12 lipca 2018

Od Argony cd. Calii

    - Gdzie konkretnie - rzuciła zwięźle do słuchawki Argona. W autobusie nie było wiele osób i jej głos niósł się nieprzyjemnie przez cały pojazd sprawiając, że dziewczyna czuła się, jakby wszyscy na nią patrzyli, a co więcej - ją podsłuchiwali.
- Druga, koło Evening cross. - I rozłączyła się, nim Alpha zdążyła zapytać o cokolwiek więcej.
  Z cichym sykiem autobus się zatrzymał, a czarnowłosa wyskoczyła z niego na chodnik. Potrzebowała chwili, by zorientować się, gdzie właściwie ją wyrzuciło. Skrzywiła się, gdy doszło do niej, jak daleko od wspomnianej przez Szafir lokacji się znajduje. Nie zastanawiając się dłużej weszła za róg jednej z bocznych ulic i przemieniła się w wilka. Odkąd pojawili się ludzie już chyba zdążyła z tysiąc razy podziękować wszystkim bogom za to, że nie obdarzyli jej rogami, skrzydłami czy dodatkowymi ogonami, które sprawiały, że wiele wilków nigdy nie mogłoby uchodzić za zwyczajne psy. Biegnąć w ciszy i zapadającym półmroku dla przeciętnego przechodnia musiała wyglądać jak pies - włóczęga, do którego lepiej się nie zbliżać. Z wprawą wykorzystała ten atut, by przedostać się przez Arenę Pierwszą, klucząc rzadziej uczęszczanymi przez ludzi ulicami. Schody zaczęły się przy Drugiej, gdzie niestety bezpańskie psy były nieczęstym widokiem.
  Już pieszo przebyła resztę drogi, starając się jednocześnie wyglądać naturalnie i nie rzucać w oczy. Wreszcie dotarła do wyznaczonego przez Calię skrzyżowania i przystanęła w cieniu latarni. Nie musiała czekać długo. Z otaczającego ją światła wychynęła złotowłosa postać i pociągnęła ją poza obręb blasku.
- Byłaś niewidzialna jak skała, wiesz? - powiedziała zgryźliwie Szafir, obrzucając niechętnym spojrzeniem Argonę.
- Nie chciałam umknąć twojej uwadze - stwierdziła beznamiętnie Alpha, wzruszając ramionami. - Co masz?
- Kostiumolog-morderca. Jego kostium udusił aktorkę. - Streściła w kilku słowach ogół sytuacji Calia, jednocześnie wolnym, spacerowym krokiem prowadząc towarzyszkę w kierunku jednej ze stojących przy skrzyżowaniu willi.
- Brzmi znajomo. - Zamyśliła się na chwilę czarnowłosa. - Chociaż myślałam, że to były sprężynowe zatrzaski...
- Ona miała nalepkę pandy.
  Alpha zmarszczyła brwi.
- I mówisz, że kiedy to się wydarzyło? - Serce zabiło jej żywiej. Skąd nalepka pandy wzięła się w dłoni tamtej aktorki. Została zabita teraz? Mają właściwie do czynienia z zabójstwem człowieka? To wszystko, czy to dopiero początek?
- 23 czerwca. Jakoś miesiąc temu. Zresztą sama zaraz wszystko usłyszysz.
- Myślisz, że dziennikarz będzie wiedział coś więcej na temat tej sprawy?
- Warto go przesłuchać. - Calia wzruszyła ramionami. - Tylko tym razem trzymaj swój temperament w kieszeni, a pistolet w kaburze. Nie pójdę do więzienia tylko dlatego, że szanowna Alpha ma swoje humorki.
- Spójrz na to inaczej. Przy mnie wychodzisz na dobrego glinę - zauważyła dziewczyna, jednocześnie wiedząc, że w tej dzielnicy nie pozwoliłaby sobie na tak nieostrożne zachowanie, jak na Arenie Pierwszej. Tu było zbyt... zacisznie i bezpiecznie.
(Calia?)

5 lipca 2018

Od Somniatisa cd. Akiro i Jamesa

    Somniatis wyszedł za SJEW-owcem z lokalu, pozostawiając Akiro samemu sobie. W głębi serca miał nadzieję, że jeszcze się spotkają i już obmyślał sposób, w jaki spróbuje rozwiązać tą sytuację. Cokolwiek było w pudle, nie pochodziło z tego świata, co jednak nie znaczyło, że nie mogło wyglądać normalnie. Być może... być może ich wszystkich czeka wielki zawód, gdy skrzynia zostanie otwarta.
  Nie szli długo. Pobliski posterunek SJEW-u nie był za bardzo oddalony od miejsca pracy Somniatisa. Zresztą niewiele rzeczy było. Umyślnie wybrał ostentacyjne miejsce na samym widoku, żeby nikomu nie przyszło do głowy, że coś jest z nim nie tak. Zresztą w centrum niezwykle często zmieniał się układ sklepów i ich nazwy, także prawdopodobnie nikt się nie zdziwi, gdy któregoś dnia zniknie.
  Przekroczywszy próg niepozornie wyglądającego komisariatu Zegarmistrz czuł się na prawdę nieswojo. Zawsze się tak czuł, gdy znajdował się zbyt blisko kogoś z wrogiej frakcji, kto jednak nie rozpoznawał go jako wroga. I gdy wkraczał do kanałów. Kanały były królestwem ZUPA-y, jednak nie mógł się odzwyczaić od ich odwiedzania.
  James przywitał kilku znajomych i zaprowadził mężczyznę do pomieszczenia, umiejscowionego nieco z tyłu. Siedziała w nim kobieta, najwyraźniej zajęta rysowaniem na jakichś ważnych dokumentach karykatury... Przy czym Atis nie był w stanie stwierdzić, kogo miała przedstawiać, jednak w pełni uznawał jej trafność, kierując się swoim nieomylnym okiem.
  Oficer postawił skrzynkę na biurku artystki, która podskoczyła, wyrwana z transu i szybko schowała pobazgrane papiery pod inne - które jednak okazały się nie lepsze.
- W czym mogę panu-ci pomóc, Jamie? - zapytała, szczerząc się i starając się odwrócić uwagę mężczyzny od bałaganu, jaki uczyniła w dokumentach.
  SJEW-owiec westchnął i wymownie wskazał na pojemnik.
(James? Akiro?)

