Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miyashi Kamitsuruyoshi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miyashi Kamitsuruyoshi. Pokaż wszystkie posty

1 lutego 2021

Od Miyashi c.d. Kierownika

 Uniesienie podbródka ujawniło coś więcej. Coś, co dobitnie świadczyło o 9, co ze mną się działo.
Najmocniej rzucały się w oczy kolejne czerwone i jasnoróżowe ślady, ale też ślad po zbyt ciasno założonej obroży przez bardzo długi czas. Gdyby nie zdejmowanie jej od czasu do czasu, to miałabym ją wrośniętą w ciało. Chwilę obejrzał wszystko, później zabrał się za ręce opatrując je dosyć dokładnie po odkażeniu. Robił to dokładnie, starał się widocznie – trudno było temu zaprzeczyć. Podobnie trudno było wytrzymać mocne pieczenie od środków dezynfekujących rany.
- Gotowe – powiedział po chwili. Miałam bandaże na rękach i szyi pod którymi były wszystkie rany i inne uszkodzenia.
- Dziękuję, dobra robota – powiedział ten wyższy, który mnie oprowadzał. Znowu schowałam ręce, już zabandażowane, a następnie poszłam za nim dalej. Oby już nie poruszał tego tematu… Chciałam o tym nie myśleć. Przynajmniej nie teraz, bolało mnie to bardziej niż wtedy, gdy to się działo. Gdzie teraz pójdziemy – nie wiedziałam, najbardziej chciałabym znaleźć się gdzieś, gdzie nikogo nie zobaczę przez wieki. Gdzie będę mogła zająć się tylko sobą i będę bezpieczna, bez zagrożenia bycia porwaną, zgubienia się czy innych nieprzyjemności. Chciałabym być wreszcie wolna!
W pewnym momencie znowu zauważyłam, jak prowadzący mnie człowiek potknął się. W ostatniej chwili przed upadkiem złapałam go, by ograniczyć siłę uderzenia.


(Panie kierowniku?)


15 września 2020

Od Miyashi cd. Kierownika

Mieć łóżko koło Emi? Byłoby mi bardzo miło… A swoją drogą, wtedy po raz pierwszy widziałam tego pana, który się mną zajął – wtedy, gdy ją poznałam. Mówiła coś o jakimś domu przy naszym pierwszym spotkaniu, ale nie pomyślałabym, że tutaj też się znajdę...
Natomiast ten, który mnie tu przyprowadził, wydawał się być miły i nie wyglądał na takiego, który zaraz coś by mi zrobił. Może się mylę, ale w tej chwili nie wydaje mi się, że skoczy na mnie i sprzeda na organy. Jeśli miałby to zrobić, Eali by już nie było. Miałam teraz tylko nadzieję, że jest, chociaż nawet jej obecność nie gwarantuje, że będzie mi tu miło. Może być tak, że wezmą mnie jak inni, jako pokojówkę na łańcuchu.
Mimo niepokoju, na pytanie o wyjście stąd pokiwałam głową lekko, żeby wyjść. Powoli się podniosłam i niepewnie szłam z nim do pokoju, w którym będę spać. W tej chwili nie widziałam tam nikogo, ale było widać które łóżka są wolne, a które nie. Te zajęte były na szybko układane, a często miały na sobie coś charakterystycznego w formie przytulanki. Nie wszystkie, ale część, która nie miała tego, była rozpoznawalna po ułożeniu pościeli. Dostałam łóżko tam, gdzie leży moja koleżanka, a przynajmniej tak twierdził ten ktoś.
- To łóżko jest całe dla ciebie – uśmiechnął się do mnie. Ja na niego patrzyłam dalej niepewnie. Do łóżka nie podeszłam bojąc się zniszczyć jego idealne ułożenie, którego nie będę umieć odtworzyć. Chwilę tak się w nie wpatrywałam i cichutko powiedziałam:
- Dziękuję...
- Nie chcesz sprawdzić, czy wygodne? – odsunął kołdrę jakby chciał, bym się położyła. Przynajmniej mi tak zawsze rodzice odsuwali, gdy byłam bardzo malutka. Przez chwilę na niego popatrzyłam, po czym zdjęłam buciki i się położyłam. Nie było niewygodne, ale było nie moje. Zawsze to czułam od dnia porwania... Dopiero w swoim łóżku czułabym się dobrze, przynajmniej jeśli o sen chodzi.
- I jak się w nim czujesz? Wygodnie?
Nieśmiało przytaknęłam, by go nie martwić ani nie złościć. Powoli się podniosłam, ale gdybym mogła, z pewnością poszłabym spać już teraz. Było wczesne popołudnie, ale chciałam spać już teraz... Po podniesieniu się założyłam buciki z powrotem.
(Kierowniku? Albo ktoś inny z Domu?)

7 września 2020

Od Miyashi c.d. Halvarda i Kierownika

Lekko się obracałam wokół szukając Lili, której szukał nowo przybyły. Nie znałam nikogo, ale na pewno chcieli czegoś ode mnie… Chciałam zniknąć, a zaistniałam jeszcze bardziej…
Jedyne co, to tego, który przyszedł, kojarzyłam. Wtedy, na placu zabaw… Wywrócił się, a inni pomogli mu się podnieść. Tak samo teraz, leżał na ziemi, ale nikt mu nie pomagał. Wtedy ja spróbowałam to zrobić i niepewnie złapałam go za rękę. Wciąż był mi nieznajomy, ale kojarzyłam go. Nie mogłam patrzeć jak tak leży, jeszcze przy tym uzbrojonym w katanę kimś. Widziałam jego wściekły wzrok, ale jakby coś ode mnie chciał, to już bym miała nieskończony spokój, którego od tak dawna pragnę. Dalej czuję wszystko, a nieznajoma mi istota, która zwykle była przeze mnie spotykana na placu zabaw z różnymi dziećmi, była na nogach.
- Chodź, Lili… - wziął mnie za rękę i poszliśmy w kierunku, z którego przyszedł.
Za nami usłyszałam jeszcze jakieś burczenie niezadowolenia, ciche warknięcie i odgłos odjeżdżającego samochodu. Miałam nadzieję, że już nie spotkam tego kogoś ani razu więcej… Czego on chciał?
Dłuższą chwilę zajęło przejście do znajomych miejsc, chociaż krok nasz był szybki – między innymi przechodziliśmy obok placu zabaw, na którym bawiłam się z pewną dziewczyną z niedaleka i właśnie tam ten nieznajomy, który mnie prowadził, upadł i go podnosili. A może powinnam uciekać? Co będzie, jeśli w rzeczywistości jest gorszy od tamtych? Nie wydaje się, ale pozory mylą.
Z tej niepewności ręce mi drżały, a głos się łamał, czyli byłam bardzo bliska płaczu, którego już nie powstrzymam. Jeszcze sobie radziłam, by nie dać się usłyszeć, ale byłam na granicy i zaraz będę musiała naprawdę uciec i się schować, ale tym razem lepiej. Nie mogę więcej dać się znaleźć nikomu.
Ale uciec nie zdążyłam – wprowadził mnie do pewnego budynku, o którym tylko słyszałam, a mianowicie dom dziecka. Zwykle u mnie się śmiano z dzieci stamtąd, bo „nie miały rodziców”. Mnie to nie śmieszyło, a teraz wręcz sprawia, że jeszcze bardziej się rozpłaczę. Często ich wyzywano od wpadek i patologii, bo albo ich zabrano z rodzin, które nie nadają się do wychowywania dzieci, albo byli oddawani, często świeżo po urodzeniu, a czasem też później, gdy ktoś taki podrósł. Czasem starsza siostra mnie straszyła, że rodzice chcą to samo ze mną zrobić i gdyby żyli, teraz by się śmiali, bo naprawdę tu trafiam. Przynajmniej wszystko na to wskazuje.
Przyprowadzający mnie usiadł przy biurku w pewnym gabinecie, do którego mnie zaprowadził i spokojnym głosem zapytał:
- Jak się nazywasz?
Czy odpowiadać naprawdę, czy coś zmyślić? A może powiedzieć to, jak on chce mnie nazwać? Nic mi przez gardło nie przechodziło. Oczy za to zalewały się łzami, a żeby to ukryć, skuliłam się pod krzesłem szybko tam się wślizgując. Nie chciałam, by ktokolwiek mnie widział, dalej chcę zniknąć. Gdybym mogła coś zrobić, by nie istnieć, zrobiłabym to od razu. Jedyne, co z siebie w tej chwili wydawałam, to ciche szlochanie. To jest za trudne... Nie wiem, czy mogę mu ufać i czy nie chce mnie znowu gdzieś sprzedać...
- Co się dzieje, malutka?
Usłyszałam już cichsze pytanie od niego, zaraz obok mnie. Mówił tak spokojnie, że wydawało mi się, że naprawdę nie chce źle. Prawdziwych intencji i tak pewnie nie poznam tak od razu.
- Mi... ya... – zaczęłam ze swoim prawdziwym imieniem. Nazwiska na pewno nie podam, bo jest za długie, bym mogła je w tym stanie wypowiedzieć.
 
(Panie Kierowniku?)

