – przedrzeźniła go. – Jak ty się właściwie nazywasz? James jak? Von Alwas? Hm, to pewnie twój tatuś jest moim najwyższym szefem – ostatnie dwa słowa wypowiedziała z niechęcią, której nie dało się nie zauważyć, nawet jeśli nie było się Jamesem. – Strasznie dużo gadasz – skwitował tylko, naprawdę starając się zignorować jej atak. Lucia uniosła na chwilę brwi, a James, by uniknąć kolejnego potoku słów, obrócił ją w tańcu. Jej ciemne włosy znów go uderzyły, tym razem jednak przypadkowo, ale Włoszka i tak uśmiechnęła się triumfująco, czego jednak Anglik już nie dostrzegł. – Chociaż trzeba ci przyznać – zaczęła ponownie, gdy stała już przodem do swojego partnera – że gust masz naprawdę niezły. A ode mnie tego często się nie słyszy.
James skinął głową, ciężko powiedzieć czy na znak uznania komplementu czy może obojętności. Prawdę mówiąc ta kobieta była irytująca i głośna, jednak Von Alwas musiał przyznać, że również docenia jej gust. Nie powiedział jednak nic i wciąż prowadził nadal zarumienioną jak prawdziwy włoski pomidor Lucię. Niedługo później walc skończył się. James ukłonił się teatralnie i odszedł w kierunku stolika bez słowa. Po chwili podszedł do niego O'Reilly. Widziała, jak rudowłosy coś mówi, jednak chirurg pozbawia go tchu celnym kuksańcem w żebra. Lucia ledwie powstrzymała się od parsknięcia śmiechem. Dziwny ten Von Alwas, oj dziwny.
(Lucia, Twoja kolej)