Spotkanie na placu zabaw - Miyashi, Ealimiriel i Boni

    Legenda
Miyashi
Ealimiriel
Boni

Aki był zajęty wiec wyszedłem na zewnątrz, kopiłem sobie loda i poszedłem do najbliższego parku zabaw.
Kierownik potknął się i wylądował w płocie. Kilka osób rzuciło się, by mu pomóc, więc Ealimiriel uznała, że nie powinna się w to mieszać i ruszyła w kierunku swojej ostatniej kryjówki pod zjeżdżalnią. Ciekawe czy tamta dziewczynka znowu przyjdzie.
Miyashi znowu wyszła z Camille. W to samo miejsce, ponieważ dziewczyna, sprawująca opiekę nad Miyu uznała, że dobrze będzie, gdy ta będzie mogła się pobawić z innymi. Weszła do środka, tak jak ostatnio, a Camille była na ławce w pobliżu. Widząc, że dzieci zajmują się kimś, kto się przewrócił, na chwilę się zatrzymała. Chciała pomóc, ale za bardzo bała się podejść. Widząc, jak osoba się podnosi, poszła do piaskownicy próbując być niezauważona.(edytowane)
Boni huśtał się na huśtawce, patrząc w niebo.
Jasnowłosa dziewczynka przemknęła koło kryjówki Eali i wylądowała w piaskownicy. Satyrka rozejrzała się, a nie widząc nikogo zbyt blisko, podążyła w ślad za tamtą. Nawet nie znała jej imienia, jednak cieszyła się, że znowu się spotykają. Weszła powoli do piaskownicy uważając, by tym razem nie przestraszyć znajomej.
Jeszcze się nie zamyśliła na tyle, by nie usłyszeć jej przejścia. Ruszyła uszkiem lekko, po czym odwróciła się. Poznała ją, a na jej twarzyczce pojawił się szczery uśmiech.
Wyraz twarzy dziewczynki ucieszył Miriel, co odbiło się delikatnym cieniem również na jej twarzyczce.
- Miałam nadzieję, że się tu spotkamy - powiedziała cicho i usiadła koło dziewczynki. - Powiedz mi, jak masz na imię?
Wtedy dziewczynka odpowiedziała równie cicho. - Miyashi... A ty?
- Ealimiriel... - satyrka zawstydziła się trochę wypowiedzenia swojego imienia i jej policzki zaczerwieniły się. - Ale możesz mi mówić Emi.
- Śliczne masz imię... - odpowiedziała. Próbowała je kilka razy powtórzyć, by się upewnić, że go nie przekręci. Czy szło jej to tak źle...? Może nie wypowiadała tego idealnie, ale też nie przekręcała nadmiernie.
Policzki Eali znowu zrobiły się czerwone, tym razem z wesołości, która odbiła się w jej oczach, nie dotykając jednak wyrazu twarzy. 
- Ty też masz ładnie imię. Egzotyczne.
- D-dziękuję... - powiedziała, trochę się jąkając przy tym. Nie była przyzwyczajona do słuchania komplementów na swój temat. Lekko się też zarumieniła
- Pochodzisz z daleka? - zagadnęła z zaciekawieniem Miriel. Właściwie to ciekawiło ją wszystkie, związane z tą niecodzienną, wilczą dziewczynką.
- Nie wiem... nie wiem jak stamtąd tutaj jest daleko... - próbowała jej odpowiedzieć, ale nie znając swojego położenia, nigdy nie słysząc o tym miejscu też, było ciężko. Jedyne, co wiedziała, to że z Korei się leci długo. A z Japonii pewnie jeszcze dłużej. - M-myślę... że... że z daleka...
Boni po zjedzeniu loda wywalił papierek do pobliskiego śmietnika, i poszedł  na ślizgawkę, po dłuższej chwili zainteresowawszy się dziewczynami w piaskownicy.
- Może jak mi powiesz skąd, będę mogła określić czy to daleko - Eali zastanowiła się przez chwilę, grzebiąc palcem w piasku. Nie była dobra w zapamiętywaniu faktów, jednak lubiła przeglądać różnego rodzaju książki i mimowolnie wiele rzeczy zostawało w jej pamięci.
Myśląc o tym jej oczka się przeszkliły, ponieważ zachciało jej się płakać. Dlatego się odwróciła troszkę, by nie było tego widać. Starała się mówić wyraźnie, ale powstrzymywanie płaczu powodowało, że zamiast płynnej wypowiedzi dało się usłyszeć dukanie. - Z... J-Ja...po... nii...
- Japonia? Kawałek spory stad jest. - Powiedział Boni kucając na desce od piaskownicy.
Eali odskoczyła zaskoczona i przestraszona, brudząc swoje ubranko w piasku, słysząc nieznajomy głos. I to głos chłopca.
Miyu też odskoczyła. Zajęta rozmową nie była tak czujna, więc nie usłyszała chłopaka jak podchodził. Jej serduszko biło bardzo szybko, a mimo obecności nieznajomego łzy i tak cisnęły jej się do oczu. Po podniesieniu się i otrzepaniu z piasku, odwróciła się, by ukryć łzy
- Przepraszam nie chciałem was wystraszyć. - Powiedział boni siadając na piasku. - Jestem Baks, Ale mówcie mi Boni.
Miriel, która otrząsnęła się trochę z szoku gwałtownie poderwała się na równe nogi i wyskoczyła z piaskownicy. W niezwykłym tempie pokonała połowę placu zabaw i zniknęła w jednym z domków do wspinania się.
A Miyashi nie wyskoczyła. Niby była w piaskownicy, ale przestraszona odsuwała się od nieznajomego. Nie mogła się nawet podnieść ze strachu.
Chłopak spojrzał zaskoczony i ściągną plecak by wyciągnąć z niego ciasta podobne do delicji.
- Chcesz trochę?
Nie przekonało to jej. Dalej się bała, a czując, jak pierwsza łza cieknie jej policzkiem, zaczęła uciekać, szukając kryjówki.
Chłopak zaskoczony nic nie zrobi zjadł ciastko i wrócił na huśtawkę.
Po drodze potknęła się i upadła na ziemię. Przy tym zdarła sobie troszkę ręce i kolana.
Upadek Miyashi podziałał na Eali jak hak, błyskawicznie wyciągając ją z kryjówki. Dziewczynka podbiegła do znajomej  i pomogła jej wstać, pytając przy tym, czy nie zrobiła sobie krzywdy.
Bon nie miał pojęcia jak zbliżyć się do dziewczyn.
Miyashi nic nie powiedziała. Powstrzymywała się od płaczu tylko, ale słychać było, że ledwo.
Bon bawił się z jakimiś dzieciakami.
Eali nie wiedziała co zrobić. Chciała jakość pomóg, jednak nie potrafiła uspokoić koleżanki, więc tylko podprowadziła ją do piaskownicy, z której nieznajomy chłopak zdążył się już ulotnić, i posadziła ją na krawedzi.
Dziewczynka schowała się za swoim ogonem, wtulając w niego. Przecierała jego końcem swoje oczka, by ukryć łzy, które ciekły z bólu. To nie był ból taki, jak normalnie. Do tego był wzmocniony przez kreski, które zrobiła sobie wcześniej.
- Zawołać kogoś, żeby ci pomógł? - zapytała satyrka, czując bezsilność wobec tej sytuacji. Wiedziała, że któreś z dorosłych będzie umiało zaradzić zranieniom. Nie chciała by Miyashi cierpiała.
-N-nie... Proszę... - szepnęła. Popatrzyła na nią, a potem się skuliła.
Boni nachylił się i spojrzał na dziewczynki.
- Co się stało? - spytał poprzednio stukając w kawałek drewna.
Malutka pisnęła, przewracając się do tyłu
- Nie boj się. Dam wam plasterki.
A ta znowu się skuliła... Bała się nieznajomego chłopca
- Twoja koleżanka ci nałożył.
Cały czas mocno się kuliła, drżała
Podał dziewczynce plastry i nie podchodził bliżej.
- Nie gryzę ale jak się boisz to nie podejdę.
Lekko ciągnęła noskiem, cały czas się kuląc. Popatrzyła na niego... Niby też miał uszka i ogon, ale nie był jej znajomy.
Chłopak usiadł na trawie po turecku. Koleżanka  zakleja jej rany na nóżkach.
Przyglądała się mu... Wydawał się przyjacielski... Ale bała się bardzo...(edytowane)
Chłopak ciągle się uśmiechał.
Podniosła się i odsunęła niepewnie
- Bawicie się w coś?
Pokręciła łebkiem
- No chyba że.
Po tym spuściła łebek smutno
Bon usłyszał jak go ktoś wołał, zostawił czekoladę i zniknął.
A ta popatrzyła za nim
C.D.N.

4 lipca 2018

Od Fionna cd. Lucii

    Rudowłosy mężczyzna wszedł po schodach w kierunku swojego gabinetu. Rzadko tam bywał, gdyż jako ulubione miejsce w całej siedzibie Menthis corp. wybrał sobie recepcję. Jednak nie było tam miejsca na wszystkie ważne papiery, a zostawianie ich w zamkniętym na klucz pomieszczeniu naprawdę było najlepszą z opcji. Nucąc cicho, z uśmiechem na ustach przekręcił klucz i wszedł do gabinetu. Przygotował odpowiednie pliki kartek i usiadł na chwilę za biurkiem, kręcąc się z nudów na obrotowym krześle. Wtedy do gabinetu wparowała Lucia. Fionnowi zwykle kojarzyła się z burzą. Wpadała wszędzie i wypadała z mnóstwem ciemnych, prostych włosów, oliwkową karnacją i włoskim temperamentem.
- Mówiłeś, że masz coś dla mnie - uśmiechnęła się przyjaźnie, zamykając za sobą drzwi. O'Reilly zastanawiał się czasami jak ona może całymi dniami chodzić w butach na tak wysokim obcasie bez bólu, ale nie sądził, by było to tak ważną sprawą, by kiedykolwiek zdecydował się ją o to zapytać.
- Tak, tak. Dziękuję że przyszłaś. - wziął w dłoń kilka stron i podał je Parfavro. Na chwilę musnął dłonią jej palce z paznokciami pomalowanymi na kolor czystej, krwistej czerwieni. Zabrał dłoń, po czym oparł się łokciami na biurku, splatając palce pod brodą, czekając aż Lucia przejrzy papiery. Nałożyła zabrane z dekoltu niedopiętej koszuli okulary w czerwonych oprawkach i nałożyła je na nos. Jej oczy biegały po tekście. Po chwili zmarszczyła brwi.
- To tyle? - zapytała, unosząc brew.
- No... tak? - kobieta pokiwała głową ze znudzeniem.
- Załatwię to w... daj mi parę godzin.
- Cudownie, a teraz wybacz - wstał, by odprowadzić ją do drzwi. - muszę zabrać się do pracy, bo trochę tego jeszcze zostało.
- Może ci pomóc? - zaoferowała, a jej uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył.
- Nie, dziękuję. - położył jej dłoń na plecach, po czym, gdy już wyszła, zamknął za nią drzwi. Wziął potrzebne rzeczy, wyszedł z gabinetu, zamknął go na klucz i zszedł do ukochanej recepcji. Zabrał się do roboty, gdy przerwał mu dźwięk dzwonka. Wyjął telefon z wewnętrznej kieszeni marynarki, po czym rozpromienił się na widok nazwiska na wyświetlaczu. Odebrał, po czym zaszczebiotał wesoło:
- Któż to zawitał w moim telefonie!
- Masz zapisane nazwisko. - rzucił głos po drugiej stronie chłodno.
- Tak, tak, tak. Jak zawsze radosny. - wyszczerzył zęby. - O co chodzi, Jamie?
- Nie mów tak na mnie.
- Jasne, Jamie, jasne. - po drugiej stronie dało się usłyszeć westchnięcie.
- Umów mnie na spotkanie z von Alwasem.
- A co ja jestem, recepcjonist... Robi się. - zerknął w terminarz. Wolne terminy ma... jutro, a następny dopiero w środę za tydzień. Jedenasta.
- Za tydzień będzie dobrze. Do widzenia - rzucił głos po drugiej stronie, po czym nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź ze strony rudowłosego, rozłączył się. Gdy się odwrócił, zauważył, że Lucia stoi przed kontuarem. Ile już tam była? Ciężko powiedzieć.
- Mogę ci jakoś pomóc? - zapytał, mając nadzieję, że ma dla niego jakieś dobre wieści.
(Lucia?)

Od Camille cd. Lorema

    Ja... - zająknęłam się. Zastanawiałam się dlaczego niebieskowłosy mężczyzna skłamał. Myślałam czy ja też powinnam tak zrobić, ale w końcu postawiłam na szczerość - Jestem Camille Belcourt.
- Dlaczego go pani szuka? - zapytał od niechcenia. Wydawało mi się, że zupełnie nie obchodzi go to, o co pytał, jednak postanowiłam odpowiedzieć.
- Rozdzieliliśmy się... we Francji - rzuciłam głucho. - Nie wiem, gdzie jest. Nie chcę, żeby coś mu się stało. Musimy razem wrócić do... do domu. - przymknęłam oczy, a następnie spojrzałam przez okno, starając się odpędzić łzy. Dlaczego ten nieznajomy poszukiwany był mi tak bliski?! Dlaczego szukałam go, płakałam przez niego, nie wiedząc kim jest? Poczułam dziwne ukłucie w sercu.
- Proszę. - jasna dłoń podała mi chusteczkę.
- Dziękuję - mruknęłam cicho i wytarłam podanym przedmiotem oczy.
- Pomogę pani - zaoferował po chwili mężczyzna - Nie wiem na ile okażę się użyteczny, jednak... postaram się.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję - uśmiechnęłam się z zaszklonymi oczami. Musiało to wyglądać dość komicznie, ale mój tymczasowy towarzysz odwzajemnił uśmiech. Przez resztę drogi niemal się do siebie nie odzywaliśmy, a nawet jeśli, to były to niezobowiązujące pogadanki o pogodzie, podróżach. Właściwie dowiedziałam się tylko tego, że mężczyzna pochodzi z Rzymu. Z nim moje szanse bardzo się zwiększały. Czułam jak wypełnia mnie szczęście. W końcu pociąg zatrzymał się. Złapaliśmy nasze bagaże i wysiedliśmy z pociągu. Chrząknęłam cicho, po czym spytałam:
- Zna pan jakieś dobre miejsce na nocleg w okolicy?
- Tak... Tak, znam - poprowadził mnie ciągiem uliczek. Zaczynało zmierzchać, ale nie oznaczało to, że ulice były puste, wręcz przeciwnie. W końcu zatrzymaliśmy się przed sporym budynkiem. Lepiej wyglądał od wewnątrz niż z zewnątrz. Było to całkiem miłe zaskoczenie. Podeszłam do recepcji i zwróciłam się do dziewczyny stojącej za kontuarem:
- Czy mogłabym wynająć dwa pokoje jednoosobowe na powiedzmy... tydzień. - kobieta odwróciła się i zaczęła przeglądać ściankę z kluczami.
-...
(Loruś?)

