Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camille Belcourt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camille Belcourt. Pokaż wszystkie posty

1 kwietnia 2020

Od Camille cd. Akiro do Argony

        Ta rozprawa była żartem. — warknęła Camille, wchodząc bez pukania, czy nawet slowa przywitania do gabinetu Argony. — Nie wiem, kto to załatwił, ale brakuje mu chyba nieco finezji. "Bezkres wód" dobre sobie — parsknęła, stając naprzeciwko Alfy, która patrzyła na nią swoim charakterystycznym, uprzejmie zirytowanym, nieco znudzonym spojrzeniem.
— Chciałabyś może wyjaśnić mi, o czym tak właściwie mówisz?
— O rozprawie naszego ukochanego sabotażysty, w której miałam wątpliwą przyjemność uczestniczyć. — odparła Belcourt, uspokajając się nieco, za to Ryuketsu zdawała się być coraz mniej zachwycona przebiegiem tego spotkania. — Jako że oficjalnie jestem prawnikiem, mogłam przebywać na sali sądowej — rozpoczęła opowieść. — Chłopak oczywiście kłamał jak z nut, a kiedy został skazany, zaczął coś pieprzyć, że chętnie umrze, patrząc w kierunku bezkresu wód. Podał dokładne miejsce. A sędzia — przerwała na chwilę na szoczystą wiązankę, składającą się głównie z nieprzyjaznych mężczyźnie epitetów. — Powiedział, że nie widzi problemu. Nie. Widzi. Problemu — rzuciła, jakby sama nie mogła w to uwierzyć. — Co za żałosny osobnik.
— Do czego pijesz, tak konkretnie? — spytała kobieta, wskazując jej dłonią miejsce, a Szefowa Mafii Pectis usiadła na nim.
— Nie przeprowadza się kar śmierci tam, gdzie tylko więzień sobie tego zażyczy. Nie tak działa prawo. Śmierć ma być jak najbardziej humanitarna, przeprowadzona w konkretnych, ściśle wyznaczonych warunkach. — tłumaczyła. — Nikt nie zgodziłby się na zrobienie tego na klifie nad oceanem. Nawet jeśli przyjmiemy taką ewentualność, zazwyczaj ktoś z rodziny lub znajomych zabiera ciało i urządza pogrzeb. A nic takiego nie miało miejsca.
 Camille do tego momentu nie zdawała sobie sprawy, że ktoś o tak jasnej skórze może jeszcze zblednąc. Argona pokiwała głową, po czym wzruszyła ramionami.
— Obie spodziewałyśmy się chyba, że ten mały karaluch nie umrze, kiedy miał taką możliwość, prawda? — Camille odpowiedziała jej skinieniem.
— Trzeba było załatwić sprawę samodzielnie — rzuciła, szczerząc zęby niczym jakieś dzikie zwierzę. — Jeśli Ori żyje, jeśli jednak nie zginął po procesie, co właściwie mamy z tym zrobić?
— My? — dopytała powątpiewająco Alfa, na co Camille przewróciła oczami, uśmiechając się lekko na zdystansowanie kobiety, po czym machnęła ręką.
— My. Nie ma sensu, by któraś z nas zajmowała się tym sama. Lepiej załatwić sprawę po cichu, szybko. Zwłaszcza że dotyczy nas obu. Był częścią twojej organizacji. Mnie z kolei rozwalił Wieżę w drobny mak, utrzymując, że zrobił do pod dowóddztwem Leniniewskiego, w co zdaje się wierzyć. Pozostaje tylko zdecydować, co z nim zrobimy.
(Argo?)

Od Camille cd. Lorema

      Lwica zmarszczyła nos, niemal jak domowa kotka, patrząc jak filozof błędnie uznaje próby krzyku za dobry pomysł. Nie znała jeszcze do końca swojego towarzysza, a każde próby przypomnienia sobie czegoś więcej kończyły się jej irytacją. Jednak nie zdawało jej się, by Impsum zwykł bić ludzi. Wiedział oczywiście jak to się robi, po prostu, sama nie wiedziała czemu, nie kojarzył jej się z tą czynnością. Przynajmniej ustalił jedno. A bardziej upewnił się. Mężczyzna, w przeciwieństwie do innych w tym dziwnym miejscu, zdawał sobie sprawę z ich obecności. Camille nie wiedziała, od czego to zależało, jednak nie interesowało jej to w tamtym momencie. Dużo ważniejsze było to, co mogli jeszcze wyciągnąć od dziwnego filozofa. Warknęła cicho, jakby nieco zrezygnowana, po czym płynnnym ruchem stanęła na dwóch łapach, a jej kształty zmieniły się, futro zniknęło, a prawniczka przeciągnęła się, krzywiąc lekko.
— Może ja to zrobię? — zaproponowała uprzejmie, podchodząc bliżej, a mężczyzna zrobił jej miejsce obok siebie.
— Proszę bardzo — odparł, wciąż przytrzymując twarz filozofa. Zdawało jej się, jakby znała go na tyle, że wiedziała o niektórych jego zachowaniach, czy tikach, mogła go wyczuwać. Nie, to idiotyczne, prawda? Pochyliła się nad filozofem z delikatnym, ciepłym uśmiechem, za którym czaiła się figlarna nuta.
— Sicut hoc tempore lacrimantibus creationem. Statim prohibere. (To nie pora na darcie się jak nieboskie stworzenie. Natychmiast przestań.) — odezwała się do niego łagodnie, jednak jej słowa zabrzmiały bardziej niż przekonywująco, choć nieszczególnie były prośbę. — Możesz go puścić, Loremie. Będzie cicho. — uniosła na niego wzrok, napotykając powątpiewające spojrzenie. — Naprawdę. — Po chwili niebieskowłosy zabrał rękę z twarzy filozofa, a ten mimo że wciąż wpatrywał się w nich przestraszonym spojrzeniem, to nie pisnął ani słówkiem.
— Dobrze, bardzo dobrze — mruknęła Belcourt, jakby do siebie, po czym poklepała mężczyznę po ramieniu, niemal w przyjacielskim geście. — Quare qui possum non videt nos? (Dlaczego ludzie nas nie widzą?)Responsum! (Odpowiadaj.) — dodała po chwili, widząc jak mężczyzna się opiera, nie chcąc mówić, czy też może nie znając odpowiedzi na zadane mu pytanie.
— Im 'non certus. Sed puto quod haec sit ex cogitandi quaedam via. ... Non hinc, non est hoc? ... maybe suae defensionem mechanism, quod sicut sensus, et tu non esses, ut te jacere conscientiam glorietur. (Nie jestem pewien. Ale sądzę, że może to być spowodowane pewnym sposobem myślenia. Wy... nie jesteście stąd, czyż nie? może ich... mechanizm obronny to wyczuwa i po prostu nie przyjmują waszego istnienia do swojej świadomości.) — odpowiedział filozof, a pierścień Camille nie pozwolił wyczuć jej ani prawdy, ani kłamstwa, co przyjęła za wahanie lub przyjęcie własnej niewiedzy.
— No, przynajmniej tyle wiemy — zerknęła na Lorema z nieco dziwną miną. — Jak sądzisz, o co powinniśmy go jeszcze zapytać? — oczywiście sama miała jeszcze kilka mniej lub bardziej inteligentnych propozycji, jednak uznała, że to właśnie on lepiej zna się na temacie i może poprowadzić ich mały "wywiad" w dobrym kierunku.
(Lorem?)