23 sierpnia 2020

Od Miyashi - "W nie swoim świecie"

Dzisiaj Camille zabrała mnie na zakupy – pierwszy raz od dawna zobaczę jak tutaj wyglądają centra handlowe. Czy są znacząco inne od tych, które były u mnie? I tak nie zrozumiem większości napisów, ale chociaż coś poznam. Może obrazki coś pomogą?
Ubierając się, przed wyjściem musiałam mieć swoje uszka i ogon schowane. Aby to było możliwe, dostałam kapelusz od Camille, a ogon miałam przywiązany solidnie do nogi wstążką. A już na zewnątrz cały czas trzymałam ją za rękę, do samego celu, którym było centrum handlowe.
Wielkie, ale nie tak bardzo obklejone ekranami, za to z przeszkleniami i, jeśli dobrze się domyślam, nazwami sklepów. Czy coś znaczyły? Nie wydaje mi się, a nawet jeśli, to nie rozumiem tego. Niewiele się zdołałam ich języka nauczyć, co było dla mnie co najmniej nieprzyjemne. Gdzie się nie obejrzy, coś, czego się nie zna albo wręcz nie umie przeczytać. Natomiast próby przeczytania niektórych były wręcz zabawne...
Weszłyśmy do części sklepowej z koszykiem i zaczęłyśmy zbierać jedzenie, które nas interesowało – właściwie bardziej Camille, bo ja nic nie widziałam dla siebie. Tyle nieznanych produktów... Z owoców i warzyw tylko niektóre znałam, a część była produktami, które zwykle były na półkach z żywnością zagraniczną. Zadziwiona patrzyłam co tutaj jest, próbowałam poznać o co z tym wszystkim chodzi... aż się odwróciłam. Wokoło mnie nikogo nie było. Pobiegłam na jedną stronę półek, nikogo nie ma. Na drugą – znowu to samo. Jak to, przecież by mnie nie zostawiła... Powiedziałaby... prawda...? A jeśli jej coś się stało...? Przebiegłam się jeszcze między kolejnymi półkami, ale i tam jej nie było. Zaczęłam od wtedy chodzić po całym sklepie – od elektroniki do pieczywa przez inne działy, co było męczące. Przy tym omijałam wszystkich innych jak się dało, bo co, gdy mnie ktoś o coś zapyta?
Zmęczona po około godzinie i ze łzami w oczach wyszłam ze sklepu i starałam się iść w kierunku znanych mi miejsc, ale zgubiłam się zaraz za wyjściem z centrum. Może mapa by się przydała? Na pewno byłoby coś charakterystycznego, co pozwoliłoby mi odnaleźć drogę... Jedyne co, to nie ma tu mapy. Co robić? Już kręci mi się w głowie, brakuje mi powietrza i czuję mrowienie na twarzy. Powoli musiałam chwycić się czegoś, by się trzymać na nogach... Skoro i tak się nie utrzymam, wolałabym upaść gdzieś, gdzie będę bezpieczna.
Chwiejnym krokiem i powstrzymując się od oddychania kierowałam się po prostu przed siebie. Zaraz upadnę... Z zaciśniętymi zębami skierowałam się do niezbyt uczęszczanej uliczki – tam przeczekam to, co mi się dzieje... Albo skończę tam...
(Kto chętny?)

13 sierpnia 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Dalej czułam na swoich policzkach łzy. Wprawdzie już otworzyłam oczy, ale dalej mi z nich ciekły łzy. Widziałam tylko Camille, ale nie byłyśmy w jej domu. Na pewno było to inne miejsce. Ale jej obecność działała na mnie uspokajająco. Jeszcze jak trzymała mnie za rękę to już nie bałam się tego miejsca tak bardzo. Chociaż i tak się bałam… Gdzie byłyśmy? Jeszcze chwilę temu pamiętam, jak byłyśmy w domu. Camille spała i lekko mnie tuliła. Ja też się do niej zaczęłam tulić.
Pomieszczenie było małe, dużo w nim było bieli. Przy próbie wtulenia się troszkę mocniej w Camille poczułam szarpnięcie – była to aparatura, do której ktoś mnie podłączył. Czyli… byłam w szpitalu? Miałam tylko nadzieję, że Camille ze mną zostanie... Nie dałabym tu sama rady. I bez tego boję się, ale obecność dziewczyny pomaga mi się uspokoić. A przynajmniej dzięki niej tu wytrzymuję. Wtulałam się w nią dalej, a swój ogon owinęłam wokół niej, ale ostrożnie, by jej nie obudzić. Spokoju nie dawało mi tylko to, że słyszałam zmieszane głosy wielu ludzi wokoło. Różne, ale były głośne. Wydawało mi się, że wokoło nas ktoś jest, choć nikogo nie widziałam. To spowodowało, że wtuliłam się mocniej. Poczułam jeszcze jak Camille się budzi.
- Jak ci się spało, kruszynko? – szepnęła.
Przetarłam tylko oczy z resztek łez, po czym odpowiedziałam:
- D-dobrze…
Tak naprawdę nie chciałam jej martwić. Nie powiedziałam jej wszystkiego, bałam się, że przeze mnie się znowu gorzej poczuje. Chociaż nie mogłam ukryć tego, że moje oczy jeszcze są przeszklone.

(CAMILLE?)

5 lipca 2018

Spotkanie na placu zabaw - Miyashi, Ealimiriel i Boni

    Legenda
Miyashi
Ealimiriel
Boni

Aki był zajęty wiec wyszedłem na zewnątrz, kopiłem sobie loda i poszedłem do najbliższego parku zabaw.
Kierownik potknął się i wylądował w płocie. Kilka osób rzuciło się, by mu pomóc, więc Ealimiriel uznała, że nie powinna się w to mieszać i ruszyła w kierunku swojej ostatniej kryjówki pod zjeżdżalnią. Ciekawe czy tamta dziewczynka znowu przyjdzie.
Miyashi znowu wyszła z Camille. W to samo miejsce, ponieważ dziewczyna, sprawująca opiekę nad Miyu uznała, że dobrze będzie, gdy ta będzie mogła się pobawić z innymi. Weszła do środka, tak jak ostatnio, a Camille była na ławce w pobliżu. Widząc, że dzieci zajmują się kimś, kto się przewrócił, na chwilę się zatrzymała. Chciała pomóc, ale za bardzo bała się podejść. Widząc, jak osoba się podnosi, poszła do piaskownicy próbując być niezauważona.(edytowane)
Boni huśtał się na huśtawce, patrząc w niebo.
Jasnowłosa dziewczynka przemknęła koło kryjówki Eali i wylądowała w piaskownicy. Satyrka rozejrzała się, a nie widząc nikogo zbyt blisko, podążyła w ślad za tamtą. Nawet nie znała jej imienia, jednak cieszyła się, że znowu się spotykają. Weszła powoli do piaskownicy uważając, by tym razem nie przestraszyć znajomej.
Jeszcze się nie zamyśliła na tyle, by nie usłyszeć jej przejścia. Ruszyła uszkiem lekko, po czym odwróciła się. Poznała ją, a na jej twarzyczce pojawił się szczery uśmiech.
Wyraz twarzy dziewczynki ucieszył Miriel, co odbiło się delikatnym cieniem również na jej twarzyczce.
- Miałam nadzieję, że się tu spotkamy - powiedziała cicho i usiadła koło dziewczynki. - Powiedz mi, jak masz na imię?
Wtedy dziewczynka odpowiedziała równie cicho. - Miyashi... A ty?
- Ealimiriel... - satyrka zawstydziła się trochę wypowiedzenia swojego imienia i jej policzki zaczerwieniły się. - Ale możesz mi mówić Emi.
- Śliczne masz imię... - odpowiedziała. Próbowała je kilka razy powtórzyć, by się upewnić, że go nie przekręci. Czy szło jej to tak źle...? Może nie wypowiadała tego idealnie, ale też nie przekręcała nadmiernie.
Policzki Eali znowu zrobiły się czerwone, tym razem z wesołości, która odbiła się w jej oczach, nie dotykając jednak wyrazu twarzy. 
- Ty też masz ładnie imię. Egzotyczne.
- D-dziękuję... - powiedziała, trochę się jąkając przy tym. Nie była przyzwyczajona do słuchania komplementów na swój temat. Lekko się też zarumieniła
- Pochodzisz z daleka? - zagadnęła z zaciekawieniem Miriel. Właściwie to ciekawiło ją wszystkie, związane z tą niecodzienną, wilczą dziewczynką.
- Nie wiem... nie wiem jak stamtąd tutaj jest daleko... - próbowała jej odpowiedzieć, ale nie znając swojego położenia, nigdy nie słysząc o tym miejscu też, było ciężko. Jedyne, co wiedziała, to że z Korei się leci długo. A z Japonii pewnie jeszcze dłużej. - M-myślę... że... że z daleka...
Boni po zjedzeniu loda wywalił papierek do pobliskiego śmietnika, i poszedł  na ślizgawkę, po dłuższej chwili zainteresowawszy się dziewczynami w piaskownicy.
- Może jak mi powiesz skąd, będę mogła określić czy to daleko - Eali zastanowiła się przez chwilę, grzebiąc palcem w piasku. Nie była dobra w zapamiętywaniu faktów, jednak lubiła przeglądać różnego rodzaju książki i mimowolnie wiele rzeczy zostawało w jej pamięci.
Myśląc o tym jej oczka się przeszkliły, ponieważ zachciało jej się płakać. Dlatego się odwróciła troszkę, by nie było tego widać. Starała się mówić wyraźnie, ale powstrzymywanie płaczu powodowało, że zamiast płynnej wypowiedzi dało się usłyszeć dukanie. - Z... J-Ja...po... nii...
- Japonia? Kawałek spory stad jest. - Powiedział Boni kucając na desce od piaskownicy.
Eali odskoczyła zaskoczona i przestraszona, brudząc swoje ubranko w piasku, słysząc nieznajomy głos. I to głos chłopca.
Miyu też odskoczyła. Zajęta rozmową nie była tak czujna, więc nie usłyszała chłopaka jak podchodził. Jej serduszko biło bardzo szybko, a mimo obecności nieznajomego łzy i tak cisnęły jej się do oczu. Po podniesieniu się i otrzepaniu z piasku, odwróciła się, by ukryć łzy
- Przepraszam nie chciałem was wystraszyć. - Powiedział boni siadając na piasku. - Jestem Baks, Ale mówcie mi Boni.
Miriel, która otrząsnęła się trochę z szoku gwałtownie poderwała się na równe nogi i wyskoczyła z piaskownicy. W niezwykłym tempie pokonała połowę placu zabaw i zniknęła w jednym z domków do wspinania się.
A Miyashi nie wyskoczyła. Niby była w piaskownicy, ale przestraszona odsuwała się od nieznajomego. Nie mogła się nawet podnieść ze strachu.
Chłopak spojrzał zaskoczony i ściągną plecak by wyciągnąć z niego ciasta podobne do delicji.
- Chcesz trochę?
Nie przekonało to jej. Dalej się bała, a czując, jak pierwsza łza cieknie jej policzkiem, zaczęła uciekać, szukając kryjówki.
Chłopak zaskoczony nic nie zrobi zjadł ciastko i wrócił na huśtawkę.
Po drodze potknęła się i upadła na ziemię. Przy tym zdarła sobie troszkę ręce i kolana.
Upadek Miyashi podziałał na Eali jak hak, błyskawicznie wyciągając ją z kryjówki. Dziewczynka podbiegła do znajomej  i pomogła jej wstać, pytając przy tym, czy nie zrobiła sobie krzywdy.
Bon nie miał pojęcia jak zbliżyć się do dziewczyn.
Miyashi nic nie powiedziała. Powstrzymywała się od płaczu tylko, ale słychać było, że ledwo.
Bon bawił się z jakimiś dzieciakami.
Eali nie wiedziała co zrobić. Chciała jakość pomóg, jednak nie potrafiła uspokoić koleżanki, więc tylko podprowadziła ją do piaskownicy, z której nieznajomy chłopak zdążył się już ulotnić, i posadziła ją na krawedzi.
Dziewczynka schowała się za swoim ogonem, wtulając w niego. Przecierała jego końcem swoje oczka, by ukryć łzy, które ciekły z bólu. To nie był ból taki, jak normalnie. Do tego był wzmocniony przez kreski, które zrobiła sobie wcześniej.
- Zawołać kogoś, żeby ci pomógł? - zapytała satyrka, czując bezsilność wobec tej sytuacji. Wiedziała, że któreś z dorosłych będzie umiało zaradzić zranieniom. Nie chciała by Miyashi cierpiała.
-N-nie... Proszę... - szepnęła. Popatrzyła na nią, a potem się skuliła.
Boni nachylił się i spojrzał na dziewczynki.
- Co się stało? - spytał poprzednio stukając w kawałek drewna.
Malutka pisnęła, przewracając się do tyłu
- Nie boj się. Dam wam plasterki.
A ta znowu się skuliła... Bała się nieznajomego chłopca
- Twoja koleżanka ci nałożył.
Cały czas mocno się kuliła, drżała
Podał dziewczynce plastry i nie podchodził bliżej.
- Nie gryzę ale jak się boisz to nie podejdę.
Lekko ciągnęła noskiem, cały czas się kuląc. Popatrzyła na niego... Niby też miał uszka i ogon, ale nie był jej znajomy.
Chłopak usiadł na trawie po turecku. Koleżanka  zakleja jej rany na nóżkach.
Przyglądała się mu... Wydawał się przyjacielski... Ale bała się bardzo...(edytowane)
Chłopak ciągle się uśmiechał.
Podniosła się i odsunęła niepewnie
- Bawicie się w coś?
Pokręciła łebkiem
- No chyba że.
Po tym spuściła łebek smutno
Bon usłyszał jak go ktoś wołał, zostawił czekoladę i zniknął.
A ta popatrzyła za nim
C.D.N.