Od Camille cd. Calii

    pewnym rozbawieniem przez chwilę obserwowałam jak Calia zbiera się w popłochu. Po chwili zaprzestałam obserwację, narzuciłam buty, złapałam szybko kluczyki i laptopa, a następnie wyszłam z domu. Wyjechałam samochodem z garażu, niemalże tratując przy tym Calię.
- Wsiadaj - zakomenderowałam przez uchylone okno. Z prędkością światła wyjechałyśmy z terenu mojej posesji i ruszyłyśmy w kierunku uniwersytetu Calii. Oparłam się pokusie, by wjechać prosto na salę wykładową, ale podjechałam moim cudownym autkiem niemal pod same drzwi budynku, rzucając na pożegnanie:
- Poczekam na ciebie. W międzyczasie pogmeram w necie na ten temat. - Calia skinęła głową i pędem ruszyła na egzamin. Pokręciłam głową z rozbawieniem, po czym pojechałam kawałek dalej, na parking, by znaleźć miejsce na czas nieobecności blondynki. Parking był tylko częściowo zapełniony, więc dość szybko znalazłam miejsce. Gdy już zajęłam miejsce, sięgnęłam na tylne siedzenie po laptopa, odsunęłam trochę fotel, a następnie ułożyłam sprzęt na kolanach. Włączony sprzęt nie wydał żadnego dźwięku. Ogarniała mnie cisza, przerywana co jakiś czas stukaniem klawiatury. W końcu, po wielu minutach bezowocnych poszukiwań,  moje usta ułożyły się w wielkie "o". W tej samej chwili do samochodu wparowała jak burza Calia. Trzasnęła drzwiami z podekscytowania, na co skrzywiłam się zniesmaczona, po czym bez żadnego... bez żadnego niczego rzuciła:
- Zdałam!
- Brawo - mruknęłam.
- Znalazłaś coś?
- Ta.
- Pokaż, pokaż, pokaż! - Calia zaklaskała w dłonie. Byłam niemalże pewna, że gdybym podłączyła ją do czegoś, to wyprodukowałaby prąd dla całej kuli ziemskiej na jakieś pięćdziesiąt lat.
- Zabieraj chciwe łapki - rozkazałam. Posłusznie wróciła do siebie. - i słuchaj tego. "Ten rok był wyjątkowo ciężki pod względem działalności gangu znanego jako Ghoules." blablabla, o przekrętach, przemycaniu i... porwaniach. Pod spodem jest alfabetyczna lista. Imię i pierwsza litera nazwiska.
- Iiii? - byłam pewna, że Cal zaraz wybuchnie.
- Na A są cztery. Jennie, Jonathan, Malcolm iiii... I Camila. - spojrzałam na nią, nie będąc pewna co powinnam czuć.
(Cal?)

30 czerwca 2018

Od Lucii do Fionna

    Wydmuchałam ostatni kłąb dymu i spokojnie zgasiłam papierosa, przechodząc bliżej tylnego wejścia do instytutu Menthis Corp. Spojrzałam na lekko zmoczone deszczem czubki butów i westchnęłam z poirytowaniem. Zaraz potem usłyszałam trzask samochodowych drzwi i natychmiast podniosłam głowę. Do wejścia szedł szybkim krokiem rudowłosy chłopak, trzymając nad głową czarną teczkę. Dobiegł pod chroniący mnie dach, ściągnął teczkę w dół, przeczesał lekko włosy i otrzepał marynarkę. Wszystko oczywiście pod moim czujnym okiem.
– Dzień dobry – powiedział wesoło. – Piękny dzisiaj dzień, nie uważasz?
Skinęłam głową w odpowiedzi.
– Moje rodzinne strony przyzwyczaiły mnie do słońca – dodałam.
– Co w takim razie robisz na dworze?
Wyciągnęłam z torebki część paczki papierosów.
– Nałóg nie wybiera – wyjaśniłam z kwaśnym uśmiechem. Fionn pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Dobrze, że mnie się nie przyczepił – zaśmiał się. – Ale już skończyłaś? – upewnił się, otwierając drzwi i przytrzymując je dla mnie. Skinęłam głową w podziękowaniu i weszłam do słabo oświetlonego korytarza. Nienawidziłam tego "nowoczesnego błękitu", którym pomalowane były ściany akurat w tym jednym hallu, przez który przechodziłam przecież kilka razy dziennie.
– Przydałoby się tu chyba malowanie, nie sądzisz? – zapytałam uprzejmie, patrząc na mrugającą na ścianie lampę.
– Sam wybrałem ten kolor – oznajmił Fionn wesoło, a ja natychmiast uciekłam wzrokiem gdzieś w bok i skarciłam siebie za zbyt długi jęzor. Schody okazały się wybawieniem.
– Łapiesz windę? – zapytał, sam jedną nogą będąc już na schodku.
Tak, muszę wpaść do szatni po fartuch i kartę.
Rudowłosy pokiwał głową.
– Przyjdź potem do mnie do gabinetu, mam dla ciebie nowe zadanie, zobaczysz papiery. Misja trochę top secret, także sama rozumiesz, potrzeba nam do tego tylko najlepszych naukowców. – Puścił oczko. Pokiwałam głową z uśmiechem.
– Przyjdę za pół godziny – zapewniłam i weszłam do windy.

29 czerwca 2018

Od Calii cd. Argony

    Siedziałam przy swoim barku z kubkiem kawy. Co prawda odespałam już ostatnią zmianę, ale nie miałam zamiaru pozbawiać się tego cudownego napoju. W palcach bezwiednie obracałam kartkę od Argony, tak naprawdę znając jej treść już na pamięć. Zresztą, nie było wiele do pamiętania. Jurij Raskolnikow. Kostiumolog, komik, usługi wszelakie. Okej, usługi wszelakie kojarzyły mi się nie najlepiej. Ale kostiumolog? Komik? Nie sądziłam, żeby za tym kryło się coś poważniejszego, więc po prostu włączyłam laptopa i wpisałam nazwisko w wyszukiwarkę. Pierwszymi pozycjami na liście okazały się same artykuły pochwalne. Nagroda za najlepsze kostiumy, znany i szanowany, wielki projekt, afera kostiumowa, Raskolnikow uznany... Zaraz, stop. Afera kostiumowa? Wróciłam wzrokiem do szukanej pozycji i kliknęłam w link do artykułu. Zmarszczyłam brwi.
Raskolnikow wtrącony do więzienia za morderstwo w przebraniu! Brzmi jak początek bestsellerowej powieści kryminalnej? Niestety, dla Amidary Kero ta powieść nie zakończyła się happy endem. Słynny kostiumolog zaprojektował młodej aktorce strój wręcz idealny. Dziewczyna wyglądała zjawiskowo na planie produkcji, to prawda, jednak nagle, podczas kręcenia jednej z kaskaderskich scen, Kero poczuła, jak opinające jej tułów paski gwałtownie zaciskają się, a ona nie może nabrać powietrza. Wszyscy obecni na planie byli pod wrażeniem gry aktorskiej dziewczyny. Dopiero gdy dziewczyna przestała się ruszać, zorientowano się, że coś jest nie tak. Aktorka utonęła na miejscu, a za wszystko został oskarżony pan Raskolnikow. Grozi mu dożywocie, mimo że, jak sam stwierdził, nie zrobił niczego, co wykraczałoby poza jego obowiązki i jest niewinny. Kolejnym istotnym szczegółem tej sprawy była odnaleziona w dłoni denatki... naklejka z pandą. Co mogła oznaczać? To wie najpewniej tylko sam morderca. A może na jednej ofierze się nie skończy?
Zszokowana spojrzałam jeszcze raz na karteczkę, chcąc się upewnić, że nie pomyliłam nazwiska czy czegoś. Niestety, wszystko się zgadzało. Zjechałam na dół artykułu, szukając jego autora. Wydawał się być całkiem zorientowany w sytuacji. Zaraz potem wybrałam numer do Argony.
– Halo? – usłyszałam spokojny głos po zaledwie dwóch sygnałach.
– Zbieraj się – rzuciłam, zapisując na kolejnej kartce imię i nazwisko dziennikarza oraz redakcję, w której pracował.
– Znalazłaś Raskolnikowa? – Byłam trochę zawiedziona, wyczuwając w głosie Alphy zaskoczenie.
– Znalazłam dziennikarza. Resztę opowiem ci na miejscu.
(ARGO? ;3)