12 lutego 2020

Od Camille cd. Calii

  Obserwowanie wszystkich zmian, które stopniowo zachodziły w moim domu powodowały u mnie odczucia co najmniej ambiwalentne. Z jednej strony, jak zwykle cieszyłam się na myśl możliwości uczestniczenia i organizacji w przyjemnym evencie, dodatkowo z osobą, na którą, powiedzmy, że mogłam liczyć, z drugiej jednak nie mogłam pozbyć się powracającej natrętnie myśli, że coś jednak jest nie tak i Szafir nie wyzbył się wszystkich asów z rękawa. I z kieszeni. I spod kapelusza. W każdym razie obserwowanie jej zadowolonego uśmiechu za każdym razem, gdy sięgała po jednego cukierka z rozwalonej (dla dobra sprawy i zdrowia mentalnego organizatorek) piniaty miało w sobie coś takiego, że ja również nie mogłam zrobić nic innego niż tylko również się uśmiechnąć i uznając, że co ma być, to będzie. W pewnym momencie dłoń blondynki zatrzymała się w połowie drogi między cukierkami i jej ustami, a jej oczy rozbłysły niezdrowo, co zwiastować mogło jedynie kłopoty, najpewniej dla mnie.
— Wiem — rzuciła, jakby coś rzeczywiście ją oświeciło, potęgując tym samym mój niepokój całym zajściem.
— Jeśli znowu chodzi ci o Fio... — zaczęłam, przerywając jej, próbując zdusić pomysł, który słyszałam już ładnych kilka razy, jeszcze w zarodku, jednak dziewczyna, ku mojemu zdziwieniu, machnęła na mnie dłonią zniecierpliwiona. Zastygłam, przerywając zdanie wpół słowa i zamrugałam kilkukrotnie, jakbym chciała tym samym upewnić się, czy naprawdę zostałam uciszona w taki sposób. Blondynka wstała i podeszła do mnie, kładąc dłonie na moich ramionach.
— Jestem genialna — pochwaliła samą siebie, a ja już niemal widziałam, jak jej mózg pracuje na najwyższych obrotach myśląc o planie, którego jeszcze nie miałam okazji poznać. — Zrobimy imprezę tematyczną. — zamrugałam ponownie, ale ona już machnęła dłonią dookoła, jakby oczyma wyobraźni widziała dokładnie wszystkie dekoracje. — Nie zaprzeczysz chyba, że...
— Obawiam się, że tym razem muszę przyznać ci rację — rzuciłam, przewracając oczami. — Co czyni mnie jeszcze bardziej genialną, bo się z tobą zaprzyjaźniłam —podbudowałam swoją próżność niemal natychmiastowo, na co otrzymałam jedynie prychnięcie.
— Może... Lato w Vegas — spekulowała Calia. Zmarszczyłam brwi. — Albo nie, nie nie nie, wiem! Hiszpańskie tango, no czy to nie brzmi wspaniale?! Tak majestatycznie, dostojnie ale jest w tym coś tajemniczego — w tym momencie nasz wzrok padł na rozczłonkowaną piniatę, nasze spojrzenia się zetknęły, a wyrazy twarzy musiały stanowić praktycznie lustrzane odbicie.
— Hiszpańska Plaża — zadecydowałyśmy, przybijając sobie żółwika, gratulując tym samym sobie nawzajem zdecydowanie najbardziej genialnego pomyślunku w dziejach. W tym momencie ja i Calia Ace już wiedziałyśmy, że świat jeszcze nie widział czegoś tak niesamowitego, jak zamierzałyśmy mu zaserwować.
(Cal?)

9 lutego 2020

Od Camille cd. Lorema

   Camille tak właściwie nie była pewna, co chcieli osiągnąć poprzez to działanie, zwłaszcza na oczach tylu ludzi, jednak jeśli naprawdę czas był jedyną rzeczą, na której deficyt mogli narzekać, widocznie była to jedna z niewielu możliwych opcji.  Może mężczyzna miał jakieś odpowiedzi na którekolwiek z pytań, które byli w stanie wymyślić w tej dziwnej sytuacji? W każdym razie Lorem nie wahając się ani momentu złapał Asiniusa, jak nazwał wcześniej tego mężczyznę, za fałdy zabawnie wyglądającej dla niej togi i zaczął go ciągnąć w jakąś stronę. Kobieta podejrzewała, że wlecze go do jakiejś kryjówki albo przynajmniej bardziej ustronnego miejsca. Jednak żeby to zrobić potrzebowali odwrócić uwagę od porwania mężczyzny. A akurat to Belcourt ze swoimi zdolnościami była im w stanie zapewnić. Przeleciała nieco dalej, na drugą stronę niewielkiego, antycznego i, co było dla niej zaskakujące, pełnego ludzi placyku i skierowała się w dół, by gładko wylądować na ziemi za tłumem. Przez chwilę rozważała, w co powinna się zmienić, by uzyskać najlepszy efekt i przy okazji nie zabić połowy z nich. To coś musiało przyciągnąć ich, może trochę przestraszyć, a na pewno stanowić dużo większą atrakcję w tym pradawnym miasteczku niż niespodziewane porwanie jakiegoś mężczyzny w starej ślubnej sukience w biały dzień. Dlatego też zanim też zanim pazury czarnego jak noc kruka dotknęły bruku wyłożonego na placyku, przekształciły się w coś innego. Miękkie poduszki stworzenia muskały kamienie, złota sierść mieniła się w jasnym, włoskim słońcu, a długie jak ludzki palec kły wyszczerzyły się, gdy po okolicy rozległ się ryk. Tłum błyskawicznie zafalował, głowy odwróciły się w jej stronę, dłonie zaciskały się na togach lub ramionach bliskich osób, gdy lwica wkroczyła w tłum ludzi, powodując panikę. Rozpełzali się gdzie tylko mogli, starając się schronić przed niespodziewanie spotkanym drapieżnikiem. Plac pustoszał szybciej, niż się tego spodziewała, jednak nim została tam sama, zdołała jeszcze zobaczyć błysk niebieskiej czupryny, mówiący jej, w którą stronę powinna się udać. Lwica, wesoło machając puchatym ogonkiem, ruszyła w kierunku porwanego i swojego chwilowego sojusznika i weszła za nimi do jednego z nielicznych pustostanów w okolicy. Wnętrze było nieco zaniedbane, jednak spełniało jeden warunek - izolowało ich od reszty ludzi. Lorem zamknął za nią drzwi, jednak Camille wciąż nie powróciła do swojej ludzkiej postaci. Gdyby Asinius chciał uciec, miałaby największą szansę szybkiego złapania go. Przysiadła przy mężczyźnie w bezruchu, nie chcąc go stresować swoją dziwną obecnością. Teraz pozostało tylko czekać, aż ich śpiąca królewna powróci do świata żywych.
(Lorem?)