16 września 2018

Morderczy sojusz - Argona i Camille

    Legenda
Camille
Argona

Hurdurbumhukbrzrzrzrzrz... długopis Argony zaczął kreślić bliżej nieokreślone fale na kartce, aż nie wypadł poza jej krawędź, marząc po moraczu dziewczyny. Alpha uniosła wzrok, by się rozejrzeć po, jak dotąd pustym, placu zabaw. Huśtawka cicho skrzeczała na wietrze, a ciemne chmury, wiszące nad pobliskimi blokami doskonale odzwierciedlały nastrój dziewczyny. Argona już chciała wrócić do swoich zapisków i może nieco je przeredagować, gdy ujrzała z oddali powoli zbliżającą się postać.
Zmierzająca ku niej osóbka, mięła z niekrytą wściekłością najnowszy numer "Ainelysnart voice". Ledwie powstrzymywała się od tego, żeby podbiec do Alphy i spuścić jej niekontrolowany łomot. Szła jednak względnie spokojnie i tylko jej oczy miotały pioruny. Gdy podeszła bliżej Argony, przypominała do złudzenia burzową chmurę. Camille Belcourt podstawiła jej pod nos zmiętą kartkę.
- Co to ma być? - zapytała ze zmrużonymi oczami.
- Też chciałabym wiedzieć - mruknęła dziewczyna, zamykając notes i chowając go do kieszeni spodni. Powoli wstała, odpychając z niesmakiem stronę z gazety, wcale nie dorównując przez to wzrostem swojej rozmówczyni. - Coś słabo pilnujesz tego swojego premiera.
- Skłaniam się bardziej ku stwierdzeniu, że to TY źle pilnujesz swoich podwładnych - zauważyła zarumieniona z gniewu czarnowłosa.  Zmięła gazetę i wrzuciła ją do kosza znajdującego się obok ławeczki - Mam nadzieję, że zamierzasz coś z tym zrobić.
- Skąd podejrzenie, że to moi ludzie? - spytała Argona, spoglądając zimno na Camille. - Nie mów mi, że wierzysz we wszystko, co piszą w brukowcach takich jak ten.
- Nie, nie wierzę. - odparła Camille. - Jednakże SJEW, Menthis i ZUPA odpadają. Pectis również. Noctis jest bezstronny. Etisowi by się nie chciało urządzać takiej farsy. Zgadnij, co zostaje?
- To oczywiste, że Wataha pierwsza przychodzi do głowy przy takim obrocie spraw. Co oznacza, że tylko skończony idiota zrobiłby to, będąc jej częścią. SJEW mógłby zrobić coś podobnego, żeby zrzucić winę na nas i ugruntować swoją pozycję, Menthis, a właściwie Nico, ma do nas pretensje o pewne sprawy, ZUPA nie jest taka czysta, za jaką ją uważasz, a Noctisowi ktoś mógł za to zapłacić. Tylko w jednym mogę się z tobą zgodzić, to nie był Etis.
- Czyli twierdzisz, że to nie był nikt od ciebie? - spojrzała na Alphę z uniesioną brwią - Jakoś trudno mi uwierzyć w to, że nie ma u was żadnych idiotów.
Argona chciała zaprzeczyć, jednak po tych słowach ktoś przyszedł jej do głowy, więc powiedziała tylko:
- Twierdzę, że to mógł być ktokolwiek, niekoniecznie powiązany z wilkami. - powiedziała cicho i zjadliwie. - Chciałam zauważyć, że wogle nie wzięłaś pod uwagę wolnych strzelców. A to, że nie należą do żadnego z wielkich stronnictw nie oznacza, że nie posiadają żadnej siły.
Camille, której choleryczna złość zaczęła się powoli ulatniać, musiała przyznać rację Argonie. Przynajmniej troszkę.
- Odpowiedz tylko tak lub nie - postanowiła nie ustępować - Czy to któryś z członków watahy? Tylko to chcę usłyszeć - powiedziała, patrząc lodowato spokojnej Argonie w twarz, próbując doszukać się w niej jakichkolwiek oznak fałszu.
- Nie - powiedziała Alpha zdecydowanie po czym dodała złowrogo: - A nawet jeśli, to mogę ci zagwarantować, że to była ostatnia rzecz, jaką zepsuł w swoim nędznym życiu.
Camille nie była pewna, czy Argona naprawdę wierzy w to, że to nikt od niej, czy może naprawdę tak jest. Mimo wszystko uśmiechnęła się - To chciałam usłyszeć. Jeśli pozwolisz, również zamierzam prowadzić śledztwo w tej sprawie. Bezpieczeństwo byłego premiera jest moim obowiązkiem i jeśli... GDY dowiem się kto to, wyrwę mu nogi tuż przy szyi.
- To może małe zawody? - zaproponowała Alpha czując, że wypłynęły jakoś z tej rafy koralowej.
- Zawody? W szukaniu mordercy? To brzmi jak naprawdę cudowna zabawa. Może lepiej po prostu znajdźmy obie tego sukinkota i załatwmy go. Jak mówię, mi zależy tylko na znalezieniu premiera. Choć przyznam, że z chęcią zobaczę śmierć tegoż osobnika.
- Tak będzie mniej zabawy, ale jak tam chcesz. - Argona udała obojętność i wyjęła notes z moracza. Przekartkowała go powoli i wyjęła stronę ze środka. Podała ją Camille. - Jeśli będziesz chciała się ze mną skontaktować zwróć się pod adres pod spodem. Powiedz, że zginął ci pies. Zjawię się u ciebie, jak tylko będę mieć chwilę.
Camille ledwie powstrzymała się od mrocznego żartu, że to niedługo Argonie zginie jakiś pies, ale tylko wyjęła z jej dłoni kartkę.
- Cudownie - powiedziała. - Życzę nam owocnej współpracy i pięknej zemsty. - skinęła jej głową.
- I vice versa - mruknęła Alpha i gwałtownie spojrzała w bok. - Czas na mnie. Żegnaj.