26 czerwca 2018

Spotkanie na placu zabaw - Miyashi i Ealimiriel

  Legenda:
Miyashi
Ealimiriel

Plac zabaw był całkiem spory. Z ciasnej kryjówki pod zjeżdżalnią Ealimiriel nie była w stanie zobaczyć jego końca. Tego dnia mieszkańcy Domu zostali zabrani tutaj, jako że pogoda była piękna i trudno było usiedzieć w dusznych pomieszczeniach sierocińca. Patrząc na tłumy bawiących się dzieci czuła się strasznie samotna, jednak nie mogła na to nic poradzić. Oparła głowę na kolanach i pogrążyła się w niewesołych myślach.
W tym samym czasie Miyashi z Camille wyszły na zewnątrz, by się tą pogodą nacieszyć. Jednak Miyashi nie wyglądała tak, jakby się cieszyła. Nie widać było jej emocji, więc i radość była dobrze ukryta. Kiedy Camille siadła na ławce w pobliżu, dziewczynka niepewnie weszła na plac. Przyglądała się dzieciom, które, przynajmniej w większości, wydawały się być szczęśliwe, zadowolone, radosne i tak dalej. Nie widziała tu dla siebie miejsca, więc wzdłuż ogrodzenia szła w miejsce, gdzie było wszystkich najmniej. Starała się przy tym nie wzbudzać niczyjego zainteresowania. A tym miejscem był przeciwległy kąt placu, gdzie była stara piaskownica. Wszyscy bawili się w tej nowej, z czystym piaskiem i kilkoma innymi urządzeniami. Ta stara była z już spróchniałego drewna i straszyła, a przynajmniej nie zachęcała. Nawet w niej nie było tego czyściutkiego piasku, tylko taki zmieszany z ziemią.
Eali kątem oka zauważyła nowego przybysza. Dziewczynka wyglądała, jakby przybcie na plac zabaw nie do końca ją bawiło. Unikała też spojrzeń dzieci i mijając je wybrała miejsce, w którym nie było akurat nikogo - starą piaskownicę. Miriel rozejrzała się, by zyskać pewność, że nikt inny nie zainteresował się przybyłą. Tak jakby wogle jej nie zauważyli. Dziewczynka odwróciła się tyłem do obserwatorki i zaczęła ruszać ramionami, jakby budowała jakiś zamek. Zaciekawiona tym satyrka wychynęła powoli ze swojej kryjówki i na swój nie rzucający się w oczy sposób ruszyła w kierunku piaskownicy.
Istotnie Miyu coś próbowała budować. Ale budowanie nie sprawiło jej ani trochę przyjemności. Na pewno nie tyle, ile we wcześniejszym dzieciństwie. Nie wiedziała co chce zrobić, co zamierza, co chce osiągnąć. Jedynie przesypywała piasek z jednego miejsca na drugie próbując coś wymyślić. Nie miała pomysłu, więc po dłuższej chwili tylko bawiła się piaskiem biorąc trochę do rączki, a następnie przesypując powoli.
Eali przysiadła na spróchniałym drewnie i wychyliła się przez ramię nieznajomej, by z zawodem stwierdzić, że ta nie buduje nic interesującego. Tylko przesypywała piasek z ręki do ręki. Satyrka westchnęła smutno i gwałtownie straciła równowagę. Pochyliła się do przodu, do tyłu, znów do przodu i poleciała twarzą prosto w brudny piasek, tuż koło bawiącej się piaskiem dziewczynki.**
Miyu podskoczyła ze strachu wypuszczając resztę piasku z ręki. Na szczęście ani trochę nie wysypało się na dziewczynkę koło niej. Wytrzepała rękę, po czym ostrożnie podniosła ją, następnie popatrzyła w oczy. Była bardzo przejęta poza strachem wynikającym z niespodziewanego przybycia jej. Normalnie usłyszałaby jak się zbliża, ale za bardzo się zamyśliła by to zrobić. Ostrożnie wytarła resztki piasku z twarzyczki satyrki i pomogła jej z powrotem usiąść na krawędzi piaskownicy.
- ...iękuję - powiedziała ledwo słyszalnie satyrka, tym razem profilaktycznie siadając na piasku. Była cała czerwona na twarzy, miała piasek w oczach, ustach i nosie. I chyba trochę pod ubraniem. Spróbowała go trochę otrzepać, jednak nie udało jej się pozbyć całego. Spojrzała na jasnowłosą dziewczynkę, która jej pomogła i nie mogąc się powstrzymać zapytała cicho: - Czemu przesypujesz piasek z ręki do ręki?
Dziewczynka poruszyła tylko uszkiem lekko opuszczając swoją głowę. Nie wiedziała dlaczego to robi, ale odpowiedź musiała jakąś dać. Ale jaką? Z nudów? Przecież były lepsze sposoby na zabicie nudy, jak na przykład czekanie w kolejce na wolną huśtawkę czy testowanie swojej wytrzymałości na siłę odśrodkową na karuzeli. Chciała coś zbudować, ale przecież tego nie robiła, choć miała gdzie i z czego. Całą piaskownicę miała wolną, mogłaby zbudować nawet całe Ainelysnart z piasku gdyby wiedziała co gdzie jest. Nikt by jej tego nie zburzył, nie byłoby żadnej kłótni o miejsce. Wtedy niepewnie i cichutko odpowiedziała: - Bez powodu...
Przez chwilę dziewczynka nic nie zrobiła. Nie była pewna, jak powinna zareagować na taką odpowiedź, jednak jakimś szóstym zmysłem poczuła sympatię dla tamtej bezcelowej dziewczynki i zapragnęła spędzić z nią chwilę czasu. Przez chwilę zbierała się na odwagę, po czym przysiadła się nieco bliżej tamtej i rzucając na nią niepewne spojrzenia również wzięła do rączek trochę piasku i zaczęła go przesypywać.
Miyu znów zaczęła to robić, a patrząc na nieznajomą robiącą to samo, lekko się uśmiechnęła. Prawdopodobnie ciężko byłoby ten uśmiech zobaczyć, pojawił się on na naprawdę krótko.
W ciszy obie dziewczynki zajęły się piaskiem. Nie była to jednak niezręczna cisza, a raczej przyjazna. Niespodziewanie Miriel krzyknęła: - Uważaj! - i szybkim ruchem zagarnęła trochę piasku z miejsca, w które właśnie druga dziewczynka wysypywała piasek. Eali odetchnęła z ulgą i ostrożnie odstawiła małą mrówkę na piasek, poza zasięg obu dziewczynek.
Miyashi aż odrzuciło do tyłu, a piasek z jej rączki wylądował za piaskownicą. Po chwili dopiero się podniosła. - C-co... się stało...?
- Mogłaś ją zabić... - to mówiąc ciemnowłosa wskazała małego robaczka, który właśnie znikał w spróchniałej obudowie. Zrobiło jej się trochę głupio, że powaliła nowo poznaną, jednak z drugiej strony nie mogła jej pozwolić skrzywdzić tego stworzenia.
Wtedy oczka małej zaczęły się szklić. Myśl o tym, że mogła zabić swoją zabawą niewinne stworzonko, zaczęła ją męczyć. A ile mogła wcześniej zabić, jak nieznajoma jej nie pilnowała? Szybko podniosła swój ogon, otrzepała z piasku i wtuliła w siebie.
Eali zrobiło się jeszcze bardziej głupio, ale postanowiła ułagodzić sytuację. Przesypywanie piasku nie było zbyt fascynującym zajęciem, jednak przez chwilę czuła, że nie jest sama. Usiadła przodem do tamtej dziewczynki i zaczęła:
- Na szczęście nic się nie stało...Nie powinnaś się tak martwić skoro nic się nie stało...
To było wszystko. Nie wiedziała co powiedzieć dalej, ani jak rozmawiać z towarzyszką zabawy.
Coś to dało. Powoli odłożyła swój ogon na miejsce, uważając tym razem na mrówki i inne małe zwierzątka. Następnie przetarła łzy ze swoich oczu i niepewnie popatrzyła na dziewczynę, która do niej przyszła.
Emi pokiwała główką, a jej smutna twarzy przybrała łagodny odzień. Cieszyła się, że tamta nieco się uspokoiła. Nagle coś wpadło jej do głowy.
- Nie jesteś od nas, prawda? Nie widziałam cię wcześniej...
- Pewnie nie... A co masz na myśli... mówiąc "od nas"...?
- Mam na myśli Dom - uściśliła Miriel
- Nie... Raczej nie... Nie znam was... a ciebie widzę po raz pierwszy... - mówiła możliwie spokojnie. Po chwili odwróciła się do grupy dzieci, do której w tej chwili należał plac zabaw, a przynajmniej tak to wyglądało, gdyż ta grupa była najliczniejsza.
- Nie sądziłam, że poza nami są inne dzieci z Darem - powiedziała cichutko Eali. - Jesteś tu z mamą...?