Od Camille cd. Akiro do Argony

  Znany już Camille świat, jej ojczyzna, otuliła ją niczym miękki koc, a jej skóra rozluźniła się. Nie zdawała sobie do końca sprawy z tego, jak wielkie napięcie otaczało ją w tym drugim świecie, jak inne powietrze działało na nią do momentu, w którym wszystko wróciło do normy. Leniwego, kociego uśmiechu na jej ustach nie były w stanie pokonać ani spora liczba uzbrojonych osób w pomieszczeniu, ani też odczucia wrogości, czy to, że nie miała pojęcia, co wydarzy się w alternatywnym świecie, ani ile ich tak właściwie jest. Usadowiła się na jednym z krzeseł przy ścianie, z których miała bardzo dobry punkt obserwacyjny na większość osób znajdujących się w pomieszczeniu, do którego się przenieśli. Słuchała słów Akiro, jego żałosnego tłumaczenia się, idiotycznych prób uratowania skóry przed karą, która prędzej czy później, i tu czuła, że Alfa Watahy również się z nią zgodzi, będzie musiała nastąpić. I któraś z nich z przyjemnością się jej podejmie.  Palce Belcourt bębniły na jej kolanie nieznane nawet jej samej jej rytmy do momentu, w którym usłyszała nazwisko. Somniastis Tenebris. Wiedziała, że kiedyś je już słyszała, jednak ciężko było jej przyporządkować je do którejś z organizacji. A na pewno nie łączyła go z nazwiskiem Władysława Leniniewskiego. Spojrzała na swoją sojuszniczkę, równie ważną jak ona kobietę na Ainelysnart z lekkim zaciekawieniem. Wyglądała nie tyle na zaszokowaną, zagubioną, czy zdenerwowaną, bardziej na... zirytowaną. I to odczucie czarnowłosa w pełni podzielała.
— Też jest w Watasze, prawda? — spytała Camille cicho, chcąc się upewnić, że jej przewidywania w tej kwestii są prawdziwe. Krótkie skinięcie ze strony Ryuketsu potwierdziło jej obawy. Kobieta zmarszczyła brwi, wstając. Niestety w tej sytuacji nie mogła być zupełnie bezstronna, ani trzymać się z daleka, bo Leniniewski stanowił więcej niż tylko ważną jednostkę dla jej mafii i cała ta sprawa z pewnością mocno oddziałowywała też na nią.— Obawiam się, że on nie kłamie — powiedziała miękko Camille, stając obok Alfy tak, by tylko ona ją usłyszała. — wyczułabym to — zgodnie z prawdą nic nie wyczuła w słowach Akiro. I to ją martwiło. Wolałaby chyba wyczuć że kłamie, niż mierzyć się teraz z jego słowami. Uśmiechnęła się jednak szerzej. — Ale możemy go jeszcze przynajmniej trochę tu pomęczyć. — druga kobieta również się uśmiechnęła. — Dokładnie o tym pomyślałam. Zostanę tutaj i spróbuję wyciągnąć z niego informację razem z tymi tutaj — machnęła dłonią w kierunku ludzi dookoła, wciąż patrzących czujnie na Akiro i trzymających palce na uchwytach błyszczących w słońcu, czarnych metalowych karabinów. — A ty...— Może zostawmy go tutaj z nimi — zaproponowała Camille, zanim Argona zdążyła dokończyć wymyślanie swojego planu. — Każdy, kto zostałby zamknięty na dłuższy czas z  takimi typami, nie wiedząc, co go czeka, zacząłby panikować. A my udamy się do tego całego Tenebrisa i ściągniemy go do tego miejsca, by pogrążył tego tutaj jeszcze bardziej i sam wyjaśnił się z mętnych powiązań z Orim.  — spojrzała ponownie na więźnia, który wciąż stał grzecznie na swoim miejscu, nie wiedząc do końca co się dzieje. — Co ty na to?
(XD)

19 października 2019

Od Camille cd. Akiro do Argony

 Camille spojrzała na mężczyznę, który stał niedaleko nich, we wnętrzu obcego dla niej, dziwnego domu, znajdującego się w jeszcze bardziej obcym i jeszcze dziwniejszym świecie. Parsknęła ironicznie, słysząc mętne tłumaczenie Akiro i widząc jego księgi z klasyfikacją potworów.
— Im dłużej tu jestem, tym bardziej zdaje mi się, że twoja obecność tutaj jest jedynie zapalnikiem dla mojej irytacji — wyznała, jakby zastanawiając się, czy nie eliminować elementu, który powoduje taki stan rzeczy - samego Oriego, jednak chyba uznała, że póki co się powstrzyma, bo zamilkła.  Gdy opowiadał im o poziomach demonów nie mogła się wprost powstrzymać przed kolejnym złośliwym komentarzem:
— Jaki więc jest twój poziom w tej klasyfikacji? Gdy nam powiesz będzie nam z Argo prościej określić swój. Po prostu pomnożymy go przez dwa i sprawa załatwiona. Chyba że twój to zero — uśmiechnęła się słodko. — Proponuję, żeby zamiast opowiadać nam dlaczego to nie możesz nas wysłać z powrotem i co konkretnie w tym twoim magicznym borze oprócz mnie czyha na twoje życie, a zaczął mówić o rzeczach, które naprawdę mogą nam pomóc, to byłabym niezmiernie wręcz wdzięczna. — Akiro westchnął i spojrzał na nią z mieszaniną irytacji i bezsilności. Kobieta wykonała sarkastycznie zachęcający ruch dłonią, podczas gdy drugą teatralnie podparła brodę.
— Jest jedno miejsce, w które możemy się udać. To kawałek drogi stąd, jednak jestem pewien, nie, mam nadzieję, że z niego uda nam się wrócić z powrotem do naszego świata. — odparł w końcu.
— Wreszcie jakieś konkrety — burknęła ciemnowłosa, jednak jej dalsze docinki przerwane zostały przez głos Alfy, która do tego momentu nie uczestniczyła aktywnie w ich rozmowie:
— Zdajesz sobie sprawę z tego, co stanie się z tobą, jeśli twoja nadzieja się nie sprawdzi? Albo co gorsza — podeszła do niego o krok, a Camille z niemałą satysfakcją oglądała, jak kuli się i wierci pod jej przenikliwym spojrzeniem.
— Gdybym chciał was zdradzić, zrobiłbym to wcześniej — próbował się obronić chłopak, jednak po chwili zamilkł. Belcourt klasnęła w dłonie z wesołym uśmiechem.
— No, to chyba nie ma na co czekać, kochani moi!
(Argo?)