Od Jamesa cd. Lucii

          James Von Alwas westchnął. Do wyjścia z domu zostało mu pół godziny. Nie był fanem wszelakich przyjęć, jednak relacje między organizacjami były ważniejsze od jego osobistych preferencji. Zamknął książkę i wstał z kanapy, kierując się do swojej sypialni. Jego mieszkanie było bardziej niż minimalistyczne. Utrzymane w odcieniach bieli i szarości miało właściwie tylko najbardziej funkcjonalne rzeczy. W sypialni łóżko, biurko. Najbardziej kolorowym jego fragmentem były półki z książkami związanymi z zawodem Von Alwasa. Mężczyzna wziął szybki prysznic, umył i rozczesał włosy. Przeszedł do sypialni, a następnie do garderoby, która, o dziwo, była pomieszczeniem dość sporym. Rozejrzał się po wieszakach z najbardziej wyjściowymi garniturami. Postawił na czarny garnitur z bordową koszulą, bez krawata. Przebrał się i jeszcze raz spojrzał na siebie w lustrze. Skinął głową na samego siebie z umiarkowanym zadowoleniem. Do kieszeni marynarki schował telefon i portfel, złapał kluczyki i wyszedł ze swojego mieszkania. Skierował swe kroki w kierunku samochodu i po chwili wyjechał z parkingu, ruszając w kierunku siedziby Methis Corp. Na miejscu było już sporo osób, więc znalezienie miejsca zajęło mu więcej czasu, niż zakładał. Gdy już znalazł się w środku, jego oczy od razu spoczęły na rudowłosym przyjacielu.
- Jamie! Jesteś wreszcie - przywitał go z uśmiechem Irlandczyk. Von Alwas skinął głową na powitanie. Minęli parę znajomych osób, z którymi pogawędzili przez chwilę. Camille Belcourt znajdująca się po drugiej stronie hallu pomachała im (zbyt ekstrawertycznie jak na gust Jamesa) - Pokażę ci twoje miejsce - zaoferował O'Reilly i wprowadził chirurga do sali bankietowej. Niesamowicie przystrojona, pełna złota i bieli. Oficer skinął głową na znak uznania. Połowa pomieszczenia była przeznaczona na parkiet o wyjątkowo lśniącej posadzce. W drugiej części znajdowały się sześcioosobowe stoliki. Fionn wskazał wymownie dłonią na miejsce... Tuż obok elegancko ubranej Lucii Parfavro.
(Lucia?)

Od Camille cd. Calii

        Następnego dnia wieczorem postanowiłam złożyć niezapowiedzianą wizytę Calii. Decyzja ta była spowodowana zapewne przez moją niezawodną intuicję, gdyż była to jedna z najlepszych tamtego dnia. Wpół do siódmej zadzwoniłam do jej drzwi. Jeden raz. A potem jeszcze. Opuściłam dłoń i skierowałam ją do klamki. W tym momencie odrzwia stanęły otworem, a moja dłoń zawisła niezręcznie w powietrzu. Jednak postać, która pojawiła się po drugiej stronie progu z pewnością nie należała do mojej przyjaciółki. Poczułam jak na moją twarz wypływa dwuznaczny uśmiech.
- No witam, witam - przywitałam się ze Stevem. Odsunęłam go i bez zaproszenia weszłam do mieszkania Calii. - Już ona mi się będzie tłumaczyć, oj będzie - mruczałam do siebie pod nosem, nadal uśmiechając się jak głupia. Usłyszałam, jak "kolega" Calii zamyka drzwi i idzie za mną do kuchni. Wyjęłam z szafki kubek i podstawiłam go pod ekspres do kawy. Po chwili zasiadłam przy stoliku ze swoim latte. Steve oparł się o blat w kuchni i patrzył na mnie z niechęcią.
- Czy to nie ty chciałaś mi odciąć palce? - zapytał w końcu.
- To było dawno i nieprawda - machnęłam ręką. W tej właśnie chwili do kuchni weszła Calia. Skinęłam na nią głową. Niedługo potem usiedli ze mną przy stole z kolacją. Jedli w ciszy, a ja skakałam spojrzeniem od jednego do drugiego. Gdy już skończyli i umyli naczynia, postanowiłam przystąpić do akcji:
- No, to jak się poznaliście? - Calia spojrzała na Steve'a z przerażeniem.
(Cal?)