Ostatnie pytanie z trudem przeszło przez gardło dziewczynki, przywołując wspomnienie straty i bólu osamotnienia.
- Jakim darem? - spytała. W pierwszej chwili drugie pytanie do niej nie dotarło, więc była chwila ciszy, ale gdy próbowała odpowiedzieć na drugie pytanie, już dukała. Nie mogła tego powiedzieć, nie chciała dopuścić do siebie tej myśli. - N-n... ni... nie...
Eali w milczeniu pokiwała głową, po czym wskazała uszka tamtej.
- Tym. Jesteś bakeneko, jak Viku? - spytała.
Ukradkiem znowu przetarła oczka, nie chciała dać jej zobaczyć swoich łez. Popatrzyła też na swój ogon, nie wydawał się on być koci. Raczej wilczy... Dlatego pokręciła głową w odpowiedzi.
- Hmmm... - Miriel zastanowiła się. Nie widziała wcześniej innego, podobnego do tej dziewczynki stworzenia i w tym momencie strasznie ją ciekawiło, czym ona jest. - Więc czym? - spytała po prostu.
- Nie wiem... wydaje mi się... że... że wilkiem... - westchnęła cicho. Nie miała pewności, ale cała wiedza, jaką miała, tak jej podpowiadała.
Gwałtownie Eali pochyliła się do przodu i zakryła uszy dziewczynki. W jej oczach był autentyczny strach.
- Jak wychodziliśmy Kierownik zakazał Maxowi wychodzić, bo Max jest wilkiem i Kierownik się bał, że jek ktoś zobaczy Maxa to stanie się coś strasznie, strasznie złego - powiedziała to na jednym wydechu po czym zaczerpnęła powietrza i powiedziała znacznie ciszej i spokojniej: - Nie powinnaś tego zakryć? Tak jak ja...
Podniosła nieco czapkę, pokazując małe różki.
W-w domu... ni-e zakrywałam... - wtedy się sama przestraszyła, ale nie wiedziała czego. Ale, zgodnie z ostrzeżeniem dziewczynki, zakryła swoje uszka kapturem od jej ubranka. Nie było już uszu widać.
Miriel nieco się uspokoiła, widząc, że dziewczynka zakrywa uszy, jednak dalej była zmartwiona. Nie wiedziała, co złego dokładnie może się wydarzyć, jednak nie chciała, by nowej towarzyszce coś się stało.
- Dobrze... a ogon?
- N-nie mam gdzie... - spojrzała w dół. Nie chciała martwić towarzyszki i bała się konsekwencji tego, co mogłoby się stać.
- Oh... - dziewczynka spuściła wzrok na nogi dziewczynki. Faktycznie, nie było gdzie go schować. Nie wiedziała co powiedzieć, nie miała pomysłu też co zrobić... - Może... wróć do domu i zmień ubranie... - zasugerowała cicho, ale z drugiej strony nie chciała, by ta ją opuszczała
Jednak Miyashi nie chciała iść. Właściwie to nie chciała martwić Camille ani jej męczyć. Sama nie znała drogi do domu, by szybko to zrobić i po cichu. Pomijając też brak klucza od mieszkania. Dlatego tylko spuściła wzrok.

- Jak nie chcesz... może ktoś ma zapasowy polar... - powiedziała nieśmiało Eali, jednocześnie po prawdzie nie chcąc zagadywać do nikogo. Choć być może poproszenie o pomoc opiekunki nie byłoby głupie.
- Może nikt nie zauważy... Jak chodziłam po mieście to nic się nie działo...
- Nom - potwierdziła skinieniem głowy Miriel. - Może... mam nadzieję.
Dziewczynka podkuliła swój ogon i się w niego wtulała. Nie wiedziała że jest tu aż tak niebezpiecznie. Chociaż prawdą było, że przekonała się o kilku zagrożeniach na własnej skórze.
Nagle rozległo się głośne wołanie, na które zareagowała większość dzieci na placu. Miriel uniosła głowę i poderwała się na równe nogi.

- Wołają nas - powiedziała i spojrzała smutno na towarzyszkę. - Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy...
Wtedy i dziewczynka wstała. Nie było sensu, dla którego miała tu siedzieć, skoro jej towarzyszka musi iść. Też wydawała się smutna z powodu rozstania, tak miło im się rozmawiało. Wróciła do Camille, z którą spędziła resztę czasu w tym miejscu.

25 czerwca 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Patrzyłam się w jej oczy bez słowa próbując powstrzymać się od płaczu. Bezskutecznie... Nie byłam w stanie, chociaż zaskoczyło mnie to, że i ona płakała. Ale dlaczego...? Czy ją skrzywdziłam? Beze mnie by na pewno tego nie robiła. Jeszcze przepraszała, ale kogo i za co...? Zaczynałam się czuć okropnie. Czułam się winna jej złego nastroju. Wtuliłam się w nią bardzo mocno, próbując powstrzymać się od oddychania. Bez zatykania nosa było to dużo, dużo cięższe. Wtuliłam się w nią jeszcze troszkę mocniej.
- Proszę… daj sobie pomóc… - powtórzyła przecierając sobie oczka. Cały czas trzymała moje ręce bez zamiaru puszczenia ich.
Co to znaczyło…? Co miałam zrobić, by już nie płakała, nie była smutna? Nie potrafiłam sama przestać, a może to by pomogło... Nagle zaczęłam słyszeć śmiech kilku osób. Jeden to był ten, co zawsze. Drugi był Koreańczykiem, nie wiem jednak skąd on był, na pewno spoza rodziny, gdzie byłam. Kolejny to znowu Koreańczyk, a jeszcze było kilka osób z mojej szkoły, starszacy. Wszyscy wpatrywali się na nas wytykając nas palcami.
- Jesteście obie żałosne... - powiedział pierwszy mieszkaniec kraju spod góry Paektu z pogardą w głosie. Był on zasłużonym dla Wodza dygnitarzem, przynajmniej tak wyglądał.
- NIEPRAWDA! - wydarłam się w jego stronę, po koreańsku, by zrozumiał. - Ona nie jest! To, że ja jestem, nie znaczy, że ona też!
Dotknęło mnie to jak ją obraził. Przecież była wspaniała! Nie mogłam dopuścić do tego, by o niej tak mówił.
- Jak się wyrażasz, ty mały pasożycie?! - warknął i podszedł do mnie szykując się, by mnie uderzyć. Na pewno to zrobi...
Już uderzył. Z całej siły w policzek, ale przy okazji zabolały mnie nos i lewe oko. Drugi jego towarzysz też podszedł. Ból mnie paraliżował, nie mogłam się ruszyć by się nie wzmocnił. Wtedy zaczęłam też się dusić od silnego ścisku na szyi.
- Jeszcze raz podniesiesz na mnie głos... A pożałujesz że ona cię przygarnęła...
Uderzył wtedy raz jeszcze. Skuliłam się mocno, Camille dalej trzymała moje ręce. Wyglądała na przestraszoną.
- Miyashi... Kochanie, co jest? - spytała odwracając moją głowę lekko.
- Jak w ogóle ona mogła cię do siebie wziąć? - prychnął ktoś z mojej szkoły. - Ile twoi rodzice musieli w Fukushimie siedzieć, że takie wadliwe coś urodzili?
Reszta wybuchła śmiechem, on też. Koreańczycy już się cofnęli idąc z powrotem w tamto miejsce gdzie byli wcześniej. Jeszcze chwilę się pośmiali. Chciałam w tym momencie zniknąć, przestać istnieć... Nie chciałam zostawiać Camille, ale wytrzymać ich obecności nie byłam w stanie. To bolało już... Już przyzwyczaiłam się do tego, co o mnie mówili, ale to, że ją obrażali, przerastało mnie. Nie zasłużyła sobie na bycie poniżaną. Wtuliłam się w nią mocno. Mówiła, że oni kłamią, ale dla mnie niemal wszystko to wydawało się być prawdą. Nie pamiętam o niczym wcześniejszym, ale to, co teraz powiedział, nie powinno być powiedziane o niej.
- Przestaniesz ty kiedyś tak ryczeć? - powiedział. - Przecież wszystko widzę, jesteście siebie warte. Jedna i druga... Teraz nie dziwię się czemu ciebie przygarnęła.
To też zabolało bardzo mocno. Wtulałam się mocno w Camille, a ona lekko mnie głaskała.
- Oni nic ci nie zrobią... Nie słuchaj ich, kłamią...
Nie mogłam już... Po tym, co powiedziała Camille, kolejne słowa zlewały mi się w niezrozumiały bełkot. Nawet nie byłam w stanie rozpoznać nawet w jakim języku. Do tego rozbolała mnie głowa. Rozbolała? To słowo było niewystarczająco mocne. Jedyne co mogłam to się skulić i czekać, aż przejdzie. Nie wiedziałam ile czasu mija, ale dla mnie dłużył się on okropnie. Lekko drżałam, byłam w stanie wyczuć też coś na policzkach, co było łzami.