Od Camille cd. Lorema

  Dłoń niemal bezwiednie zwinęła jej się w pięść, a paznokcie wbiły się w skórę, pozostawiając na wnętrzu dłoni cztery półokrągłe ślady. Wzrok Camille utkwił w przechodzącym mężczyźnie, który niewątpliwie zupełnie zignorował ich obecność oraz fakt, że rozmawiali. Zmarszczyła brwi, utkwiwszy w nim wzrok. Szedł dalej, jak gdyby nigdy nic. Jej szczęka zacisnęła się na moment, jednak po chwili spojrzała w oczy Lorema, a jej źrenice rozszerzyły się lekko z powodu niepokoju. 
— Myślisz, że nas nie zauważył? — spytał Lorem lekko niepewnie, widocznie tak jak on nie wiedział za bardzo, co się dzieje. Potrafiła wyczytać jednak z jego twarzy, że akurat w przeciwieństwie do niej, on sam wie, gdzie się znajdują. Jej samej jasne uliczki i budynki nie mówiły dokładnie nic. Westchnęła cicho, przeczesując włosy dłonią.
— Nawet nie tyle nie zauważył, co po prostu nie widział — odparła filozoficznie, a na jej ustach pojawił się dziwny uśmiech. — Musimy spróbować znaleźć kogoś, kto będzie wiedział, co tu się dzieje. Kto w ogóle będzie zdawał sobie sprawę z naszego istnienia.  — postanowiła, za co otrzyała jedynie oszczędne, wciąż ostrożne skinienie głową. — Jak sądzisz, ile czasu zostało nam do pożaru? — nie chciała znać odpowiedzi. Nie chciała czuć nad sobą oddechu kata z tykającym zegarem zamiast topora. Zwłaszcza, że mina Lorema, gdy usłyszał jej pytanie, nie mówiła najlepiej. A jego odpowiedź tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że nie są aktualnie w cudownej sytuacji.
— Obawiam się, że niewiele. — Camille przymknęła na chwilę oczy, powstrzymując kolejne, ciężkie westchnięcie — Jeśli naprawdę mamy kogoś znaleźć, powinniśmy się udać w miejsce, gdzie o tej porze będzie dużo ludzi — zerknął na słońce, jakby sprawdzając która godzina. Kobieta przygryzła policzki od środka.
— Obawiam się, że w tej formie nieszczególnie ci pomogę — odezwała się w końcu, podejmując decyzję o wyjawieniu mu jednej ze swoich tajemnic. — Jeśli będziesz mnie potrzebować, to zrobię co w mojej mocy. — przymknęła oczy, po czym zamiast jej postaci pojawiła się smukła sylwetka kruka. W tej okolicy powinien przyciągnąć wzrok, jeśli ktokolwiek ich zauważy. Poza tym, wyglądał niemal niegroźnie, więc element zaskoczenia zawsze byłby po ich stronie. Czarne jak noc stworzenie usiadło na ramieniu mężczyzny, a jego łebek uspokajająco oparł się na chwilę o policzek Lorema, jakby przekazując wsparcie. Miała nadzieję, że znajdą jakieś wyjście z tej sytuacji.
(Loruś? Sry za zmianę osoby, ale wolę wszędzie w 3 pisać, bo już mi się chrzani co i gdzie XD)

31 sierpnia 2019

Od Camille cd. Calii

  Nie — zaprotestowałam gorliwie. 
— Nie ma nawet takiej możliwości.
— Ale Caaaaam — jęknęła moja przyjaciółka żałośnie. — Przecież w moim mieszkaniu wszyscy się nie zmieszcząą. Sąsiedzi będą narzekać! — wysunęła kolejny argument, jednak po ciszy po mojej stronie chyba zdała sobie sprawę, że nie interesują mnie jej sąsiedzi i jeśli naprawdę będzie chciała mnie przekonać, będzie musiała wymyślić coś lepszego. Chrząknęłam znacząco, by uświadomić jej, że od paru dobrych chwil praktycznie nie daje znaku życia.
— Sprowadzisz sobie kogo chcesz — burknęła w końcu — tancerki, piniaty czy co tam zdecydujesz.
— Rozumiem że bar również zalicza się do "co tam zdecyduję"? — dopytałam, a na moją twarz wypłynął uśmiech.
— Akurat na alkohol liczę najbardziej w aktualnej sytuacji — odparła, co uznałam za potwierdzenie swych słów.
— I jak rozumiem nie zostawisz mnie samej z ogarnianiem tego wszystkiego zarówno przed jak i po imprezie? — drążyłam dalej. Znając umiejętności Ace do wykręcania się z jakiejkolwiek roboty musiałam usłyszeć jej słowo, by mieć pewność, że w połowie naszej bojowej misji nie stwierdzi, że pora na taktyczny odwrót. Parsknęła cicho, a ja oczyma wyobraźni widziałam jak przewraca oczami zrezygnowana i lekko zirytowana już moją dociekliwością.
— Masz to jak w banku. — skinęłam sama do siebie głową. Czy było coś jeszcze o co powinnam spytać, zanim podejmę się organizacji całego wydarzenia? Zdecydowanie.
— Fionn nie przychodzi — zastrzegłam sobie od razu, a Calia zachichotała.
— Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabyś go zaprosić — rzuciła w odpowiedzi. Wiedziałam, że akurat w tej kwestii nie mogę liczyć na nic więcej, więc jedynie zaklęłam cicho. Odpowiedziały mi kolejne podejrzane odgłosy rozbawienia.
— To jak? — podjęła po chwili — zgadzasz się?
— Tak — odparłam w kocu, zastanawiając się, czy nie wolałabym podpisywać paktu z diabłem o własną duszę niż urządzać imprezę z tą małą lisicą.
(Calia?)