12 września 2018

Od Somniatisa cd. Jamesa do Akiro

    Naukowiec spojrzał na nieruchomego SJEW-owca i ponownie na skrzynkę.  Ostrożnie, jakby była radioaktywna, chwycił za wieko i powoli uchylił. Od razu zamknął ponownie. Założył kłódkę i zatrzasnął. Odryglował drzwi, z rozmachu przerywając przy tym gumową rękawiczkę i wyszedł z oszklonego pomieszczenia, zatrzaskując za sobą przejście. Spojrzał najpierw na Jamesa, potem na Somniatisa i znów na Jamesa.
- Na ten moment nie jestem w stanie w naukowy sposób wyjaśnić zawartości skrzynki - powiedział, nieco drżącym z przejęcia głosem. James uniósł brew, a mężczyzna chyba uznał to za motywację do rozwinięcia swojej wypowiedzi. - Właściwie to miało nietypowy kształt. Aerodynamiczny i opływowy, acz nieregularny i miejscami poszarpany. Wydawało się miejscami być z jakiegoś rodzaju cieczy, podczas gdy niektóre elementy pozostawały w formie krystalicznej, niewątpliwie pod wpływem działania siły Treblinsa... - widać było, że naukowiec zaczyna się rozkręcać i Somniatis pomyślał, że w innych warunkach mogliby zostać przyjaciółmi.
- Dość - przerwał mu agent, ostudzając jego zapał. - Powiedz mi po prostu, co tam było.
- Może wolisz sam to zobaczyć? - zaproponował, dość pogodnie jak na osobę, której entuzjazm został właśnie zgaszony. Atisowi serce zabiło mocniej. Jako artysta wyrobił w sobie ten specyficzny i bardzo dyskretny zmysł, właściwy ściganej zwierzynie. Zmysł ucieczki. I ten zmysł podpowiadał mu, że ten moment nadszedł.
  James spojrzał z ukosa na ciemnowłosego, jakby wyczuwając zmianę w naturze jego zdenerwowania. Ciemnowłosy poczuł, jak przenikliwe, stalowe ostrza wbijają się w jego duszę, jednak najwyraźniej SJEW-owiec nie wziął na poważnie tego przeczucia. A może Somniatisowi tylko się zdawało?
- Tak - przytaknął James. - Podejdziesz tam z nami, Somniatisie? Chciałbym, żebyś mi wyjaśnił, czym ta rzecz jest w bardziej przejrzysty sposób niż ten oto człowiek.
  Atis przełknął ślinę nerwowo i pokiwał głową. Jednak. Cała trójka skierowała się do pomieszczenia. Na przodzie badacz, za nim SJEW-owiec puścił swego gościa-więźnia, po czym sam wszedł ryglując drzwi na wszelki wypadek. Powoli zbliżyli się do skrzynki i naukowiec z niemal religijnym nabożeństwem uchylił wieko.
  Pod spodem w ciemnej, ciężkiej mazi błyszczał czarny metal, a skrzela na jego bokach poruszały się powoli. Tenebris nie miał wątpliwości, że ma przed sobą broń z żywego metalu. James pochylił się nad przedmiotem i przejechał palcem po czarnej metalowej klindze. Przez metal przebiegł szybki odblask światła i maź, opływająca miecz rzuciła się na agenta. Von Alwas odskoczył, jednak substancja oplotła mu ramię. Naukowiec upuścił wieko i odskoczył zaskoczony, a Somniatis poszedł w jego ślady, zajmując w ten sposób pozycję pod szklaną ścianą. To było to. Pod palcami mężczyzny rozbłysły małe pieczęcie i przeleciał przez lity materiał szyby. James właśnie zrzucił skrzynię na podłogę, i wolną ręką dobył pistoletu, by strzałami zniechęcić stwora, gdy kątem oka zobaczył Atisa, rozbrajającego zamek.
  W jednej chili zmienił cel swojej broni, wycelował, wystrzelił. Somniatis rzucił się w kierunku najbliższej ściany i już nie dbając o pozory utworzył sobie przejście olbrzymią pieczęcią. Nie słyszał już co dzieje się w pokoju. Był na korytarzu. Miał zawroty głowy od emocji, jednak opanował się i starając się wyglądać pewnie ruszył do wyjścia. Po drodze minął go jakiś policjant, biegnący zapewne by sprawdzić, czemu został oddany strzał. Atis minął recepcję i wyszedł na zewnątrz niezatrzymany przez nikogo. Rozejrzał się i już po chwili na czterech łapach biegł z powrotem do swojego sklepu.
(Akiro?)