(CAMILLE?)

9 czerwca 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Nie wiem czemu jej to pokazałam. Czułam coś dziwnego. Chciałam resztę poukrywać, ale z drugiej strony nie mogłam. Coś kazało mi jej powiedzieć o wszystkim, ale wiedziałam, że on może mnie za to znowu uderzyć. Patrzyłam w jej oczy widząc, jak robią się bardziej szkliste niż normalnie u ludzi. Czy ona... jest bliska płaczu? Cały czas na nią patrzyłam. Chciałam jej obiecać, że tego więcej nie zrobię, ale przerastało mnie to. Nie potrafiłam obiecać jej czegoś, co nie zostanie spełnione. Chociaż wyjątkowo zależało mi na niej, nawet to nie pomogło.
- A może zrobisz to raz jeszcze, jak tego nie zostawisz? - spytał prześmiewczo.
- Nie! Na pewno nie jak mi każesz! - odkrzyknęłam po japońsku. Próbowałam mu się przeciwstawić, by mnie zostawił. Zamiast tego tylko był gorszy.
- Nie drzyj się! Bo cię stłukę, mały pchlarzu!
Wtedy się skuliłam i niemalże rozpłakałam, niemal przekraczając granicę płaczu. Nie mogłam płakać, i tak, że Camille mi pozwoliła na kilka razy zapomnienia o zakazie to coś niezwykłego. Zatykałam nosek, zaciskałam usta i zagryzałam policzki, byleby się nie rozpłakać.- Ona i tak cię nie chce. Prędzej czy później cię odrzuci, jesteś tylko ciężarem dla wszystkich.
Wtedy bańka pękła. Zamiast powstrzymywać się, ryczałam bez opamiętania. Próbowałam schować głowę, by zagłuszyć wszystko, ale nie wyszło mi. Czułam tylko mocne przytulenie, a poza swoim płaczem słyszałam jeszcze pociąganie noskiem. Wtuliłam się, sądząc po wszystkim co czułam, w Camille i próbowałam się zmusić do przerwania płaczu jak najprędzej.
- Cichutko, promyczku... - mówiła. Ale jej głos się łamał. - Jestem tu... Nie dam... cię skrzywdzić...
Nadal nie mogłam przestać. Przeze mnie płakała, a ja, zamiast ją pocieszyć czy uspokoić, sama to robiłam. Jeszcze chciałam zrobić to, czego robić nie miałam...
- Zrób to... Pokaż co umiesz, skoro tak bardzo tego chcesz - znowu czytał mi w myślach? Wiedział co chciałam zrobić... Ale jak to?
- Nie zrobię! - odpowiedziałam mu.
- To zrób teraz, przecież widzę jak się czujesz. A ona... - zaśmiał się. - A ona tylko będzie skakać z radości. No, dawaj...
Jeszcze głośniej płakałam. Miałam go dosyć... Chciałam by Camille mnie lubiła, a on mnie namawiał do robienia czegoś, za co mnie może znienawidzić. Chociaż chciałam tego tak bardzo, że nie wiedziałam, czy tego nie zrobię nawet paznokciami czy zębami. Cała drżałam walcząc ze sobą, by chociaż, jak to nawet zrobię, nie musiała na to patrzeć.
(CAMILLE?)

4 czerwca 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Wtedy popatrzyłam na nią niepewnie. Jednocześnie próbowałam przypomnieć sobie wszystko, co Camille chciała wiedzieć.
- P-przyleciałam tu... - powiedziałam cicho. - Z... Korei...
- To daleko... Jak to możliwe? - wtedy spytała i mnie pogłaskała. - Rodzice puścili cię tu samą?
Gdy usłyszałam o rodzicach, w moich oczach pojawiać się zaczęły znowu łzy. Byli wspaniali, a teraz ich zabrakło... Chciałam by znowu tu byli, ale to było niemożliwe. Kiedy ich zabili... wyglądało to okropnie...
Czułam mocne przytulenie, jeszcze głaskanie. W pierwszej chwili chciałam się wyrwać, ale widok dziewczyny mnie od tego powstrzymał. Wręcz wtuliłam się mocniej, bo to była ona.
- No już, spokojnie... - szepnęła i głaskała mnie, jednak nie powstrzymało to mojego płaczu. Chciałam przestać czym prędzej, więc zatkałam nosek. Nie wytrzymałam długo bez powietrza, jeszcze głośniej się rozpłakałam zamiast przestać. Próbowałam raz jeszcze, ale nie wychodziło.
- Ale kochanie, oddychaj... Nie rób tak... - mówiła i złapała mnie za rączki lekko. Następnie im się przyjrzała, przejechała palcami po prawej z nich. - A to... Jak to się stało?
Nie odpowiedziałam jej. Nie mogłam się odezwać. Próbowałam, ale za każdym razem mi nie wychodziło.
- Nagle mowę ci odebrało? - zaśmiał się on znowu.
Słysząc go odwróciłam się nagle w jego stronę. Przerażał mnie... Znowu się pojawił... Chciałam od niego uciec, ale Camille przytrzymała mnie mocniej i wtuliła w siebie.
- No już... nie bój się, malutka... Ja tu jestem i nic ci się nie stanie.
Nie mogłam się uspokoić. Serce mi bardzo mocno waliło, aż zaczęło to boleć. Wciąż nie wydałam z siebie ani sylaby, ale czułam, że mogłam mówić.
- I tak jej to nie obchodzi, po co masz jej mówić? - powiedział znowu.
- Zapytała... - odpowiedziałam mu cicho. - Dlaczego nie odpowiedzieć...?
- Bo coś przekręcisz...
- Ale mówię prawdę! - pisnęłam, znowu zaczynając płakać głośniej.
- Malutka... Z kim rozmawiasz? - spytała cicho, wyglądała na trochę zaskoczoną i zdezorientowaną. - Przecież tylko ja tu jestem... To było... to po japońsku?
Wtedy wskazałam na niego, patrząc jej w oczka i przytakując. Nagle poczułam mocny ból, jakby ktoś wykręcał mi palec.
- Się palcem nie pokazuje... To niegrzeczne. - powiedział pouczająco. - Przecież i rodzice, i rodzeństwo cię tego uczyli. Nie pamiętasz już? Tak słabą masz pamięć?
Przypominanie sobie wszystkiego bolało. Nie chodzi tylko o ból fizyczny, o jakim on mi nie dawał zapomnieć, ale też psychiczny. Każde zdarzenie, o którym pamiętałam, albo było złe, albo powodowało, że przypomniałam sobie jedno z gorszych. Chciałam choć na chwilę zapomnieć chociaż o tych złych. Na chwilę...
- Co jest, skarbie? - złapała mnie za rękę i ją obejrzała. Lekko ją podmuchała i pogłaskała mnie jeszcze raz. - Jestem tu, nic ci nie grozi... Może powiesz mi... Wychodziłaś gdzieś z rodzicami?
- Tak... Czasami... - cicho odpowiedziałam, ciągając noskiem co jakiś czas. - Rzadko mieli czas na to...
- Możemy gdzieś wyjść razem niedługo, jeśli chcesz. Ale powiesz mi coś jeszcze?
Niepewnie przytaknęłam patrząc na nią. Bałam się tych pytań... Ale musiałam na nie odpowiedzieć, tak jak Camille chciała.
- Więc... Skoro to nie rodzice cię tu przywieźli... kto to był? Porwali cię? - zapytała. Bojąc się o to, że znowu się rozpłaczę, tylko przytaknęłam. Usłyszałam też kolejne pytanie.
- Pamiętasz może ich wygląd?
Na to pokręciłam głową. Znałam tylko kilka nieprecyzyjnie określających ich cech wyglądu. Poza tym było wtedy ciemno. Pamiętałam tylko koreańskiego właściciela i jego rodzinę. O nich mogłam powiedzieć więcej... Nagle znowu poczułam jej delikatny dotyk na moich rękach. Na przedramieniu, od wewnętrznej strony, a potem i z zewnętrznej. Robiąc to czułam każdą bliznę lub resztkę rany, a nawet bywały niedawno zrobione rany. Różnego kształtu miałam obrażenia, między innymi otarcia, siniaki, zdarzyło się i oparzenie. Spośród tego wyodrębnić się dało całe przestrzenie pokryte bliznami, jak i świeżymi cięciami. Czasem jedne blizny i rany nakładały się na drugie.
- Spróbujmy jeszcze raz... Skąd ci się tyle tego wzięło? - popatrzyła uważnie na każdą. Przypadkiem dotknęła jednej z najświeższych, sprzed dnia, a to bolało. Pisnęłam wtedy. - Kto ci to zrobił?
- T-to... - już chciałam powiedzieć, ale zostałam uderzona mocno po policzku, krzyknęłam, a oczy zaczęły mi się znowu szklić.
- Nawet nie próbuj! - krzyknął na mnie. - Po prostu ci się należało! Powiedz jej to!
- A-ale... - popatrzyłam na niego. Skończyło się to drugim uderzeniem.
- RÓB CO CI KAŻĘ! - wydarł się. Byłam wtedy skulona i cicho powiedziałam:
- Ja... sobie...
Przy tym byłam przerażona, a głos mi drżał. Nie chciałam dostać jeszcze raz. Bolało to dużo bardziej niż jak inni to robili.
- Możesz po angielsku? Nie zrozumiałam... Wybacz, malutka.
Przez to, że musiałam mówić raz w jednym, raz w drugim języku, myliły mi się. Nie byłam pewna co mówię, czy czegoś nie przekręcam, czy nie przeplatałam ich ze sobą. Na pewno coś dodawałam z japońskiego. Ale on mówił po japońsku, był też ten, co mówił po koreańsku... A w rzeczywistości w użyciu był angielski i polski, z czego rozumiałam wyłącznie ten pierwszy. Ale spróbowałam jeszcze raz, słówko po słówku powiedzieć to samo po angielsku.
- Sama... to zrobiłam...