Od Camille cd. Lorema

  Poczułam się jeszcze gorzej niż przed chwilą. Ze zdwojoną siłą otarło do mnie, że przychodzenie tam było pomysłem złym. Bardzo złym. Jednak mimo to uśmiechnęłam się lekko do kobiety, a moja dłoń powędrowała o dłoni Lorema, ściskając ją pokrzepiająco. Ciężko było mi stwierdzić czy nie wyrwał jej dlatego, by nie wyprowadzać matki z błędu czy też może po prostu potrzebował jakiegoś punktu zawieszenia wśród dziwnych zdarzeń. Zanim się odezwałam, posłałam niebieskowłosemu ostatnie spojrzenie, mówiące: "Wyciągnę nas stąd. Obiecuję". Nie wiedziałam, czy dotarła do niego przekazywana przez nie wiadomość, jednak nie mogłam zwlekać dłużej.
Sit nomen meum Camille Belcourt. Et tu jus - Non veni huc. Extraneus factus sum filia desiderium eduxisti de fructibus terrarum. Qui etiam recte, et adhuc sint in flore utilitates. Ut Lorem... (Nazywam się Camille Belcourt. I ma pani rację - nie pochodzę stąd. Jestem córką pewnego zagranicznego kupca, którego chęć zarobku sprowadziła tutaj z dalekich krain. Jego intuicja również nie zawiodła, a jego interesy nadal kwitną. Jeśli zaś chodzi o Lorema...) — zmyślałam na poczekaniu, uznając, że będzie mi prościej nas stąd wyrwać, jeśli okażę przynajmniej częściową uprzejmość wobec kobiety. Czułam jak Lorem sztywnieje z każdym moim słowem, lekko kuląc się przed przenikliwym spojrzeniem matki. Do swojej opowieści dodałam jeszcze kilka zdań dotyczących tego, że pociągała mnie w Impsumie jego nieśmiałość, a także sposób w jaki z pasją wypowiadał się w niektórych kwestiach. Zakończyłam swoją wypowiedź żartem dotyczącym tego, że jak tak dalej pójdzie, sama będę zmuszona się mu oświadczyć, po czym wstałam, ciągnąc mężczyznę za sobą.
Optime enim hospitum modo relinquere cogimur pulcherrimum (Dziękujemy za gościnę, jednak teraz jesteśmy zmuszeni opuścić pani piękny dom) — powiedziałam, a mój głos wzmocniony nadnaturalnymi zdolnościami trafił do uszu kobiety niczym dźwięk harfy. Skinęła głową i uśmiechnęła się, również podnosząc z siedzenia.
Bene, bene. Et ambulabunt ad ianuam, sed vos have ut promitto me: ut Lorem ac deducere, quod sibi usque huc (No dobrze, dobrze. Odprowadzę was do drzwi, ale musisz mi obiecać Loremie, że jeszcze kiedyś ją tu przyprowadzisz.)
Me adducere. Et erit usque a portam ipsis, mater (Przyprowadzę. A do drzwi trafimy sami, matko) — odparł słabym głosem mężczyzna. Zobaczyłam w oczach Iliady błysk, który sprawił, że moje serce się ścisnęło. Podeszła do nas i uścisnęła mnie lekko, a swojego syna pocałowała w czoło, po czym poklepała go po ramieniu. Nie powiedziała jednak nic więcej. Ruszyłam w stronę wyjścia, wciąż nie puszczając dłoni towarzysza. Zrobiłam to dopiero gdy znaleźliśmy się poza granicami jego domu. Przeczesałam dłońmi włosy, nie za bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.
— Przepraszam — rzuciłam cicho do niego, zaciskając oczy, by nie opuściły ich łzy spowodowane poczuciem winy — przepraszam, że przeze mnie stało się... to wszystko.
(Lorem?)

18 sierpnia 2019

Od Camille cd. Calii

Nie byłam pewna od czego powinnam zacząć, jednak ponaglające syknięcie Calii spowodowało , że słowa same ułożyły się na moim języku.
— Kiedy wyszliśmy, zaoferował mi ramię — zaczęłam się czerwienić, gdy usłyszałam kolejną gwałtowną reakcję Ace. — Potem spacerowaliśmy...
— I co? Tyle? — podejrzliwa odpowiedź dziewczyny sprawiła, że wywróciłam oczami, po czym westchnęłam.
— No nie... nie do końca — wyznałam.
— No to konkrety, moja panno, k o n k r e t y
— W końcu dotarliśmy do jakiegoś budynku. Powiedział, że chce mi coś pokazać. — niemal byłam w stanie zobaczyć uniesione brwi Calii, gdy wydała z siebie dziwne parsknięcie 
— Czy to była sztuczka w stylu czwartej bazy? — spytała, niemal się dusząc ze śmiechu. Fuknęłam na nią zirytowana, jednak na ustach wciąż błądził mi lekki uśmiech.
— Jak jesteś taka mądra to idź i jego spytaj jak było — rzuciłam tylko, marszcząc brwi. Nie było opcji, bym usiedziała na miejscu, więc spacerowałam właśnie po każdej możliwej powierzchni na swojej posesji.
— No dobra, dobra, już — odparła tylko, a ja wiedziałam że byłaby w stanie to zrobić. 
— Więc wjechaliśmy windą na ostatnie piętro, na dach...
— I stamtąd obserwowaliście zachód słońca, a jego delikatne promienie delikatnie otulały wasze spragnione miłości twarze — zapiała Calia, a ja byłam pewna, że za chwilkę zniesie jajko z zachwytu.
— Znowu się zapędziłaś — upomniałam ją. — I wtedy on powiedział — zrobiłam efektowną przerwę, niemal czując napięcie z drugiej strony. — Że moje oczy w tym świetle przypominają mu papierek wskaźnikowy w zasadzie. — zakończyłam poważniejszym tonem. Po drugiej stronie zapanowała cisza.
— Co powiedział — Calia wydawała się porządnie wytrącona z równowagi. Parsknęłam śmiechem, nie mogąc się powstrzymać. Moja przyjaciółka warknęła cicho, zirytowana moim żarcikiem.
— Powiedział — zaczęłam ponownie, tym razem nie siląc się na żarty. — Że moje oczy w tym świetle przypominają mu zachody nad morzem przy wybrzeżach Irlandii. Że przypominają mu dom.
(Calia?)