26 czerwca 2018

Spotkanie na placu zabaw - Miyashi i Ealimiriel

  Legenda:
Miyashi
Ealimiriel

Plac zabaw był całkiem spory. Z ciasnej kryjówki pod zjeżdżalnią Ealimiriel nie była w stanie zobaczyć jego końca. Tego dnia mieszkańcy Domu zostali zabrani tutaj, jako że pogoda była piękna i trudno było usiedzieć w dusznych pomieszczeniach sierocińca. Patrząc na tłumy bawiących się dzieci czuła się strasznie samotna, jednak nie mogła na to nic poradzić. Oparła głowę na kolanach i pogrążyła się w niewesołych myślach.
W tym samym czasie Miyashi z Camille wyszły na zewnątrz, by się tą pogodą nacieszyć. Jednak Miyashi nie wyglądała tak, jakby się cieszyła. Nie widać było jej emocji, więc i radość była dobrze ukryta. Kiedy Camille siadła na ławce w pobliżu, dziewczynka niepewnie weszła na plac. Przyglądała się dzieciom, które, przynajmniej w większości, wydawały się być szczęśliwe, zadowolone, radosne i tak dalej. Nie widziała tu dla siebie miejsca, więc wzdłuż ogrodzenia szła w miejsce, gdzie było wszystkich najmniej. Starała się przy tym nie wzbudzać niczyjego zainteresowania. A tym miejscem był przeciwległy kąt placu, gdzie była stara piaskownica. Wszyscy bawili się w tej nowej, z czystym piaskiem i kilkoma innymi urządzeniami. Ta stara była z już spróchniałego drewna i straszyła, a przynajmniej nie zachęcała. Nawet w niej nie było tego czyściutkiego piasku, tylko taki zmieszany z ziemią.
Eali kątem oka zauważyła nowego przybysza. Dziewczynka wyglądała, jakby przybcie na plac zabaw nie do końca ją bawiło. Unikała też spojrzeń dzieci i mijając je wybrała miejsce, w którym nie było akurat nikogo - starą piaskownicę. Miriel rozejrzała się, by zyskać pewność, że nikt inny nie zainteresował się przybyłą. Tak jakby wogle jej nie zauważyli. Dziewczynka odwróciła się tyłem do obserwatorki i zaczęła ruszać ramionami, jakby budowała jakiś zamek. Zaciekawiona tym satyrka wychynęła powoli ze swojej kryjówki i na swój nie rzucający się w oczy sposób ruszyła w kierunku piaskownicy.
Istotnie Miyu coś próbowała budować. Ale budowanie nie sprawiło jej ani trochę przyjemności. Na pewno nie tyle, ile we wcześniejszym dzieciństwie. Nie wiedziała co chce zrobić, co zamierza, co chce osiągnąć. Jedynie przesypywała piasek z jednego miejsca na drugie próbując coś wymyślić. Nie miała pomysłu, więc po dłuższej chwili tylko bawiła się piaskiem biorąc trochę do rączki, a następnie przesypując powoli.
Eali przysiadła na spróchniałym drewnie i wychyliła się przez ramię nieznajomej, by z zawodem stwierdzić, że ta nie buduje nic interesującego. Tylko przesypywała piasek z ręki do ręki. Satyrka westchnęła smutno i gwałtownie straciła równowagę. Pochyliła się do przodu, do tyłu, znów do przodu i poleciała twarzą prosto w brudny piasek, tuż koło bawiącej się piaskiem dziewczynki.**
Miyu podskoczyła ze strachu wypuszczając resztę piasku z ręki. Na szczęście ani trochę nie wysypało się na dziewczynkę koło niej. Wytrzepała rękę, po czym ostrożnie podniosła ją, następnie popatrzyła w oczy. Była bardzo przejęta poza strachem wynikającym z niespodziewanego przybycia jej. Normalnie usłyszałaby jak się zbliża, ale za bardzo się zamyśliła by to zrobić. Ostrożnie wytarła resztki piasku z twarzyczki satyrki i pomogła jej z powrotem usiąść na krawędzi piaskownicy.
- ...iękuję - powiedziała ledwo słyszalnie satyrka, tym razem profilaktycznie siadając na piasku. Była cała czerwona na twarzy, miała piasek w oczach, ustach i nosie. I chyba trochę pod ubraniem. Spróbowała go trochę otrzepać, jednak nie udało jej się pozbyć całego. Spojrzała na jasnowłosą dziewczynkę, która jej pomogła i nie mogąc się powstrzymać zapytała cicho: - Czemu przesypujesz piasek z ręki do ręki?
Dziewczynka poruszyła tylko uszkiem lekko opuszczając swoją głowę. Nie wiedziała dlaczego to robi, ale odpowiedź musiała jakąś dać. Ale jaką? Z nudów? Przecież były lepsze sposoby na zabicie nudy, jak na przykład czekanie w kolejce na wolną huśtawkę czy testowanie swojej wytrzymałości na siłę odśrodkową na karuzeli. Chciała coś zbudować, ale przecież tego nie robiła, choć miała gdzie i z czego. Całą piaskownicę miała wolną, mogłaby zbudować nawet całe Ainelysnart z piasku gdyby wiedziała co gdzie jest. Nikt by jej tego nie zburzył, nie byłoby żadnej kłótni o miejsce. Wtedy niepewnie i cichutko odpowiedziała: - Bez powodu...
Przez chwilę dziewczynka nic nie zrobiła. Nie była pewna, jak powinna zareagować na taką odpowiedź, jednak jakimś szóstym zmysłem poczuła sympatię dla tamtej bezcelowej dziewczynki i zapragnęła spędzić z nią chwilę czasu. Przez chwilę zbierała się na odwagę, po czym przysiadła się nieco bliżej tamtej i rzucając na nią niepewne spojrzenia również wzięła do rączek trochę piasku i zaczęła go przesypywać.
Miyu znów zaczęła to robić, a patrząc na nieznajomą robiącą to samo, lekko się uśmiechnęła. Prawdopodobnie ciężko byłoby ten uśmiech zobaczyć, pojawił się on na naprawdę krótko.
W ciszy obie dziewczynki zajęły się piaskiem. Nie była to jednak niezręczna cisza, a raczej przyjazna. Niespodziewanie Miriel krzyknęła: - Uważaj! - i szybkim ruchem zagarnęła trochę piasku z miejsca, w które właśnie druga dziewczynka wysypywała piasek. Eali odetchnęła z ulgą i ostrożnie odstawiła małą mrówkę na piasek, poza zasięg obu dziewczynek.
Miyashi aż odrzuciło do tyłu, a piasek z jej rączki wylądował za piaskownicą. Po chwili dopiero się podniosła. - C-co... się stało...?
- Mogłaś ją zabić... - to mówiąc ciemnowłosa wskazała małego robaczka, który właśnie znikał w spróchniałej obudowie. Zrobiło jej się trochę głupio, że powaliła nowo poznaną, jednak z drugiej strony nie mogła jej pozwolić skrzywdzić tego stworzenia.
Wtedy oczka małej zaczęły się szklić. Myśl o tym, że mogła zabić swoją zabawą niewinne stworzonko, zaczęła ją męczyć. A ile mogła wcześniej zabić, jak nieznajoma jej nie pilnowała? Szybko podniosła swój ogon, otrzepała z piasku i wtuliła w siebie.
Eali zrobiło się jeszcze bardziej głupio, ale postanowiła ułagodzić sytuację. Przesypywanie piasku nie było zbyt fascynującym zajęciem, jednak przez chwilę czuła, że nie jest sama. Usiadła przodem do tamtej dziewczynki i zaczęła:
- Na szczęście nic się nie stało...Nie powinnaś się tak martwić skoro nic się nie stało...
To było wszystko. Nie wiedziała co powiedzieć dalej, ani jak rozmawiać z towarzyszką zabawy.
Coś to dało. Powoli odłożyła swój ogon na miejsce, uważając tym razem na mrówki i inne małe zwierzątka. Następnie przetarła łzy ze swoich oczu i niepewnie popatrzyła na dziewczynę, która do niej przyszła.
Emi pokiwała główką, a jej smutna twarzy przybrała łagodny odzień. Cieszyła się, że tamta nieco się uspokoiła. Nagle coś wpadło jej do głowy.
- Nie jesteś od nas, prawda? Nie widziałam cię wcześniej...
- Pewnie nie... A co masz na myśli... mówiąc "od nas"...?
- Mam na myśli Dom - uściśliła Miriel
- Nie... Raczej nie... Nie znam was... a ciebie widzę po raz pierwszy... - mówiła możliwie spokojnie. Po chwili odwróciła się do grupy dzieci, do której w tej chwili należał plac zabaw, a przynajmniej tak to wyglądało, gdyż ta grupa była najliczniejsza.
- Nie sądziłam, że poza nami są inne dzieci z Darem - powiedziała cichutko Eali. - Jesteś tu z mamą...?
Ostatnie pytanie z trudem przeszło przez gardło dziewczynki, przywołując wspomnienie straty i bólu osamotnienia.
- Jakim darem? - spytała. W pierwszej chwili drugie pytanie do niej nie dotarło, więc była chwila ciszy, ale gdy próbowała odpowiedzieć na drugie pytanie, już dukała. Nie mogła tego powiedzieć, nie chciała dopuścić do siebie tej myśli. - N-n... ni... nie...
Eali w milczeniu pokiwała głową, po czym wskazała uszka tamtej.
- Tym. Jesteś bakeneko, jak Viku? - spytała.
Ukradkiem znowu przetarła oczka, nie chciała dać jej zobaczyć swoich łez. Popatrzyła też na swój ogon, nie wydawał się on być koci. Raczej wilczy... Dlatego pokręciła głową w odpowiedzi.
- Hmmm... - Miriel zastanowiła się. Nie widziała wcześniej innego, podobnego do tej dziewczynki stworzenia i w tym momencie strasznie ją ciekawiło, czym ona jest. - Więc czym? - spytała po prostu.
- Nie wiem... wydaje mi się... że... że wilkiem... - westchnęła cicho. Nie miała pewności, ale cała wiedza, jaką miała, tak jej podpowiadała.
Gwałtownie Eali pochyliła się do przodu i zakryła uszy dziewczynki. W jej oczach był autentyczny strach.
- Jak wychodziliśmy Kierownik zakazał Maxowi wychodzić, bo Max jest wilkiem i Kierownik się bał, że jek ktoś zobaczy Maxa to stanie się coś strasznie, strasznie złego - powiedziała to na jednym wydechu po czym zaczerpnęła powietrza i powiedziała znacznie ciszej i spokojniej: - Nie powinnaś tego zakryć? Tak jak ja...
Podniosła nieco czapkę, pokazując małe różki.
W-w domu... ni-e zakrywałam... - wtedy się sama przestraszyła, ale nie wiedziała czego. Ale, zgodnie z ostrzeżeniem dziewczynki, zakryła swoje uszka kapturem od jej ubranka. Nie było już uszu widać.
Miriel nieco się uspokoiła, widząc, że dziewczynka zakrywa uszy, jednak dalej była zmartwiona. Nie wiedziała, co złego dokładnie może się wydarzyć, jednak nie chciała, by nowej towarzyszce coś się stało.
- Dobrze... a ogon?
- N-nie mam gdzie... - spojrzała w dół. Nie chciała martwić towarzyszki i bała się konsekwencji tego, co mogłoby się stać.
- Oh... - dziewczynka spuściła wzrok na nogi dziewczynki. Faktycznie, nie było gdzie go schować. Nie wiedziała co powiedzieć, nie miała pomysłu też co zrobić... - Może... wróć do domu i zmień ubranie... - zasugerowała cicho, ale z drugiej strony nie chciała, by ta ją opuszczała
Jednak Miyashi nie chciała iść. Właściwie to nie chciała martwić Camille ani jej męczyć. Sama nie znała drogi do domu, by szybko to zrobić i po cichu. Pomijając też brak klucza od mieszkania. Dlatego tylko spuściła wzrok.

- Jak nie chcesz... może ktoś ma zapasowy polar... - powiedziała nieśmiało Eali, jednocześnie po prawdzie nie chcąc zagadywać do nikogo. Choć być może poproszenie o pomoc opiekunki nie byłoby głupie.
- Może nikt nie zauważy... Jak chodziłam po mieście to nic się nie działo...
- Nom - potwierdziła skinieniem głowy Miriel. - Może... mam nadzieję.
Dziewczynka podkuliła swój ogon i się w niego wtulała. Nie wiedziała że jest tu aż tak niebezpiecznie. Chociaż prawdą było, że przekonała się o kilku zagrożeniach na własnej skórze.
Nagle rozległo się głośne wołanie, na które zareagowała większość dzieci na placu. Miriel uniosła głowę i poderwała się na równe nogi.