(CAMILLE?)

30 maja 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Zostanie...? Chciałaby ze mną tu zostać...? Przed chwilą mało jej nie zniszczyłam dywanu, a ona, zamiast mnie ukarać, pomogła mi. Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Na jej pytanie nie mogłam odpowiedzieć. Wtedy Camille przybliżyła się i zaczęła mnie głaskać leciutko. Z każdym kolejnym dotknięciem czułam coraz mocniej, że ona nie chce źle dla mnie. Niepokój jednak pozostał... Pomimo tego, że była tak miła, bałam się, że zrobię coś, za co mnie znienawidzi. Albo że nagle i bez powodu zacznie coś robić mi... Chociaż też chciałam jej obecności. W przeciwieństwie do innych ludzi, jakich spotykałam, coś sprawiało, że odrobinkę chciałam, by została. I tak nie mogłabym jej odmówić.
- Dobrze... - szepnęłam, przecierając oczka z resztek łez.
Dziewczyna wtedy usiadła obok i głaskała mnie dalej. Naprawdę wydawała się być przyjazna. Nie mogłam uwierzyć w to, że naprawdę taka była. Nawet jeśli zaraz miałaby mnie ukarać za to co zrobiłam, i tak była bardziej przyjazna. W końcu aż zamknęłam oczy, ale nie spałam. Nie mogłam, jak już prawie spałam, nagle się budziłam, jakby ktoś mnie uderzył. Po kilku razach przestałam próbować i skuliłam się, patrząc na Camille. Dalej jednak czułam uderzenia. Odwróciłam się w kierunku, z którego to czułam i pisnęłam z przerażenia. To on... Był ze szkoły, z mojej klasy. To on najczęściej mnie krzywdził. Najczęściej w szkole, znaczy. Cofnęłam się, aż nagle spadłam z łóżka, uderzając się mocno w głowę. Wtedy już go nie widziałam.
- Wszystko dobrze, kruszynko? - spytała zrywając się z łóżka i podchodząc do mnie. Ja tylko przytaknęłam niepewnie. 
(CAMILLE?)

28 maja 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Weszłam bardzo niepewnie pod kołdrę. Dziewczyny już nie było ze mną, co budziło we mnie niepokój. Całkiem sama, w cudzym łóżku, w nieznanym miejscu. Nie chodzi tu tylko o dom, który pierwszy raz widziałam na oczy. Chodzi mi o miasto, kraj gdzie przebywam. Nie byłam ani w Korei, ani tym bardziej w Japonii. Słyszałam o Polsce, ale bardzo mało, by o niej coś wiedzieć. Znałam tylko jej przybliżone położenie na mapie, nic poza tym. Może jeszcze to, że stolicą jest Warszawa...? Nie przekręciłam czasem tej nazwy? Czy tu byłam właśnie? Ale nie, przecież ta miejscowość leży na samym lądzie, jedynie rzeka jest w pobliżu, a nie całe morze. A tu, wyglądało to jak wyspa. Lotnisko na wyspie otoczonej zewsząd wodą, w oddali samotna góra... Nie poznawałam tego miejsca z mapy... Nie mogłam sobie skojarzyć czy gdzieś tak było. Mogłam być wszędzie, ale o tym, gdzie byłam, nie wiedziałam.
Spróbowałam zasnąć, przymknąć oczy choć na momencik. Nie mogłam, bo słyszałam przerażający mnie dźwięk silnika samolotu. Ciemności były wystarczające, bym się poczuła jak we wnętrzu tego samego kontenera lotniczego, w którym spędziłam bardzo długi czas.
Nagle zaczęłam słyszeć do tego coś innego. Jakbym była z powrotem w szkole.
- A ty tu czego, pchlarzu mały? - powiedział do mnie jeden ze starszych. - Tu nie ma na ciebie miejsca! Idź do lasu, może tam cię zechcą!
- Ale dlaczego tak mówisz...? - spytałam go cicho. Wokół mnie było więcej osób i nade mną stali.
- Bo tutaj nie pasujesz! - odpowiedział i zaczął mnie kopać, z nim zaczęli i pozostali. W ciągu kilku chwil poczułam ból, przeszywający całe moje ciało, tak mocny, że pisnęłam.
- Zostawcie mnie! To boli! Proszę! - krzyczałam nie mogąc się obronić ani nawet wstać czy po prostu się odsunąć by uciec. Po prostu próbowałam stamtąd uciec, bez skutku. Kiedy odeszli, nerwowo się rozejrzałam i się okazało, że byłam na podłodze.
- Co, boli? - spytał ten sam oprawca. - Może jeszcze chcesz?
- Nie, zostaw mnie już! - krzyknęłam.
- Co, tak szybko? A jakoś jak sama zadajesz sobie ból to ci nie przeszkadza... Dziwną jesteś masochistką.
Pociągnęłam noskiem będąc blisko płaczu. Przy tym wbiłam swoje paznokcie w jedne z najświeższych kresek na nadgarstku i mocno szarpnęłam, co spowodowało, że rany się połączyły i otworzyły. Krew leniwie spływała z zadrapania, powoli pokrywając moją rękę. Chciałam poprawić to, by się intensywniej wykrwawić, ale wtedy ujrzałam w drzwiach Camille. Schowałam się szybko pod łóżko ze strachu, że mnie bardzo mocno pobije, jak oni ze szkoły.
(Camille?)

27 maja 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Była wobec mnie bardzo miła, szczególnie w porównaniu do innych, którzy ze mną się kontaktowali. Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, takim było to dla mnie zaskoczeniem. W ogóle bałam się odezwać, żeby nie była na mnie zła.
- M-mogłabym...? - zapytałam, ale bardzo cicho i ostrożnie. Niby nie zaszkodziłoby, ale się bałam. Może ona nie chciała, a zapytała, by mieć powód do ukarania mnie...?
- Jasne, promyczku, to tylko zjedz spokojnie i pójdziemy.
- Nie ruszaj tych kanapek, gruba jesteś - znowu on powiedział. - Nie należą ci się. Tyle osób głoduje, a ty się będziesz obżerać. 
Odwróciłam się przerażona jego głosem. Nie mogłam go zauważyć, ale z pewnością był w pobliżu. Kiedy go zobaczyłam, chciałam uciec, aż się przewróciłam z krzesłem do tyłu, mocno się uderzając.
- Miyashi, co się stało? - Camille spytała przestraszona i pomogła mi wstać. Calutka drżałam, mając łzy w oczach. Ona mnie trzymała i wtuliła mnie w siebie. - Przestraszyłaś się czegoś...?
Nie mogąc odpowiedzieć, tylko przytaknęłam. Chociaż dalej się bałam. Coraz bardziej... Odwróciłam się, a on już zniknął. Nie wiedziałam jak on to robił, ale on zawsze był przerażający. Jednak miał rację... za dużo jadłam... Nie mogłam ich tknąć.
- To może... wróćmy do stołu... - powiedziała dziewczyna.
- N-nie... nie chcę jeść...
- Ale dlaczego? - spytała zaskoczona.
- Nie wolno mi...

(Camille?)