16 sierpnia 2019

Od Camille cd. Calii

  Moja twarz spąsowiała efektownie, a ja spuściłam nieco głowę by ukryć ten fakt, oraz zaciśniętą z gniewu szczękę. 
— Dziękuję — powiedziałam szczerze, znów podnosząc wzrok, starając się zignorować zaczerwienione policzki. Fionn uśmiechnął się szerzej.
— Ależ nie ma za co. Nawet jeśli była to pomyłka — och, gdyby tylko wiedział o tej diablicy — to była to jedna z lepszych pomyłek, jakie ktokolwiek mógłby popełnić — uniosłam kącik ust ku górze. Gdy upijał łyka swojej kawy, odwróciłam wzrok w kierunku tego uosobienia zła i zmroziłam ją wzrokiem. Wyszczerzyła zęby i pokazała kciuki w górę. Odwróciłam się, ostentacyjnie przewracając oczami.
— W takim razie pozwolisz, że przejdziemy do konkretów — zaczęłam po chwili, gdy udało mi się opanować zmieszanie.
— Oczywiście — odparł miękko, wciąż wpatrując się we mnie, jakby próbował ponownie wyprowadzić mnie z równowagi. Jednak na jego nieszczęście jedną z nielicznych osób, które potrafiło to zrobić w rekordowo krótkim czasie była Calia, więc podjęłam grę i również patrzyłam mu w oczy bez wstydu. — Czy Pectis pragnie wysunąć jakieś żądania w stosunku do Menthis?
— Tak — odparłam jedynie, wciąż nie przerywając bitwy na spojrzenia. Nie byłam już Camille Belcourt, dziewczyną zdenerwowaną na przyjaciółkę z powodu jakichś głupich kwiatów. Byłam Słowikiem, głową mafii Pectis, jedną z bardziej wpływowych osób w mieście. Nie wiedziałam, co mój rozmówca będzie sądził o tej zmianie, jednak w tym momencie mnie to nie interesowało. Liczyło się tylko Pectis. Uzgadnialiśmy szczegóły przez dość długi okres czasu, aż przyszedł czas, by zakończyć spotkanie. Mimo moich początkowych protestów, O'Reilly zapłacił za nas oboje. Co odnotowałam z pewnym uznaniem, zostawił również dla Calii spory napiwek, po czym opuściliśmy Mojito. Naręcze kwiatów w moich dłoniach pięknie wyglądało w świetle zmierzającego ku zachodowi słońca. Pogładziłam palcami jeden z kwiatów, ponownie zerkając ukradkiem na Fionna.
— Camille? — zaczął, a ja spojrzałam na niego pytająco. — Czy miałabyś coś przeciwko, byśmy przeszli się jeszcze przez chwilę? Nie chcę jeszcze wracać do nudnych badań i codzienności — zażartował, oferując mi ramię. Mając głęboko gdzieś zdanie Calii, która na pewno nie da mi przez to żyć, przyjęłam je z uśmiechem.
(Cal? kwiatki piękne, tak jak ten, kto je dostał ^^)

Od Camille cd. Lorema

  Dobrze — odparłam jedynie jak najłagodniej umiałam, kiwając lekko głową. Musiałam zabić w sobie ciekawość jeśli chodziło tajemnice tego miejsca. Po chwili zastanowienia położyłam mu dłoń na ramieniu. — Zabierajmy się stąd — dodałam, wstając i wyciągając rękę w jego stronę, którą po chwili zastanowienia schwycił i również podniósł się do bardziej pionowej pozycji. Uśmiechnęłam się do niego lekko, po czym odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w kierunku drzwi, wciąż starając się unikać wzrokiem straszliwych mozaik. Wyjrzałam do pokoju z fontanną schylając się lekko, bym w razie czego miała sekundę więcej na wycofanie się, jednak nikogo tam nie było. Zachęcona nieco tym faktem przeszłam przez przejście razem z Loremem i cichym, czujnym krokiem ruszyłam w drogę powrotną do wyjścia. Mężczyzna pomagał mi, jeśli nie byłam pewna w którą stronę powinnam się udać, jednak na ogół dawał się prowadzić jak przestraszone jagniątko. Co jakiś czas jedynie zatrzymywał się na moment i rzucał niemrawe, nie zawsze dające się zrozumieć komentarze jak choćby "Nigdy nie sądziłem, że znów zobaczę to impluvium" albo "Bałem się tego wizerunku, gdy byłem dzieckiem". Zdecydowałam nie odpowiadać na to, co mówił. Widziałam, że był we własnym świecie pełnym wspomnień i nie chciałam go stamtąd wyrywać na siłę. Byłam oczywiście gotowa zainterweniować, gdyby zaczęło to wyglądać poważniej, jednak póki co cała jego postawa wskazywała bardziej na powrót do korzeni niż zagrożenie życia. Tak jak on uratował mnie w sierocińcu - pojawiło się w mojej głowie, a ja niemal zatrzymałam się jak wryta. Nie miałam pojęcia skąd ten wniosek... Czy to możliwe, że zaczęłam przypominać sobie o nim nieco więcej? Tym zamierzałam zająć się później. Nie mogłam dać się rozproszyć, gdy byliśmy już tak blisko wyjścia. Zatrzymaliśmy się przy drzwiach, a ja wyciągnęłam w ich stronę dłoń.
— Lorem, que tu properas [Loremie, dokąd idziesz?] — usłyszeliśmy za sobą kobiecy głos, a moja ręka znajdująca się na klamce zacisnęła się tak mocno, że aż zbielały mi kłykcie. Spojrzałam na mojego towarzysza z przerażeniem. "Co my teraz zrobimy?" pytały moje oczy, jednak wzrok Impsuma mówił mi, że on również czuje się zupełnie zagubiony i zalękniony. Jedno było pewne - mieliśmy kłopoty.
(Lorem?)

Od Camille cd. Calii

   Wciąż wściekła jak osa weszłam po schodach na pierwsze piętro swojego domu, by udać się do sypialni. Mimo wszystkich zawirowań i głupich pomysłów mojej przyjaciółki, czas nie zamierzał nawet trochę zwolnić, nie mówiąc już o zatrzymaniu się. Musiałam się więc przygotować na swoje biznesowe spotkanie, wciąż modląc się w duchu, by Calia nie zrobiła czegoś głupiego. Zerknęłam na zegarek, po czym parsknęłam cicho. Niezależnie od przyszłych głupich komentarzy Ace nie zamierzałam iść na to spotkanie rozczochrana w jakimś dresie, dlatego też szybko zabrałam się do pracy, decydując, że Fionn O'Reilly padnie do moich stóp. W sprawach biznesowych oczywiście.
   Wierzchnia warstwa mojej grafitowej sukienki zaszeleściła lekko, gdy wsiadałam do samochodu mojego przyszłego współpracownika. W jego oczach odbijały się światełka z jej srebrnych akcentów nadając im nieco dzikszy wygląd, co z pewnością dla niektórych kobiet mogłoby mieć swój urok. Jednak nie dla mnie. 
— Cieszę się, że zdecydowała się pani na nasze spotkanie — powiedział, gdy okrążył już samochód i wsiadł na miejsce kierowcy.
— Ja również — potwierdziłam szczerze — choć muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak rychłej odpowiedzi z pańskiej strony.
— Droga pani, Bóg mi świadkiem, że takie sprawy traktuję zdecydowanie bardzo poważnie — oderwał na chwilę wzrok od drogi, by spojrzeć na mnie z lekkim uśmiechem, który odwzajemniłam. Droga minęła na na wymianie szeroko pojętych uprzejmości lub niezobowiązującej pogawędce na różnorakie tematy, jednak prawdziwy problem mógł zacząć się po naszym wejściu do kawiarnianej części. Jak nietrudno było się spodziewać, osobą, która nas powitała (w niezwykle profesjonalny i zupełnie bezstronny sposób) była Calia Ace we własnej osobie. Poczułam, jak na moje policzki wypływa lekki rumieniec, jednak miałam nadzieję, że przynajmniej Fionn tego nie zauważy. Błysk w oku Szafira powiedział mi więcej niż wszystko, co mogłaby powiedzieć. Było pewne, że nie da mi żyć. Zaprowadziła nas do stolika i przyjęła zamówienie. Z pewnym ciepłem w sercu odnotowałam, że póki co nie wywinęła żadnego numeru i miałam szczerą nadzieję, że ten stan rzeczy się utrzyma. Jednak, gdy przyniosła nasze zamówienie: moją kawę mrożoną i espresso mojego sojusznika, oczko, które mi puściła powiadomiło mnie, że klamka już zapadła i nie było dla mnie żadnego ratunku.
  (Cal?)