- Wołają nas - powiedziała i spojrzała smutno na towarzyszkę. - Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy...
Wtedy i dziewczynka wstała. Nie było sensu, dla którego miała tu siedzieć, skoro jej towarzyszka musi iść. Też wydawała się smutna z powodu rozstania, tak miło im się rozmawiało. Wróciła do Camille, z którą spędziła resztę czasu w tym miejscu.

25 czerwca 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Patrzyłam się w jej oczy bez słowa próbując powstrzymać się od płaczu. Bezskutecznie... Nie byłam w stanie, chociaż zaskoczyło mnie to, że i ona płakała. Ale dlaczego...? Czy ją skrzywdziłam? Beze mnie by na pewno tego nie robiła. Jeszcze przepraszała, ale kogo i za co...? Zaczynałam się czuć okropnie. Czułam się winna jej złego nastroju. Wtuliłam się w nią bardzo mocno, próbując powstrzymać się od oddychania. Bez zatykania nosa było to dużo, dużo cięższe. Wtuliłam się w nią jeszcze troszkę mocniej.
- Proszę… daj sobie pomóc… - powtórzyła przecierając sobie oczka. Cały czas trzymała moje ręce bez zamiaru puszczenia ich.
Co to znaczyło…? Co miałam zrobić, by już nie płakała, nie była smutna? Nie potrafiłam sama przestać, a może to by pomogło... Nagle zaczęłam słyszeć śmiech kilku osób. Jeden to był ten, co zawsze. Drugi był Koreańczykiem, nie wiem jednak skąd on był, na pewno spoza rodziny, gdzie byłam. Kolejny to znowu Koreańczyk, a jeszcze było kilka osób z mojej szkoły, starszacy. Wszyscy wpatrywali się na nas wytykając nas palcami.
- Jesteście obie żałosne... - powiedział pierwszy mieszkaniec kraju spod góry Paektu z pogardą w głosie. Był on zasłużonym dla Wodza dygnitarzem, przynajmniej tak wyglądał.
- NIEPRAWDA! - wydarłam się w jego stronę, po koreańsku, by zrozumiał. - Ona nie jest! To, że ja jestem, nie znaczy, że ona też!
Dotknęło mnie to jak ją obraził. Przecież była wspaniała! Nie mogłam dopuścić do tego, by o niej tak mówił.
- Jak się wyrażasz, ty mały pasożycie?! - warknął i podszedł do mnie szykując się, by mnie uderzyć. Na pewno to zrobi...
Już uderzył. Z całej siły w policzek, ale przy okazji zabolały mnie nos i lewe oko. Drugi jego towarzysz też podszedł. Ból mnie paraliżował, nie mogłam się ruszyć by się nie wzmocnił. Wtedy zaczęłam też się dusić od silnego ścisku na szyi.
- Jeszcze raz podniesiesz na mnie głos... A pożałujesz że ona cię przygarnęła...
Uderzył wtedy raz jeszcze. Skuliłam się mocno, Camille dalej trzymała moje ręce. Wyglądała na przestraszoną.
- Miyashi... Kochanie, co jest? - spytała odwracając moją głowę lekko.
- Jak w ogóle ona mogła cię do siebie wziąć? - prychnął ktoś z mojej szkoły. - Ile twoi rodzice musieli w Fukushimie siedzieć, że takie wadliwe coś urodzili?
Reszta wybuchła śmiechem, on też. Koreańczycy już się cofnęli idąc z powrotem w tamto miejsce gdzie byli wcześniej. Jeszcze chwilę się pośmiali. Chciałam w tym momencie zniknąć, przestać istnieć... Nie chciałam zostawiać Camille, ale wytrzymać ich obecności nie byłam w stanie. To bolało już... Już przyzwyczaiłam się do tego, co o mnie mówili, ale to, że ją obrażali, przerastało mnie. Nie zasłużyła sobie na bycie poniżaną. Wtuliłam się w nią mocno. Mówiła, że oni kłamią, ale dla mnie niemal wszystko to wydawało się być prawdą. Nie pamiętam o niczym wcześniejszym, ale to, co teraz powiedział, nie powinno być powiedziane o niej.
- Przestaniesz ty kiedyś tak ryczeć? - powiedział. - Przecież wszystko widzę, jesteście siebie warte. Jedna i druga... Teraz nie dziwię się czemu ciebie przygarnęła.
To też zabolało bardzo mocno. Wtulałam się mocno w Camille, a ona lekko mnie głaskała.
- Oni nic ci nie zrobią... Nie słuchaj ich, kłamią...
Nie mogłam już... Po tym, co powiedziała Camille, kolejne słowa zlewały mi się w niezrozumiały bełkot. Nawet nie byłam w stanie rozpoznać nawet w jakim języku. Do tego rozbolała mnie głowa. Rozbolała? To słowo było niewystarczająco mocne. Jedyne co mogłam to się skulić i czekać, aż przejdzie. Nie wiedziałam ile czasu mija, ale dla mnie dłużył się on okropnie. Lekko drżałam, byłam w stanie wyczuć też coś na policzkach, co było łzami.

(CAMILLE?)

22 czerwca 2018

Od Akiro cd. Somniatisa i Jamesa

    Gdy nadesłany przez Sjew, bawił się w poszukiwacza zaginionych skarbów pośród popsutych zegarów. Odparłem się o zamknięte drzwi jednego z przemieszczeń i obserwowałem gościa. Bardzo mu się nie chciało tu być, jego łączenie faktów mnie inspirowało. Zabawa w grę zwaną podchodami z tym typem była by niebezpieczna. Przeszedł do kolejnych pokoi, skończywszy na łazience. Na szczęście od pokoju Zaginionej nic nie przykuło bardziej jego uwagi. Som skończył zegar dla przyszłego klienta i poszedł z Sjew’owcem, by wiedzieć, co się znajdywało w pudełku u tamtej dziewczyny. Gdy mężczyźni wyszli, oparłem się wygodnie na siedzisku.
- Wreszcie chwila spokoju. - powiedziałem, sięgając po gazetę, która znajdowała się pod ladą. Po upłynięciu dwóch i pół godziny, do sklepu wszedł długo oczekiwany właściciel zegarka, po wymienieniu się formalnościami i gdy dana osoba zabrała, swój szanowny tyłek, ze sklepu, wybiła godzina zamknięcia. Zerwałem się, na równe nogi i chwyciłem swoją torbę i zamknąłem sklep. Po czym ruszyłem do domu. Okiennice sklepów powoli gasły, zdarzyłem wstąpić do jednego po parę drobiazgów. Gdy wyszedłem, trafiłem na patrol, jednak nic nie zrobili. Po paru krokach byłem już w domu, położyłem zakupy na blacie i po chwili zjawił się Baks, porozmawialiśmy chwile i poszedłem się wykąpać i położyłem się do wygodnego łóżka.
(Jame i Som? Wybaczcie, że tak długo.)

21 czerwca 2018

Od Argony cd. Calii

    To prawda, trochę ją podniosło, jednak po pościgu, nagłym przypływie adrenaliny i emocji wszystko gwałtownie opadło, pozostawiając po sobie tonę zmęczenia, które gromadziło się już od dłuższego czasu we wszystkich zakamarkach jej ciała i uniemożliwiając zachowanie swojej naturalnej postawy silnej Alphy. W dusznej knajpie, zlana potem i rozgrzana biegiem kompletnie wróciła do swojej dawnej postawy opętanego szaleńca. Dopiero zimne powietrze na zewnątrz nieco przywróciło jej zdolność do logicznego myślenia. Najchętniej przystanęłaby i odetchnęła chwilę, jednak tryb życia, jaki obecnie prowadziła jej na to nie pozwalał. Musiała się ruszać.
  Szybkim, zamaszystym krokiem opuszczała okolice knajpy, w której pracowała Szafir i przemieszczała się w stronę Areny 4. Przekazała informację Calii, zrzucając ten obowiązek na dziewczynę. Wcześniej, podczas ucieczki, jakby nie było lepszego momentu, dostała telefon od Narcyzy, która oznajmiła po prostu, że znaleziono kolejne ciało wilka. W kanałach. W suchym korytarzu. Dokładnie wymalowanym psychodelicznymi wzorami, zapewne wyciągniętymi z jakichś rytuałów murzyńskich, odpędzających złe duchy. Było gorzej, niż wcześniej. Bardziej intensywnie. I legalnie... prawie legalnie. Czarnowłosa musiała teraz zbadać miejsce zbrodni, a przynajmniej je zobaczyć. I obmyślić jakąś ofensywę. Zacisnęła zęby z tłumionej złości. To nie były zwykłe działania SJEW-u. Działania SJEW-u były prawnie uzasadnione i logiczne. To, co robiło Feldgrał było po prostu nieludzkie. Gdyby reszta ZUPA'y się dowiedziała... Problem w tym, że nie ma dowodów. Mogą się tego wypierać i twierdzić, że sami chcą z tym walczyć. Zresztą jako posiadacz genu nie mogła się z nimi zadawać, bo by ją wydali władzom. Musiała znaleźć inny sposób na walkę z tą plagą. Jej myśli stawały się mroczne i początkowe pacyfistyczne nastawienie względem ludzi stawało się coraz bardziej buntownicze. Skoro nie mogą nic osiągnąć próbując się zasymilować, może trzeba wrócić do rozlewu krwi?
  Autobus zajęłam na przystanek, wyrywając dziewczynę z rozmyślań. Jej autobus. Naciągając kaptur na głowę wskoczyła do środka i zajęła miejsce stojące w jego środkowej części, mimo że był praktycznie pusty. Nie lubiła siadać w środkach komunikacji miejskiej. Aż ją skręcało na myśl, że miałaby komuś ustąpić swoje miejsce. Więc stała. Pojazd ruszył z cichym sykiem rozprężonego powietrza, a myśli Alphy wróciły na niepewne i burzliwe tory.
(Calia? A jak twoja sprawa? Zadzwoń słońce :* xd)