8 września 2018

Od Lucii cd. Jamesa

    – Cześć – przywitał się Fionn z uśmiechem, na co pochylająca się nad stanowiskiem chemicznym Włoszka uniosła głowę. – Mogę?
– Pewnie – przytaknęła ze zdziwieniem. – Tylko lepiej załóż okulary. I fartuch, jeśli chcesz, żeby ten garnitur nadal był w stanie idealnym.
Irlandczyk zaśmiał się, sięgając po wyznaczony ekwipunek.
– Co robisz? – zapytał bardziej przez grzeczność niż przez faktyczną ciekawość. Wziął do ręki jedną z probówek i zamieszał nią delikatnie, przez co substancja zmieniła kolor na intensywnie zielony. Lucia zacisnęła mocno usta i spojrzała na niego z dezaprobatą, starając się nie powiedzieć paru słów za dużo. Fionn zagryzł wargę, widząc jej wzrok i odłożył probówkę na miejsce.
– Wybacz – powiedział tylko i postanowił niczego już więcej nie dotykać. Ten gabinet był jak skarbnica tajemnic połączona z bombą zegarową. Włoszka tylko skinęła głową. – Chciałem tylko zapytać. – Założył ręce za plecami, jedynie na wszelki wypadek. – Wybierasz się na nasz Metnthisowo-sojuszniczy bal, prawda?
Brunetka uniosła brwi, patrząc na jego twarz i starając się z niej coś wyczytać. O co mu chodziło?
– Miałam zamiar – powiedziała powoli. – Ale to dopiero za tydzień. Masz na myśli coś konkretnego?
– A nie, nie – odkaszlnął – nie, tylko sprawdzam czy nie będziemy mieli braków w kadrze. Sama rozumiesz, słabo by wyszło, gdyby na balu organizowanym przez Menthis… nie było Menthisu, prawda?
Lucia spojrzała na niego z powątpiewaniem. Co ten Fionn kombinuje?
– Racja – przytaknęła ze zmarszczonymi brwiami.
– Ale sama będziesz?
– No… Raczej tak. Fionn, o co ci tak właściwie…
– Świetnie – przerwał jej, klaszcząc w ręce. – To ja idę pytać dalej, nie przejmuj się. Miłej pracy! – Uśmiechnął się i wyszedł z jej gabinetu z westchnieniem ulgi. Jak na razie wszystko szło po jego myśli.
(JAMES?)