15 sierpnia 2019

Od Camille cd. Calii

Było naprawdę niewiele rzeczy na tym świecie,  których byłam całkowicie pewna. Mniej więcej za świadomością zbliżającej się nieuchronnie śmierci czy faktu, że któregoś dnia dosięgnie mnie kara za wszystkie moje występki klasyfikowała się wiedza o nieobliczalności mojej przyjaciółki - Calii Ace. Ścisnęłam telefon w dłoni, aż pobielały mi kłykcie. Sama nie wiedziałam czy jestem bardziej wściekła czy pełna podziwu dla jej umiejętności, jednak wolałam się trzymać pierwszej, bezpieczniejszej opcji.
— Jesteś już martwa, wybieraj sobie wieniec — dodałam jeszcze słodszym tonem, obiecując sobie, że na następnym spotkaniu ją rozszarpię. Potrząsnęłam głową, by wyrzucić tę kuszącą wizję z głowy.
— Ale o co ci chodzi, kochana? — spytała niewinnie, a ja już widziałam w myślach jej złośliwy uśmieszek. Zacisnęłam usta w cienką linię.
—A wiesz, że zupełnie nie mam pojęcia? — odparłam, czując jak cala gotuję się w środku. — Może o to, że śmiałaś nie dość że wziąć mój telefon w swoją lepką łapkę, odblokować go i bogowie wiedzą jeszcze co. I na dodatek. Napisałaś. Do. Fionna. — wycedziłam, nie mając już sił na udawanie spokoju.
— To był wyśmienity pomysł, złotko — odparł Szafir, cmokając cicho — Przecież od początku mówiłam ci że powinniście umówić się u nas w pubie i voila, cała sprawa załatwiona. — pokręciłam głową nad jej bezczelnością — Odpisał ci prawda? — warknęłam cicho w odpowiedzi. — Wiedziałam! A jeśli będzie nachalny to będziesz mieć swoją księżniczkę na białym rumaku - mnie. Ja cię uratuję, kochana.
— Te, Don Kichot. Wstrzymaj konie. To spotkanie biznesowe. Do niczego takiego nie dojdzie — niemal poczułam jak przewraca oczami. — Nie zrób mi wstydu, babo.
— Się wie — odparła wesoło. — Też cię kocham.
— Och zamknij się — żachnęłam się, po czym rozłączyłam się, wciąż lekko wytrącona z równowagi.  
  Calia Ace nie znała żadnych granic.
(Calia?)

Od Camille cd. Lorema

Lekko zmieszana odwróciłam wzrok od mozaik na ścianach. Policzki lekko mi się rozpalały, choć usilnie próbowałam nie zwracać uwagi na wyczynz anioła z ludzką kobietą. Potrząsnęłam głową, by skupić się na właściwym problemie, a mój wzrok zogniskował się na Loremie i trzymał się go jakby był jedyną stałą we wszechświecie, jedyną osobą z którą kiedykolwiek chciał mieć coś wspólnego.
— Nie powinno jej tu być, prawda? — upewniłam się. Lorem ponuro skinął głową.
— Zdecydowanie — potwierdził, wciąż uparcie wpatrując się w jakiś losowy punkt, byleby nie był on mną.
—W takim razie... — przerwałam na chwilę, by zebrać myśli. — Jej nie powinno tu być. Ten dom nie powinien tak wyglądać — zaczęłam wyliczać. Aż w końcu w mojej głowie pojawił się pomysł. Szalony, zupełnie niemożliwy, ale... nie wiem czy była jakakolwiek inna możliwość. Przeczesałam włosy dłonią i podeszłam krok bliżej do mężczyzny, a moje palce owinęły się wokół jego ramienia.
— Lorem — dałam radę wydusić. Spojrzał na mnie z mieszaniną niepokoju i zaciekawienia. — Jaka jest szansa na to... że to wszystko po prostu się — puściłam go jedynie po to, by machnąć dłonią w nieokreślonym ruchu. — zamroziło? To znaczy... czy wszystko zupełnie zatrzymało się w miejscu? Nie wiem, czy wiesz o co mi chodzi — wymamrotałam. Spojrzał na mnie z lekkim powątpiewaniem. Jego niebieskie włosy przesunęły się minimalnie, gdy przechylił lekko głowę. Nagle i do niego dotarło co miałam na myśli. 
— To... to niemożliwe — rzucił niepewnie.
— Tak. Ale po tym co przeżyliśmy ostatnio oboje jestem w stanie wziąć tę opcję pod uwagę — zaoponowałam cicho. Wzdrygnęłam się, gdy dotarła do mnie kolejna ewentualność — A jeśli to prawda — zbladłam na samą myśl o tej opcji — Czy my również zaczęliśmy należeć do tego domu? Zamarzliśmy? — spojrzałam na niego, szukając w jego twarzy czy postawie znaku, że gadam kompletne głupoty i powinnam się leczyć. Nic takiego jednak nie odnalazłam.
(Lorem?)