20 czerwca 2018

Od Lorema cd. Camille

    Lorem poczuł, że nie wie co robić. Nagle znalazł się w samym środku akcji, której kompletnie się nie spodziewał i która go przytłaczała. Pokiwał głową, jakby tym gestem chciał odpowiedzieć na wszystkie postawione mu pytania i już otwierał usta, żeby się przedstawić, gdy rozległ się głośny turkot na pobliskich torach.
- To nasz pociąg! - krzyknęła kobieta od psa, odbierając swoją kochaną psinkę z rąk mężczyzny i poganiając go gestem, by się ruszył. Czarnowłosa kobieta również ruszyła w kierunku pociągu szybkim krokiem, gdyż musiała jeszcze zabrać z peronu swoje rzeczy. I kilka minut później cała trójka siedziała wygodnie w przedziale, w którym zastali już śpiącego na fotelu z otwartymi ustami mężczyznę i wciśniętą skromnie w kąt, młodą dziewczyną, najwyraźniej zdegustowaną pozą towarzysza podróży.
  Lorem usiadł na środkowym siedzeniu, ustępując miejsca przy oknie obu kobietom i siadając koło skromnej pasażerki z jednej strony a starszej pani z drugiej. Ich bliskość nieco go krępowała, jednak w pociągu nie było możliwości odseparowania się od ludzi. Chyba że wyszedłby na korytarz, jednak to chyba nie byłoby zbyt mile widziane.
  Siedząc w miarę wygodnie w pociągu przypomniał sobie słowa tamtej.
- O jaką sprawę chodzi? - zapytał nieśmiało, nie będąc pewnym, czy to najlepszy moment na takie pytania.
- Oh, to nic takiego. Poszukuję pewnej osoby. Podejrzewam, że udała się do Rzymu. - Dziewczyna uśmiechnęła się, a Impsum musiał przyznać, że ma bardzo ładny uśmiech.
- Nie czy dam radę. Pomóc - mruknął w odpowiedzi. - Jak ma na imię?
- Lorem. Lorem Impsum - wyznała dziewczyna, uważnie obserwując reakcję jasnowłosego.
  Mężczyzna nie zmienił wyrazu twarzy, poczynił też wysiłek, by nie skamienieć kompletnie, jednak zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Dlaczego ta ładna dziewczyna szukała jego? Czy go ścigała? Czy to dlatego wracał do Rzymu, by się przed nią ukryć? Ale w takim razie czemu mu zdradziła, kogo szuka? Nie rozpoznawała go?
- Ale nie odpowiedział mi pan, jak się nazywa - zauważyła uprzejmie.
- Patrycjusz Tenebris - odpowiedział, używając imienia ojca. - A... pani?
(Camille?)

19 czerwca 2018

Od Calii cd. Argony

    Podeszłam do ochroniarza i z uśmiechem satysfakcji podałam zarówno nazwisko, jak i elementy wyposażenia.
- Co ty dzisiaj taka wesolutka, Ace? - zaśmiał się mężczyzna, przytrzymując mi drzwi.
- Dobry dzisiaj dzień, Richter - odpowiedziałam mu, kiwając głową w podziękowaniu.
- To ciesz się, póki możesz. Macie dzisiaj te stroje, których tak nie znosisz.
Mina natychmiast mi zrzedła, gdy zobaczyłam na wieszaku obcisły czarne leginsy i czarną bluzkę z uszami kota do dodatku.
- Cholera by to wzięła - warknęłam wściekle, zabierając kostium. To miał być taki super wieczór. Wyszłam na salę i podeszłam do baru, by zabrać tacę i ewentualne drinki do rozdania. Tam powitał mnie Steve ze swoim perfidnym uśmiechem.
- Uwielbiam twoją cierpiętniczą minę za każdym razem, jak wychodzisz w tym stroju - powiedział, podając mi tacę.
- Nienawidzę tych przebieranek - odparłam, zabierając drinki.
- Stolik numer osiem. Całość. A i przy piątce są nowi, rozdaj karty.
Skinęłam głową i szybko obsłużyłam podane stoliki.
- Mala mówi, że rachunek na siódemkę - oznajmiłam, zanosząc do baru puste szklanki. Steve tylko skinął głową, spojrzał na rozpiskę i podał mi odpowiednią książeczkę. Przeszłam do stolika numer siedem.
- Proszę bardzo, oto pani... Argona? - zdziwiłam się, gdy podniosłam wzrok na twarz "klientki". Ta złapała mnie za nadgarstek, wbijając ostre pazury w skórę. Syknęłam cicho. Zostaną mi po tym rany.
- Rozumiem, że mogłaś chcieć się zemścić - powiedziała brunetka cicho. - I nawet to szanuję. Ale nie będziemy się tak bawić, dziewczynko. Nie mam czasu, żeby za tobą biegać.
- Tu mi niestety nic nie zrobisz - przypomniałam uprzejmie, siląc się na uśmiech. - I obie dobrze o tym wiemy. Nie chcesz sensacji. Za dużo tu ludzi.
- Pijanych ludzi. Rano większość niczego już nie będzie pamiętać.
- Nieprawda.
- Nie prowokuj mnie. Masz znaleźć tę pandę. I zgłoś się potem. Potraktuj to jako zlecenie.
- Za zlecenia się płaci.
Alpha zacisnęła mocniej dłoń na mojej ręce.
- Osobiste zlecenie. Ja mam ważniejsze rzeczy do roboty - oznajmiła, po czym rzuciła kilka monet na stolik, wstała i, jak gdyby nigdy nic, wyszła. Z poirytowaniem spojrzałam na malutkie kropelki krwi na dłoni. Moje poirytowanie wzrosło, gdy zorientowałam się, że Argona zostawiła mi napiwek. I kartkę z nazwiskiem. Wściekła zaniosłam pieniądze Steve'owi, a kartkę mimo wszystko schowałam do kieszeni.
- Idę do łazienki - wycedziłam.
- Co jest? - zapytał, z wahaniem patrząc na moją rękę.
- Nic - odpowiedziałam szybko, ale chłopak tylko uniósł brew. - Jakaś nawalona idiotka ze szponami jak czarownica - wyjaśniłam z westchnieniem. I w sumie nie byłam zbytnio daleka od prawdy.
(ARGO? ;3)

Karta Postaci - Lucia Parfavro

Imię i Nazwisko: Lucia Parfavro
Pseudonim: Lucia Ferranda (fałszywe nazwisko, którym czasem się przedstawia)
Płeć: Kobieta
Pochodzenie: Włochy
Data urodzenia: 29.02.2008 (ale faktycznie urodziny obchodzi dzień wcześniej)
Przynależność: Menthis corp.
Stanowisko: Naukowiec
Orientacja: Heteroseksualna
Klasa: Człowiek
Praca: Praca naukowa w laboratorium
Cechy charakteru: Lucia to kobieta zdecydowana, pewna swego. Nie wstydzi się ludzi, nie boi się nowych wyzwań i, przysłowiowo, nie da sobie w kaszę dmuchać. Może właśnie dlatego inni członkowie Menthisu bardzo ją cenią i szanują, mimo jej młodego wieku. Jest niezwykle samodzielna i uważa, że jeśli coś ma być dobrze zrobione, musi to zrobić sama, co może być zarówno wadą, jak i zaletą. Nie interesują jej rzeczy, które jej nie dotyczą. Patrzy na świat krytycznym okiem, ale nie można powiedzieć, że kieruje się bardziej rozumem niż sercem. Jest to dziewczyna jak każda inna i tak samo zakochuje się i potrzebuje związku, stabilizacji, choć świetnie potrafi zamaskować swoje uczucia. Oprócz tego jest niezwykle ambitna, często też pracuje po godzinach, by osiągnąć to, co sobie zamierzyła. Z uwagi na swój włoski temperament zdarzają jej się jednak drobne wybuchy emocji i dość łatwo wyprowadzić ją z równowagi. Nie lubi, gdy inni dyskryminują ją ze względu na płeć, uważa bowiem, że może być lepsza od większości mężczyzn i nie uznaje ich "wyższości". Nie jest jednak przewrażliwioną feministką i nie uważa, że wszystko jej się należy, bo jest kobietą. Oczekuje po prostu szacunku za to, co robi.
©Adelruna
Wygląd: Lucia ma oliwkową cerę i proste (uzyskane ciepłem prostownicy) czarne włosy, sięgające do krzyża. Jej brązowe oczy patrzą na świat zza szkieł czerwonych okularów, które jednak często zamienia na soczewki lub zdejmuje, gdy pracuje np. przy dokumentacji (jest krótkowidzem). Często również maluje usta na czerwony kolor. Jej dłonie są zadbane, długie paznokcie najczęściej również maluje na czerwono. Zazwyczaj do pracy i na wszelkie inne wyjścia ubiera się w stylu "klasycznej elegancji" – ciemna spódnica, koszula, garsonka, eleganckie spodnie à la do garnituru itp. Dopiero w domu przebiera się w luźniejsze ciuchy. Swój niewielki wzrost (niecałe 1,60 m) maskuje wysokimi szpilkami, których ma w mieszkaniu całą komodę. W uszy często wkłada złote kolczyki kółka, a swoje rzeczy trzyma w kremowej torebce znanej włoskiej marki.
Historia: Lucia urodziła się 29 lutego 2008r. we Włoszech, jako jedyne, ukochane dziecko bogatego małżeństwa. Mieszkała z rodzicami w willi w jednej z bogatszych dzielnic Mediolanu, może stąd jej zamiłowanie do mody. Uczyła się w najlepszych prywatnych szkołach i niczego jej nie brakowało. Jej rodzice prowadzili dobrze prosperującą sieć korporacji, jednak Lucia nigdy nie wykazywała chęci do przejęcia ich biznesu. Od początku wiedziała, że chce zostać naukowcem i dokonać wielkich odkryć i w tym postanowieniu trwała cały czas. Była bardzo zdolną uczennicą, więc bez problemu dostała się na studia chemiczne, które ukończyła z wyróżnieniem. W 2030r. jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym, zostawiając jej firmę i cały majątek, włącznie z willą w Mediolanie. Lucia była załamana śmiercią ukochanych rodziców, więc sprzedała korporacje, a willę zostawiła babci. Sama przeprowadziła się na Ainelysnart, chcąc odciąć się od dotychczasowego życia we Włoszech. W pogoni za karierą udała się do miejsca, które wydało jej się idealne do wykorzystania jej całego potencjału i wszystkich umiejętności – Menthis Corp.
Umiejętności i zainteresowania: Interesuje się modą i urodą, czasem projektuje i szyje własne ubrania, umie sprawnie liczyć, jest dobra z chemii i nią się interesuje, oprócz tego uwielbia fizykę. Nie umie ugotować wielu rzeczy, poza tymi z włoskiej kuchni (czym jej babcia jest trochę załamana), oprócz tego interesuje się sztuką. Jest dobrym komputerowcem i ekonomistą. Interesuje się również wszelką technologią i nowinkami technologicznymi.
Partner: Zauroczona w Fionnie O'Reillym
Rodzina: Bardzo bogaci rodzice, którzy zginęli w wypadku samochodowym w 2030r. i z którymi Lucia była bardzo związana oraz babcia Luiza, która jest dla wnuczki podporą w trudnych chwilach, załamuje się jej brakiem umiejętności kucharskich i którą Lucia bardzo szanuje i kocha.
Przedmioty:
• Złoty pierścionek ze szmaragdem – pamiątka po matce, miała go na palcu w czasie wypadku, policja pozwoliła Luci go zatrzymać
Miejsce zamieszkania: Mieszka na Arenie Czwartej w wielkim apartamentowcu, na ostatnim piętrze. Jej mieszkanie urządzone jest w klasycznym stylu w stonowanych kolorach. Na ścianach wiszą obrazy autorstwa mamy Luci lub samej dziewczyny. Ma cztery pokoje – salon połączony z kuchnią, sypialnię, pokój gościnny i gabinet, nie wliczając w to łazienki.
Ciekawostki: 
• Jej ulubionym kolorem jest czerwony
• Uwielbia kawę w każdej postaci
• Pali papierosy
Kontakt: Cal538