Od Miyashi C.D. Camille

    Dziewczyna mówiła spokojniej niż wtedy, jak go skrzyczała i przegoniła. Pomimo tego się jej dalej bałam. Lekko przybliżyła rękę do mojej głowy i zaczęła delikatnie głaskać. Patrzyłam na nią dosyć zaskoczona, zwykle, jak ktoś tak unosił rękę, chciał mnie uderzyć. Poczułam też bardzo przyjemne drapanie za uszkiem. Chociaż się okropnie bałam, nie uciekałam. Potem do mnie coś powiedziała, ale nie mogłam tego zrozumieć. To chyba było po polsku, którego nie rozumiałam. Ale było to mówione spokojnym głosem, chyba się nie denerwowała na mnie... Chyba... Po chwili mnie ostrożnie podniosła i o coś zapytała. Nie słysząc odpowiedzi spytała jeszcze raz, ale tym razem po angielsku, co byłam w stanie już to zrozumieć.
- Gdzie są twoi rodzice, malutka?
Już otworzyłam usta by odpowiedzieć, ale nie mogłam z siebie wydobyć ani jednej sylaby, czy choćby dźwięku. Tylko poczułam, jak oczy zapełniają mi się łzami. Rodzice... ja ich... ledwo pamiętałam... Byli wspaniali, tylko tyle... I widziałam, jak leżeli, gdy... gdy oni... gdy oni mnie stamtąd zabrali...
- No już... nie płacz... - wtedy powiedziała. Lekko głaskała mnie dalej, ale nie działało to.
- Przynajmniej mają teraz od ciebie spokój... Nie zasłużyłaś na nich, byli dla ciebie zbyt wspaniali - powiedział to znowu. Dlaczego on zawsze chodził za mną? Nie mógł mi dać spokoju? I co zrobiłam moim rodzicom? Chciałam go zapytać, ale nie mogłam się w ogóle odezwać. Ani do niej, ani do niego – wcale.
- Lepiej chodźmy stąd... - powiedziała i wzięła mnie za rękę, dokądś prowadząc. Każdy krok stawiałam niepewnie i ostrożnie, dalej drżałam. Dopiero po chwili dowiedziałam się dokąd - do jej domu. Bałam się tamtego miejsca powoli coraz bardziej… Czy ona też mnie będzie bić, a jest miła bym nie stawiała oporu? Chociaż nie opierałam się, mając jeszcze iskierkę nadziei, że będzie choć odrobinę lepsza niż poprzedni moi właściciele.

(Camille?)