Od Calii cd. Camille

    – Aha – mruknęłam potakująco, wkładając do buzi łyżeczkę pełną lodów. – Dobra, słuchaj, ja się będę zbierać, mam dzisiaj nockę. – Z niechęcią wstałam, odkładając pudełko na stolik.
– Podwieźć cię? – zapytała Cam, odruchowo już lekko się podnosząc.
– Nie, nie, dzięki, mam stąd autobus za chwilę. – Machnęłam ręką i sięgnęłam po buta. – Jeszcze mi się zaczniesz kazać do paliwa dokładać. – Zaśmiałam się, na co brunetka również parsknęła śmiechem.
– Dzięki za podsunięcie tej jakże ciekawej myśli, zapamiętam to sobie. – Camille stanęła przy mnie, zakładając ręce na piersi.
– Dobra, dobra. – Skrzywiłam się. – Trzymaj się, do potem. – Cmoknęłam ją w policzek i wyszłam z domu. Na przystanek oczywiście musiałam biec.
***
– No i koniec na dziś – oznajmił Steve, przecierając dłonią zmęczoną twarz.
– Noo… i na wczoraj – westchnęłam. – Jeju a teraz dzień wolnego, jak mi się marzy. – Zamknęłam oczy. – I do pracy dopiero jutro rano.
– Nawet nie wymawiaj tego słowa – parsknął chłopak.
– „Praca” czy „jutro”? – Udałam zdziwienie, na co zostałam obdarzona kpiącym spojrzeniem.
– Dobra, idź przebieraj się szybko i podwiozę cię do domu.
– Pędzę, lecę. – Popatrzyłam na niego z wdzięcznością i skierowałam się do przebieralni. Po chwili wyszłam stamtąd już w swoich ciuchach.
– Dobra, chodźmy. – Szturchnęłam blondyna w rękę, którą podtrzymywał chwiejącą się głowę.
– Już? – Otrząsnął się. – No, to chodźmy.
Dojechaliśmy pod moje mieszkanie w zadziwiająco powolnym tempie. Ani trochę nie zaskoczyło mnie to, że Steve odpiął pasy i razem ze mną wysiadł z samochodu.
– Co, liczysz na darmową kawę? – Zaśmiałam się.
– Jak ty mnie znasz… – Westchnął. – Weź, pojedźmy windą, przecież ja zaraz zasnę na stojąco.
– Właśnie widzę – parsknęłam. – Nie powiem, kto tu ma bardziej wymagającą pracę.
– Bardzo śmieszne. Kochana, to ja tu słucham tych wszystkich pubowych podrywaczy. „Cześć piękna, bolało jak spadałaś z nieba”? – zaczął przedrzeźniać. – To bardziej męczące niż słuchanie zamówień. Jakby po prostu nie można było normalnie zapytać o numer… albo imię… albo o chłopaka.
Zaśmiałam się.
– Lubisz to, co?
– Cholernie. Nawet nie wiesz, jak często mogę oglądać prywatną komedię za friko.
Otworzyłam drzwi do domu, a Steve od razu rzucił się na kanpę.
– Dobra, wiesz co, chyba rezygnuję z tej kawy – mruknął w poduszki. – Zostaję tutaj.
– Chociaż buty zdejmij. – Skrzywiłam się, a w odpowiedzi dostałam tylko potakujące mruknięcie. Pokręciłam głową z dezaprobatą, poszłam umyć zęby i przebrać się, a potem skierowałam się do swojej sypialni. I ciepłego łóżeczka.
***
Obudziłam się, nie do końca będąc pewnym tego, w którym świecie się znajduję. Zdezorientowana spojrzałam na zegarek. 18:03. Mój brzuch zaburczał, więc przetarłam twarz dłonią i, nie zwracając uwagi na rozczochrane włosy, przeszłam do aneksu kuchennego, gdzie już krzątał się Steve.
– Cześć – powitał mnie z uśmiechem. Po jego zmęczeniu nie było nawet śladu. Dziwny jest ten człowiek.
– Cześć, cześć. Zdjąłeś chociaż te buty? – Spojrzałam na niego sceptycznie.
– Zdjąłem, zdjąłem. Jajecznica z cebulką, frankfurterki i serek śmietankowy?
– Brzmi jak pyszne śniadanie na kolację, dzięki wielkie. – Uśmiechnęłam się z wdzięcznością. – Dobra, idę się myć.
– Zrobisz potem kawę, nie?
– Jasne – przytaknęłam i przeszłam do łazienki.
Właśnie wyszłam spod prysznica, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Jeden, potem drugi.
– Steve, otwórz! – krzyknęłam w głąb mieszkania, w nadziei na to, że chłopak mnie usłyszy. Nadstawiłam uszu i już po chwili usłyszałam grzechot otwieranego zamka. Uśmiechnęłam się z zadowoleniem.
(CAMILLE? ZAWITAŁAŚ W MOJE SKROMNE PROGI? XD)
Szablon