Żetony:
Wykonane wyzwania: -

Poziom 1
Następny poziom:600
0

Od Calii cd. Camille

    Wyszłyśmy przed budynek i Camille odetchnęła z ulgą. Patrzyłam na nią poważnym wzrokiem, aż wycofałyśmy się poza zasięg kamer monitoringu. Wtedy przewróciła oczami, zatrzymała się i spojrzała na mnie z rozdrażnieniem.
– Co?
Z pełną powagą wyciągnęłam lekko rękę i popukałam lekko w jej czoło, pochylając się trochę. Camille zmarszczyła brwi.
– Czy możesz mi powiedzieć, o co ci tak właściwie chodzi? – westchnęła. Schowałam rękę do kieszeni i wzruszyłam ramionami.
– Sprawdzam tylko, czy nadal nic tam nie ma. Ale spokojnie, bez zmian, spokojnie możemy wracać do domu.
Dziewczyna spojrzała na mnie, jakbym była jakąś skończoną idiotką, po czym parsknęła śmiechem.
– Ja nie mogę, z kim przyszło mi pracować? – Pokręciła głową z dezaprobatą.
– Dobra, dobra. – Wyszczerzyłam zęby. – To co, idziemy do ciebie, prawda? Jest bliżej niż do mnie.
Brunetka zastanowiła się chwilę, jakby przypominając sobie o pustej paczce chipsów na stoliku czy innym, równie ciekawym "bałaganie", ale w końcu kiwnęła głową.
– Możemy – odpowiedziała i znów ruszyłyśmy przed siebie. Widziałam, że Camille kurczowo zaciska trzymaną w kieszeni rękę i domyśliłam się, że to właśnie tam ukryła kartkę, której wcześniej nie zdążyła mi pokazać. Przezornie nie pytałam o nią na ulicy. Gdy doszłyśmy Camille wpisała czterocyfrowy kod do furtki i otworzyła drzwi. Przeszłyśmy przez ogródek i weszłyśmy do domu.
– Więc? – zapytałam, gdy wyciągnęłam sobie lody z zamrażarki i rozsiadłam się wygodnie na kanapie. – Co za kartkę zgarnęłaś?
Camille wyjęła skrawek papieru i podała mi go bez większych emocji. Przynajmniej na zewnątrz. Spojrzałam na wycinek z gazety. Porwania londyńskich dzieci. Data się zgadzała.
– I myślisz że... – zaczęłam powoli. – Jednym z tych dzieci byłaś ty?
– Nie mam pojęcia – westchnęła Cam. – Muszę znaleźć swój akt urodzenia. Ten... prawdziwy. Wiesz, coś musieli zapisać w szpitalu.
– Dobry pomysł. To możesz poszukać.
– A ty to niby co?
Uniosłam brew.
– A która godzina?
– 17:27.
Zamarłam w pół ruchu łyżki z lodami do ust.
– Co? – zdziwiła się Camille.
– Cholera jasna. – Odstawiłam lody na stół.
– Halo, ziemia do Calii, co jest?
– Muszę lecieć – odpowiedziałam, w pośpiechu nakładając buty. – Za trzy minuty mam egzamin z psychometrii.

(CAM? :>)

18 czerwca 2018

Veela aka "Wdowa"

Imię: Veela, częściej zwana "Wdową"
Płeć: Kobieta
Rasa: Posiadacz wilczego genu - Code:W
Wiek: 23 lata
Typ: Walczący
Cechy charakteru: Veela nie odzywa się za często (chyba że zaliczyć ciągłe niezrozumiałe mamrotanie pod nosem). Właściwie najwięcej mówi podczas napadów szału, w których to klnie na czym świat stoi. Właściwie jej nienawiść do Watahy pozwoliła jej przetrwać tak wiele badań, testów i prób. Zazwyczaj posłuszna, gdyż wie, jaka kara może ją spotkać. Szybko się uczy. Miewa wahania nastroju, wtedy często płacze, jednak nigdy nie zdarzają się one podczas walki.
Historia: Na początku pobytu w laboratoriach wielokrotnie wahała się, czy na prawdę chce tu być. Kilka razy nawet planowała ucieczkę, nie miała celu, jak pozostali. Eksperymenty sprawiały jej przykrość, nie pragnęła siły. To się zmieniło po zakończeniu bitwy o Olimp. Zabrano tam ich, by zidentyfikowali zmarłych i stwierdzili, czy udało się zabić wszystkich. Tam ujrzała osobę, którą niegdyś kochała - Antilqusa. Była przerażona i wściekła. Wściekła na ludzi, że go zabili. Jednak w momencie, w którym chciała się obrócić przeciw nim powstrzymał ją sam premier Leniniewski. Rozmawiał z nią długo, powiedział, że członkowie watahy zostawili jej ukochanego na śmierć, przekierował jej złość na Alphę, na Mixi. Teraz właśnie ona jest celem wadery. Trafiła pod "opiekę" Jamesa i od tego czasu ten stara się ją wytresować.
Moce i umiejętności: - zmiana w człowieka, jednak rzadko jej się to udaje - ma bardziej wyczulone zmysły, jest szybsza, silniejsza niż na to wygląda. - stara się odkryć resztę swoich umiejętności z pomocą von Alwasa
Poziom: 1
[0 exp]

| Siła: 1 | Zręczność: 1 | Szybkość: 1 | Moc: 1 | Spostrzegawczość: 1 | Wytrzymałość: 1 | Refleks: 1 |