18 maja 2018

Od Miyashi

    Byłam bardzo mocno związana. Do tego stopnia, że sznury się wrzynały w moją skórę. Było ciemno, zimno i słychać było jednostajny szum. Ciemno? Mało tego, nie było nic widać. Chciałam choćby się ruszyć, ale nie mogłam. Byłam w bardzo ciasnym miejscu i nie mogłam się poruszyć.
- Tam siedzisz… - powiedział znajomy mi głos. Towarzyszył mi od bardzo dawna, nie wiem od kiedy. – Kto w ogóle na istnienie takiego czegoś pozwolił!
Nie mogłam odpowiedzieć. Na ustach miałam coś, co nie pozwalało mi ich otworzyć.
- Co, mowę ci odebrało, tak? Może ryczeć też wreszcie przestaniesz! Może wtedy byś chociaż trochę przestała być uciążliwa dla wszystkich!
Wtedy usłyszałam bardzo głośne uderzenie o coś. Takie, że sama zadrżałam. W oczach miałam łzy, bałam się tego, co ze mną zrobią. Nie wiedziałam nawet gdzie mnie trzymali, w jakim celu, jak bardzo będzie bolało...
Jeszcze przez długi czas go słyszałam. Chodził za mną od bardzo dawna ani myśląc o daniu spokoju. Czasem przychodzili jego koledzy, wtedy było jeszcze gorzej. Dzisiaj nie zapowiadało się by oni też byli, choć mogłam się mylić. Przychodzili czasem nawet wtedy, kiedy się nie spodziewałam.
Przestał dopiero jak czułam mocne uderzenie, kiedy podskoczyłam. Ale nie było to takie, jak on robił. Do tego doszło kilka innych dźwięków, które znałam, ale nie pamiętałam skąd. Kojarzyły mi się ze świstem powietrza. Wszystkie te dźwięki w miarę ucichły po kolejnej chwili. Nie wiedziałam co się dzieje, nerwowo obracałam głową raz w prawo, a raz w lewo, cała drżałam. Nie chciałam znowu być w takim miejscu.
- CO MNIE TO OBCHODZI ŻE NIE CHCESZ?! SAMA SOBIE ZASŁUŻYŁAŚ NA TAKIE TRAKTOWANIE! – znowu ten sam głos. Ale skąd wiedział o tym, co myślę? Ja tego nie mówiłam!
Nagle wszystko zaczęło drżeć i było słychać jakieś rozmowy. Nie wsłuchiwałam się w nie specjalnie, poza tym drgania metalowego czegoś, prawdopodobnie ścian miejsca, w którym byłam, nie pozwalały mi na usłyszenie wszystkiego. Było słychać też kilka samochodów, czy przynajmniej silników samochodowych. Albo podobnych? Nie wiedziałam, nie byłam w stanie ich ujrzeć. Nadal było ciemno, ale robiło się cieplej, a powoli wręcz gorąco. Kilka mocniejszych uderzeń i poczułam, jak nagle się poruszam, uderzyłam głową o ściany tej skrzyni czy czegoś, gdzie byłam. Na pewno było z metalu, który zaczynał parzyć. Cicho piszczałam, ponieważ to bolało. Minęło jeszcze trochę czasu i ponownie coś uderzyło o ten pojemnik. A nagle góra i bok tego pojemnika się otworzyły, oślepiło mnie światło wydobywające się stamtąd. Zacisnęłam powieki z całej siły, ponieważ nie mogłam zasłonić oczu rękoma.
Jeden z nich o coś spytał. Dopiero byłam w stanie ujrzeć sylwetki ludzi, chyba w tej chwili trzech. Rozejrzałam się, zaczęłam mocno drżeć. Wtedy inny wydarł się na niego jakby się zdenerwował. Następnie przez chwilę rozmawiali i mnie podnieśli, a trzeci tylko się przyglądał. Potem poszedł otworzyć kolejny kontener i wyładowywał bagaże jak gdyby nigdy nic. Mówili w nieznanym mi języku, nie brzmiało to ani trochę znajomo. Może trochę jak... rosyjski? Nie wiem...
- Ja też nie wiem czemu jej nie zabili… Ona się do niczego nie nadaje! – ktoś powiedział. Wtedy się nerwowo rozejrzałam szukając kogoś, kto to powiedział. Ujrzałam ich obu… Ale nigdy nie potrafiłam zapamiętać jak im na imię. Przeraził mnie ich widok.
- No idźże! – popchnął mnie mężczyzna, który mnie trzymał. Drugi wrócił do trzeciego rozładować resztę kontenerów, ale część z nich była pusta lub załadowana w części. Otworzył drzwi i znalazłam się w kolejnym, małym pomieszczeniu. Mężczyzna podniósł słuchawkę wiszącego na ścianie telefonu, wybrał numer i po krótkiej rozmowie odwiesił słuchawkę. Ściany pomieszczenia były białe, po obydwu stronach były drzwi. Oświetlone było przez lampy jarzeniowe u sufitu. Znajdowało się tu jedynie krzesło, nic więcej. Jeszcze telefon, ale poza tym naprawdę nic więcej.
- Macie ją, tak? – drzwi otworzyły się dość gwałtownie i takie padło pytanie od razu po ich otwarciu. Był tam wysoki chłopak, wyglądał na silnego. Miał też lekki zarost, ubrany był w garnitur.
- Jasne… Cała, nic jej nie jest. Poza tym… - odwrócił mnie i dotknął mojej ręki w miejscu, gdzie miałam kilka kresek.
- No dobra… - cicho mruknął. – Niech ci będzie. Zabieram ją.
Wtedy ten młodszy mną szarpnął i zaczął ciągnąć. Ledwo mogłam iść ze względu na sznury. Ostatecznie doszłam do kolejnych drzwi, gdzie wyszłam na zewnątrz. Wyszłam? Zostałam zaciągnięta… Następnie wrzucona do niewielkiego samochodu dostawczego. Potem samochód ruszył gwałtownie.
***
- To ona… Właśnie przyleciała. – powiedział ten sam chłopak, który mnie tu przywiózł. Był z nim kolejny, też w garniturze.
- A sprawdzi się? Co umie? – ten drugi powiedział.
- Sprzątać, gotować, prać… Wszystko.
- Doskonale… A mówi po polsku? - uśmiechnął się szeroko.
- Tego nie wiem... Zapytaj jej może...
Ten, co mnie przywiózł, zdjął mi knebel, znaczy się kawałek tkaniny przechodzący przez moje usta tak, bym nie mogła mówić. Ten drugi się o coś zapytał, ale go nie rozumiałam. Więc to był język polski...? Nie znałam takiego. Słyszałam o jego istnieniu, ale nie znałam ani słowa w tym języku. Nieznajomy zapytał jeszcze raz o coś, podwyższonym głosem.
- Skoro tak, to nie mówi. Trudno, nauczy się ją... - powiedział po próbie. Następnie odeszli.
- Ciekawe ile za ciebie zapłaci, bo ja nie dałbym ani grosza... - znowu on. Nagle poczułam mocne uderzenie w policzek, aż pisnęłam.
- No, chodź tu... - podniósł mnie nieznajomy. Zabrał mnie ze sobą do samochodu, ale ten był osobowy. Wyglądał na jeden z bardziej luksusowych. Posadził mnie na tylnym siedzeniu i ruszyliśmy znowu. Pojechaliśmy do jego domu. Jednak nie wyglądał na taki, gdzie wszystko jest ze złota. Raczej skromny, choć duży.
- No chodź, na co się patrzysz... - powiedział wyciągając mnie z samochodu. Tak zaciągnął mnie do środka. Tam oczywiście też było podobnie, chociaż było więcej zdobień. Meble były w miarę nowoczesne. Nie było też zdjęć przywódców Korei. Czyli... gdzie jestem?
- No ruszaj się! - znowu mnie popchnął. - Dzisiaj masz dużo pracy...
Nie miałam wyjścia. Musiałam iść tam, gdzie mi kazał. Wprowadził mnie do jakiegoś małego, pustego pokoju. Jedyne źródło światła tam to okno. Malutkie, bez klamki czy innego przyrządu pozwalającego na jego zamknięcie czy otwarcie. Ściany mimo tego wyglądały na białe. Właściciel mnie rozwiązał, po czym założył smycz i obrożę. Za nie pociągnął mnie dalej, do sypialni. Najpewniej jego sypialni, która wymagała posprzątania. Wtedy odpiął mi obrożę.
- Za godzinę tu wrócę. Ma być posprzątane. Zrozumiałaś? - powiedział. - Bo pożałujesz...
I zatrzasnął drzwi wychodząc. Nie miałam wyjścia... Zaczęłam sprzątać. Porozrzucane ubrania, niepościelone łóżko, trochę kurzu na półkach...
- I tak się nie wyrobisz... - prychnął ten sam człowiek. Nie wiedziałam skąd on się pojawia, ale zawsze mi towarzyszył. Czego chciał?
- Dlaczego mnie nie zostawisz...? - spytałam.
- Beze mnie byś sobie nie poradziła, dziewczynko. - odpowiedział. - Ciesz się, że się lituję nad tobą. Takie bezwartościowe istoty powinny zdychać.
- Nieprawda! - krzyknęłam, w oczach mając łzy. - To ty mi przeszkadzasz!
- Uważaj do kogo to mówisz... Lepiej ze mną nie zadzieraj...
Drzwi nagle się otworzyły.
- Nie drzyj się tak! - podszedł mężczyzna i mnie podniósł za obrożę. Lekko się dusiłam. - Nie dość, że nie zaczęłaś, to jeszcze mi przeszkadzasz tym krzyczeniem! Co ty sobie wyobrażasz, co?!
Rzucił mnie na podłogę. Lekko się skuliłam z bólu, miałam coraz więcej łez w oczach.
- Jeszcze się rozryczy... - kontynuował, wtedy mnie kopnął. Trafił w brzuch, co bardzo bolało.
Po chwili wyszedł. Nie mogłam wstać, tak mnie to bolało. Ale musiałam to zrobić... Zaczęłam od zbierania brudnych ubrań. Dość spory stosik ułożyłam w jednym miejscu. Następnie zaścieliłam łóżko, co akurat było najprostsze pomimo bólu. Jednak potrzebowałam jeszcze kilku rzeczy by móc sprzątać dalej. Pewnie były w łazience, ale gdzie ona się znajdowała? Wyszłam na chwilę stamtąd by jej poszukać. Nie mogłam jej znaleźć, a nie chciałam też zaglądać do wszystkich pomieszczeń. Nie dowiedziałam się gdzie to pomieszczenie jest.
Niecała godzina minęła. On tu wszedł, po czym mnie bardzo mocno uderzył. Kilka razy… Aż moje oczy zaczęły łzawić. Cicho piszczałam, a i tak próbowałam się powstrzymać. Skuliłam się na podłodze nie chcąc dostać mocniej. Do tego mnie mocno kopał. Kazał mi wyjść do tamtego małego i ciemnego pokoju. Zamknął mnie w nim na klucz, choć nie związywał mnie już.
Minęła ta noc, kolejny dzień, jeszcze kilka nocy i dni. Kolejne siniaki i rany się licznie pojawiały, po każdym dniu. Kolejne zadania, których nie mogłam wykonać, czyli kolejne rany się pojawiały. Już ledwo się trzymałam. Za każdą zrobioną na swojej ręce czy nodze kreskę też byłam ukarana. A jeszcze tamten chłopak, który był tam… jego koledzy, koleżanka… Zawsze mnie w nocy okropnie męczyli, w dzień też. Po kilku takich dniach, wcześnie rano, drzwi do tego ciasnego pokoju otworzyły się bardzo gwałtownie.
- Wstawaj! – wydarł się. Szarpnął mnie mocno za obrożę, którą mi nałożył na początku. Już byłam niemalże w pełni obudzona. Szarpał mnie tak, że nie nadążałam iść. Kilka razy upadałam przecierając sobie kolana na wykładzinie, która gdzieniegdzie była. Potem na chodniku przed domem, z którego mnie wyciągnął.
- Od początku do niczego się nie nadawałaś! – jeszcze krzyknął, po czym dosłownie mnie wykopał na ulicę. Wypchnął, wykopał… Akurat w tej chwili nic nie jechało, a słońce dopiero się podnosiło. Byłam tam tylko ja. Kiedy on wszedł z powrotem do domu, ja leżałam na chodniku płacząc.
- Miał rację... – znowu on. – Czego znowu ryczysz? Jeszcze się nie oswoiłaś z tym, że jesteś bezwartościowa?
- P-przecież... wiem... - płakałam.
- I trzeba pomagać ci byś ze sobą skończyła wreszcie... Wiesz, mam cię dosyć.
- To mnie zostaw! - krzyknęłam unosząc głowę lekko. - Daj mi wreszcie spokój!
- Ty chyba żartujesz, dziewczynko. Jeszcze zrobisz coś głupiego... Myślisz, że ciebie dopiero poznałem?
- Nikt ci nie kazał!
Wtedy mnie kopnął.
- Ale będę to robić! Ktoś musi pilnować takich małych idiotek jak ty! Przez ciebie ten świat jest gorszy!
- To mnie zabij skoro tak! Czemu tego wcześniej nie zrobiłeś?! Tyle czasu chodzisz za mną, a nic nie zrobiłeś w tym kierunku!
- A pomyślałaś, ty niedorozwinięty podczłowieku, kto posprząta? Ja to mam robić?
Po jakimś czasie poczułam jak ktoś mnie podnosi, zatykając usta.
Coś szepnął. Nie mówił nic więcej, tylko zabrał mnie gdzieś cały czas zakrywając mi usta. Zakrył mi też oczy i zaprowadził dokądś. Jak już mnie puścił, byłam w niewielkim zaułku. Rozejrzałam się nerwowo, a on zbliżał się, z niepokojącym mnie uśmieszkiem.
Dalej mówił, dosyć spokojnie i cicho mruczał przy tym. Nie mogłam cofać się dalej, była tam tylko ściana budynku. On mnie lekko docisnął do niej jedną ręką, a drugą dotykał mojej szyi. – Może i jesteś poraniona, ale i tak mi się podobasz.
- N-nie, ja nie chcę! Zostaw! – pisnęłam przerażona.
- Jasne... Nie chcesz się do tego przyznać, co? – powiedział. – Pierwszy raz spotykam kogoś z zagranicy jak ty…
- ZOSTAW! - krzyknęłam, a wtedy on mi zasłonił usta. Lekko drżałam, a w chwili, gdy mnie dotykał w dość dziwny sposób, wyrwałam się mocno, wtedy akurat skutecznie. Uciekłam przed siebie jak najdalej, bardzo szybko biegłam. W pewnym momencie się potknęłam, upadając na ziemię, jeszcze przejechałam trochę po chodniku. Niemal natychmiast się podniosłam, by biec dalej, szukając kryjówki. On mnie jeszcze chwilę gonił, ale odpuścił po kilkunastu metrach, coś mamrocząc pod nosem. Ledwo słyszałam, brzmiało to dla mnie jak bezsensowny bełkot. Poza tym słabo to słyszałam, był daleko. Po jakimś czasie doszłam do jakiegoś spokojniejszego miejsca, którym był park. Drzewa, ławki… Nawet ludzie się tu nie znajdowali. Jedno z drzew iglastych miało tak gęsto pokryte igłami gałęzie oraz tak długie, że sięgały do ziemi. Weszłam pod nie, ciemności dały mi chwilę spokoju. Miałam nadzieję, że nikt mnie tu nie znajdzie.
Wtedy on wrócił. Nagle się pojawił, znowu chciał mnie dotykać. Pisnęłam i zaczęłam ponownie uciekać. Przewróciłam się w pewnym momencie ponownie, a widziałam przed sobą nogi. Czyjeś nogi. Chciałam uciec od razu, ale nie miałam sił wstać. Wszystko mnie bolało po upadkach, kreskach i karach. Jak już wiedziałam, że się nie podniosę, zacisnęłam z całej siły powieki. Może ten ktoś mnie dobije...? Ale nie chciałam patrzeć jak się do tego szykuje. Bałam się... Tak bardzo się bałam... Czy to będzie bolało, tak jak wcześniej? A jeśli mocniej...? Chciałam by nie bolało wcale… Ale jeśli ma boleć teraz mocno, a potem wcale… Też by mi odpowiadało, byle krótko. Nie chciałam więcej bólu, tylko chciałam ze sobą skończyć. Czekałam na koniec, ale żyłam dalej. A może już nie? Czy jest możliwe, że to przychodzi bezboleśnie? Otworzyłam oczy by to sprawdzić. Byłam dalej w tym samym miejscu. Ten ktoś, przy kogo nogach leżałam, dalej był w tym samym miejscu i na mnie patrzył. Chciałam znowu się zerwać do ucieczki, ale byłam wciąż za słaba. 
(Ktoś?)