Właściciel: James von Alwas

Od zegarka do prawdy - Akiro, James Somniatis

  Legenda:
Somniatis
Akiro
James

Somniatis stał bez ruchu, czekając na to, co się wydarzy.
Ja tylko się uśmiechnąłem.
- Dzięki, dam sobie rade.
- Cudownie - rzucił James - W takim razie myślę, że nasze drogi w tym miejscu się rozchodzą
- Otworzę panu drzwi - zaoferował Somniatis, już ruszając w kierunku wejścia.
- Oj jeszcze się spotkamy.
- Nie trzeba - odparł von Alwas szybko, po czym skinął głową na pożegnanie - Zapewne do zobaczenia
- Jak otworzysz zamknięte drzwi na klucz?
Somniatis uśmiechnął się i jednak podszedł do drzwi. Zamek szczęknął i wyjście ze sklepu stało przed Jamesem otworem.
- Dziękuję za współpracę. - dodał Dr na koniec, po czym wyszedł, tym samym zanurzając się w tłumie i gwarze miasta.
Usiadł na blat 
- Spotkamy go w najbliższym czasie. - Powiedziałem od niechcenia.
- Dlaczego tak sądzisz? - Spytał ciemnowłosy, wyglądając przez szybę w ślad za SJEW-owcem.
- Przeczucie. - Odparłem sięgając po telefon i wybierając numer. - Halo, mam dla ciebie zadanko. Masz śledzić gościa piecze zniknie za 15 minut powodzenia - Po czym się rozłączyłem.
Atis spojrzał na Akiro i uniósł brwi, jednak nic nie powiedział. Zajął się za to dzwonkiem nad drzwiami, który był dla niego zagadką od jakiegoś czasu.
***
Bon był na ulicy i namierzył owego geniusza, facet wstąpił po drodze do sklepu.
James postanowił, że po wykonaniu zadania wstąpi na chwilę do spożywczaka. Czekało go jeszcze wiele godzin pracy w jednej z klinik, więc chciał zdobyć choć trochę energii. Szybko złapał z półki wafle ryżowe i awokado, po czym ruszył do kasy.
Przez mały przypadek chłopak zderzył się z sjewowcem na zewnątrz, przy sklepie.
- Przepraszam.
- Nic się nie stało. - rzucił, po czym ruszył zdecydowanym krokiem w stronę kliniki.
Bon otrzepał się i trzymał dystans od chłopaka. Widział, jak wchodzi do wielkiego budynku.
James wchodzi do kliniki. Ma telefon.
"Jak to stamtąd wyszedłeś? Miałeś ich zrewidować idioto! Co? Nie dotarło do ciebie? Kto ci przekazywał informacje? ...aha, ten idiota. Dobra. jesteś usprawiedliwiony. A teraz bierz cztery litery i z powrotem masz!"
Zadzwonił do Akiro ze on wraca na miasto
***
Somniatis kolejny raz trącił dzwonek, wsłuchując się w jego brzmienie. I kolejny raz go usłyszał. Dlaczego więc, gdy pracował nad zegarem z kukułką to mu umknęło?
- Akiro, słyszysz dźwięk dzwonka? - spytał, rzucając spojrzenie do będącego za ladą chłopaka.
- Ledwo co, cichy jest. Możne go wymienimy. - Mówił jak zadzwoniła mu komórka
- Alee... lubię go. - Atis westchnął i nagle drzwi się otworzyły, uderzając do w plecy i niemal przewracając.
- Proszę wybaczyć - powiedział James, stając na środku pomieszczenia. - I za drzwi i za drugą wizytę. Zostałem wyznaczony do rewizji tego budynku.
- Rewizji? - Powiedział Aki. - Wiedziałem, że się spotkamy, ale żeby tak szybko? - Zaśmiał się.
Atis westchnął.
- Za godzinę ma przyjść ważny klient... może pan się pośpieszyć? - poprosił, siląc się na uśmiech. Dla tego ważnego klienta nie miał nawet gotowego zegarka, co tym bardziej sprawiało, że wolałby nie zamykać ponownie sklepu.
- Dla mnie szybkie wykonanie tego zadania jest równie ważne  jak dla pana. Parter myślę że uda się zrewidować w godzinę. Czy jest jakieś wejście na pierwsze piętro?
- Da się tam dostać tylko z klatki schodowej w sąsiedniej kamienicy. Nie mam do niego niestety dostępu. - Atis odwrócił tabliczkę na drzwiach z "otwarte" na "zamknięte" po raz drugi tego dnia. - Chce pan zacząć tutaj, czy od zaplecza?
- Chyba zacznę na zapleczu. - rzucił James i ruszył w stronę drzwi po drugiej stronie pomieszczenia. Nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Mężczyzna znalazł się w niezbyt długim korytarzu, po którego obu stronach znajdowało się w sumie troje drzwi, a który kończył się pustą framugą, za którą widać było kawałek szafki ze zlewozmywakiem.
Somniatis stanął za Jamesem, chcąc być w pobliżu mężczyzny, gdy jego rzeczy będą przeglądane. Rzucił jeszcze umyślnie zdenerwowane spojrzenie Akiro chcąc mu przekazać, że nie wie dokładnie co znajduje się w pokojach.
- Wszystkich nie używamy, nawet do nich nie zaglądaliśmy jeszcze porządnie. - odparł.
- Nie interesuje mnie to zbytnio. - rzucił w odpowiedzi. - Jest wasz, więc muszę go zrewidować. Przykro mi, takie są procedury. James skierował swe kroki ku pierwszym drzwiom.  Gdy wszedł do środka, jego oczom ukazała się niemała rupieciarnia. W sumie jedynym czystym fragmentem pomieszczenia było łóżko przy jednej ze ścian. Prowadziła do niego ścieżka przez cały bajzel. I to właśnie nią ruszył Dr. Westchnął ciężko, założył skórzane rękawiczki i zabrał się za przeglądanie rzeczy. Większą część pomieszczenia stanowiły zegary, małe i duże, te na ścianę i te na nadgarstek, te stare i te nowe. Jednak von Alwas szukał czegoś innego.
Ciemnowłosy oparł się o framugę drzwi, przyglądając się poczynaniom SJEW-owca z uwagą. Patrząc na dżunglę, która rozrosła się w jego pokoju na prawdę nie był pewien czy nie znajduje się tam coś, co zwróci uwagę mężczyzny. Miał też nadzieję, że w tej stercie nie zakręciły się jakieś materiały wybuchowe, które produkował dla watahy lub inny nielegalny sprzęt. Przelotnie pomyślał, że nie zdziwiłby się, jakby James znalazł tam zaginiony portret Mona Lisy.
Odbił się z lagu i podszedł 
- Jak pan znajdzie zabawkę dla mojego znajomego, dzieciaka niech  pan powie.
Umysł Jamesa podzielił się dokładnie na pół jeśli chodziło o tematykę jego myśli. Pierwsze pół szperało z jego dłońmi w przedmiotach, drugie pół łączyło fakty. Zaraz. Znajomy dzieciak. Dzieciak, który na niego wpadł. Gdy wychodził z kliniki wydawało mu się, że widział jego twarz w tłumie. 
- Zapamiętam - rzucił tylko w odpowiedzi do Akiro. 
- A tak z ciekawości, którym oddziale się znajdujesz James?
- Oddział ds. opieki nad obiektami. - rzucił nie zaszczycając pytającego nawet spojrzeniem.
- No to fajna fuchę masz. Zwierzaki dają ci w kość czy co tam macie.?
- Jako, że jesteśmy na wyższym pułapie w ewolucji, a nasza inteligencja, przynajmniej u niektórych, jest ponad przeciętną, to śmiem twierdzić, że nie dają w kość. Przynajmniej ja tego nie odczuwam.
- Rozumiem. - Jego dedukcja była ciekawa - Ciekawie, że akurat wysłali ciebie.
- Mnie również to ciekawi. Mam lepsze rzeczy do robienia, z całym szacunkiem - odparł, po czym skonfiskował kolejny dziwny przedmiot.
- Pewnie na górze maja niezły bałagan, skoro cie tu dali, albo co innego.
- Kto wie.
Akiro wszedł do środka i zabrał nakręcane zwierzaki i 3 zegarki
- Musze je zanieść, bo spóźnię się z dostawą.- Powiedział, wychodząc z pomieszczenia.
- Skończyłem. - James wstał, minął Somniastisa i przeszedł do kolejnego pokoju, gdzie rutyna rozpoczęła się znowu. Wziąć, przejrzeć, odłożyć. I tak w kółko. Tenebris ruszył za nim i ponownie stanął w drzwiach, patrząc dziwnym wzrokiem na intruza. 
W pokoju Tiffany nic się nie zmieniło, odkąd zniknęła. Ciemnowłosy patrząc, jak SJEW-owiec przegląda jej rzeczy czuł się dość dziwnie i nieprzyjemnie. Wolałby, by nikt ich nie dotykał, by nikt nic nie ruszał. Przecież dziewczynka nie chowała przecież przed nim podejrzanych przedmiotów... prawda? PRAWDA?!
Polazł do miasta, by oddawszy rzeczy zebrane z pokoi, których nie przeglądnął, po czym wrócił. Szybko mu to zeszło.
James zajrzał pod łóżko zaginionej. Pod warstwą kurzu coś błysnęło... wyciągnął spod łóżka sporej wielkości metalowe pudełko. Było zamknięte na kłódkę. 
- Czy wie pan, gdzie może znajdować się klucz od tego? - spytał. - Jeśli nie, będę musiał sobie poradzić innymi metodami. - spojrzał na Tenebrisa wyczekująco.
Mężczyzna poczuł lodowate ciarki na plecach. Nie miał pojęcia, że to tam było, a emanująca od tego ciemna aura wskazywała, że w środku znajduje się zapewne jakiś przedmiot, przywleczony przez dziewczynkę z jej wymiaru. Przełknął ślinę i pokręcił przecząco głową.
Wszedł i zamknął drzwi, podszedł do Som.
- Hm. No cóż. W takim razie wezmę je ze sobą. Może pan zostać powiadomiony o tym co było w środku lub... jeśli panu zależy, może pan pojechać i obserwować otwarcie tego pudełka. Więc?
Mężczyzna rzucił spojrzenie na Akiro, który właśnie pojawił się w przedpokoju, po czym wrócił spojrzeniem do opakowania.
- Chyba wolałbym przy tym być... - powiedział cicho i dość spokojnie, mimo że bał się chwili, w której kłódka zostanie złamana.
(C.D.N)

Od Jamesa cd. Somniastisa, Akiro

       James podniósł wzrok znad dokumentów i zmierzył przenikliwym spojrzeniem Somniastisa. Zastanawiał się przez chwilę, czy użyć jakichś słów pocieszenia, jednak zrezygnował z tego pomysłu na rzecz ciszy. Przewrócił stronę w pliku kartek, które trzymał, gdy do pokoju wrócił Ori. Postawił przed oficerem kubek herbaty. Ten, podziękował skinieniem głowy. Złapał w dłoń gorący przedmiot i wypił łyk herbaty.
- Więc... - zaczął Somniastis, minimalnie zestresowany niechcianą wizytą SJEW-owca. - Czy moglibyśmy się dowiedzieć, jaki jest powód pańskiej wizyty? -  W tym momencie von Alwas wyciągnął z kieszeni na piersi czarne pióro wieczne.
- Otóż to. Z powodu dokumentów. Z moich informacji wynika, że zamierza pan opuścić SJEW...
- Właściwie już to zrobiłem - rzucił twardo Akiro.
- Mhm - mruknął Dr. - Proszę tylko o pański podpis w kilku miejscach.
- Po co?
- Dopełnienie pańskiej rezygnacji z pełnienia służby. - James miał minę na granicy sztucznego uśmiechu i zwykłego znudzenia. Położył na stoliku dokumenty, odwrócił je tak, by były naprzeciwko Akiro - Tutaj, tutaj i tu - wskazał trzy miejsca, po czym podał mu swoje pióro. Brązowowłosy wziął je w dłoń. Przez chwilę zastanawiał się, czy na pewno się podpisywać, a jego ręka zawisła w powietrzu. Po chwili jednak złożył podpisy. - Dziękuję - rzucił James, gdy Ori oddał mu jego pióro. - To chyba wszystko. - skinął głową i wstał z kanapy. Gdy już zebrał dokumenty, schował je do teczki. - A właśnie. Dobrze radzę panu nie pokazywać się reszcie organizacji przez jakiś czas. To mogłoby się źle skończyć.
- To groźba? - Akiro również wstał i zmrużył oczy. Powstał również Somniastis, jakby spodziewał się, że Ori rzuci się na przybysza. James wzruszył ramionami.
- Dobra rada.
-...
(Somniastis? Akiro?)

Od Camille cd. Lorema

    Zerknęłam na mężczyznę, który pomógł złapać psa. Nie wyglądał za dobrze, jakby był pielgrzymem, który przemierzył już wiele kilometrów. Wydawało mi się również, iż nie za bardzo rozumiał co do niego mówię.
- Wszystko w porządku? - przeszłam na angielski, jako bardziej uniwersalny język.
- Tak - odparł po chwili.
- Dziękuję za złapanie mojej kochanej Roki - wtrąciła łamaną angielszczyzną starsza pani, głaszcząc pieska po głowie.
- To naprawdę nic takiego - rzucił mężczyzna, zaczynając zbierać swój bagaż.
- Dokąd pan idzie? - spytałam z ciekawości.
- Do Rzymu. - musiałam mieć dziwną minę, bo dodał - O co chodzi?
- Umie pan mówić po włosku?
- Tak? - uniósł brew, jakby zastanawiał się o co chodzi.
- Em... Tak się składa, że ja też zmierzam do Rzymu, ale niestety z włoskim radzę sobie tak średnio... czy byłaby możliwość... to jest... czy mógłby pan może, gdy już tam dotrzemy... pomóc mi w jednej sprawie? Byłabym niezmiernie...
- Nie mam pieniędzy na bilet - przerwał mi. - Chyba że pani również podróżuje piechotą. - już miałam odpowiedzieć, gdy znów wcięła się starowinka stojąca niedaleko.
- Ja mogę za ciebie zapłacić, młodzieńcze! Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby moja kochana psinka uciekła! To byłby koniec mojego życia! Dlatego proszę mi pozwolić zapłacić w ramach podziękowania. - Uśmiechnęłam się. Wszystko szło gładko i cudownie. Jeżeli dalej by tak było, udałoby mi się znaleźć pana Impsuma jeszcze prościej.
- Widzi pan. Proszę nie odmawiać, panie... - zrobiłam sugestywną pauzę, w nadziei, że się przedstawi.
-...
(Loruś? Kłamiesz czy niee? ;3)
Szablon