14 sierpnia 2019

Od Camille cd. Argony do Akiro

   Gdy tylko ten głupi szczeniak je opuścił, Camille dała upust swojej irytacji i warknęła cicho. Dziwna, ukryta wioska, w której się znaleźli, fakt, że Akiro wdrapał się po drabinie nie wiadomo po co i nie wiadomo dokąd, sprawiał że odzywał się w niej jakiś dziki instynkt. Jej krew aż huczała, by wszystkich rozszarpać, jednak mimo tej wewnętrznej burzy, jej twarz była względnie spokojna, wygięta jedynie w lekko zirytowanym grymasie. Cokolwiek działo się tam na górze, dwie kobiety raczej nie miały zostać do tego dopuszczone. Belcourt rozejrzała się po okolicy, chowając dłon do kieszeni kurtki, by ścisnąć chłodny metal pistoletu, obiecując sobie w myślach, że jeśli Akiro nie przestanie się z nimi bawić, gdy zejdzie na dół, to po prostu go zastrzeli i dopiero potem będzie się martwić powrotem do domu.
— Może powinnyśmy się trochę rozejrzeć po okolicy? — spytała cicho Argony, która skinęła głową. Wioska była ładnym, spokojnym miejscem. Mieszkańcy, wyjątkowo nieufni wobec intruzów nie chcieli mieć z nimi jakichkolwiek interakcji, a nawet gdyby, to bariera językowa była zdecydowanie zbyt duża, by przebić ją w ciągu kilkunastu minut. Bez większych postępów w zrozumieniu, co tak właściwie dzieje się dookoła, wróciły pod drzewo, na którym zniknął ich jedyny łącznik ze znanym im światem. Trzeba było przyznać, że mimo tego, że aktualnie obie z chęcią rozszarpałyby go na strzępy, to tym właśnie był Akiro Ori. Ich jedyną opcją, ostatnim ratunkiem. Dlatego też, gdy chłopak zszedł na dół, wraz z jakimś obcym mężczyzną, głowa Mafii Pectis powstrzymała chęć zobaczenia, jak jego mózg rozbryzgnie się po drzewie i po prostu uniosła brew.— Czyżby kolejna osoba zeszła udowodnić twoją niekompetencję? — spytała chłodno, unosząc brew. — Czy może twój uroczy koleżka jest nieco mądrzejszy od ciebie i jest w stanie udzielić nam odpowiedzi, jak mamy wrócić do siebie? — zignorowała ich, i zaczęła oglądać swoje paznokcie, jakby nie interesowało jej zbytnio nic poza nimi — Bo chyba zdajesz sobie sprawę z tego że z każdą minutą tutaj, cena za twoją głowę rośnie? I nie zatrzyma się, jeśli będziesz próbować znowu z nami grać, Ori — dodała, a jej głos niczym okruchy lodu wbiły się w chłopaka, aż się wzdrygnął. Dopiero po chwili zmierzyła go przenikliwym spojrzeniem. Nie wiedziała, czy wziął sobie jej słowa do serca, czy też zupełnie to zignorował (w co wątpiła).— To jest Faro — powiedział, jakby to miało im wyjaśnić cokolwiek — Mój dawny... kompan
— Cudownie — skomentowała — I co z tego?
(Argo?)

Od Camille cd. Lorema

  Mimo tego, że biegłam za Loremem jak najszybciej mogłam, by tylko go dopędzić, nie mogłam nie zauważyć wszystkich wspaniałości budynku. Nie znałam się zbytnio na architekturze, jednak złożoność budowli, jej surowe piękno wręcz zapierało dech w piersiach. Mozaiki na ścianach wykonano na modłę potęgi dawnego Rzymu, jednak ich idealny stan sprawiał wrażenie, jakby wykonano je maksymalnie kilkanaście lat temu. Nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć, a gdy spojrzałam na swojego towarzysza zrozumiałam, że on również nie do końca tego się spodziewał. Machnął ręką w kierunku fontanny, jakby coś tam zauważył, jednak gdy spojrzałam w tamtym kierunku, zauważyłam jedynie dziwne mignięcie jakiegoś kształtu, które równie dobrze mogło być grą światła i niczym więcej, poza tym fontanna była ładna ale zupełnie zwyczajna. Uniosłam brew, coraz bardziej zaintrygowana całą tą sytuacją. 
— Ile czasu minęło, odkąd ostatnio tu byłeś? — spytałam, starając się ułożyć sobie wszystko w głowie.
— Dawno temu — odparł tylko niemrawo, a ja poczułam, że niczego konkretniejszego póki co od niego nie wyciągnę. Szok był aż nadto wypisany na jego twarzy, połączony z czymś, co mogło być wspomnieniem starego, złego wydarzenia lub po prostu grymasem - nie wiedziałam. — Bardzo — dodał po chwili, tak cicho, że ledwie go usłyszałam. Postanowiłam zostawić go na chwilę, by obejrzeć dokładniej willę w poszukiwaniu czegoś dziwnego, jednak jedynym co zwracało uwagę było piękno wnętrz, jednak wciąż nie było to nic nadnaturalnego. Chociaż jeśli miałam wierzyć słowom Lorema... W głowie zapanował mi zupełny mętlik i gdy wróciłam z powrotem do towarzysza, musiałam wyglądać niewiele lepiej od niego.
— Co tam zobaczyłeś? — spytałam w końcu — Wtedy, przy tej fontannie.
— Nimfa... albo coś w tym stylu — odparł po długiej chwili, jakby przez ten czas zastanawiał się, czy powinien mi odpowiadać.
— Może powinniśmy spróbować ją odnaleźć — zaczęłam głośno myśleć, szukając możliwego wyjścia z tej dziwnej sytuacji — Albo obejrzeć dokładnie całą tę rezydencję. Są tu jakieś tajne przejścia, pokoje albo coś w tym stylu — wzruszyłam ramionami, czując się nieco niekomfortowo z powodu utraty kontroli nad sytuacją.
(Loruś?)

8 lipca 2019

Od Camille cd. Calii

  Przymknęłam oczy, wzdychając zirytowana. Gdy znowu je otworzyłam, zobaczyłam wyszczerzoną jak głupi do sera twarz mojej przyjaciółki.
— Nie spóźnisz się aby, złotko? — zapytałam troskliwie.
— Niewykluczone — przyznała, jednak nie ruszyła się ani o milimetr, a z jej twarzy nie schodził głupi uśmieszek — ale każda reprymenda za to jest warta oglądania minutę dłużej twojego cierpienia i żałosnych prób wyparcia się miłości do Fionna — zamrugała niewinnie, a ja zirytowana wstałam z miejsca. Wyciągnęłam z szuflady torebkę i zapakowałam w nią jednego rogalika z czekoladą, po czym wepchnęłam go Calii w dłonie.
— Masz dziecko, jak zgłodniejesz — rzuciłam, uśmiechając się miło — czyli za jakąś plus minus godzinę. — prawie siłą podniosłam ją z krzesła i wyprowadziłam z mojego domu, machając jej na pożegnanie z nieco złośliwym wyrazem twarzy. — Dziękuję za sukienkę, pa pa! — dodałam tylko, po czym zamknęłam za nią drzwi i westchnęłam ciężko.
— Ja i tak swoje wiem! — usłyszałam rozbawiony głos dziewczyny z ich drugiej strony, parsknięcie śmiechem i odgłos schodzenia po schodach. Parsknęłam zirytowana, na wszelki wypadek zamykając drzwi na klucz (choć w gruncie rzeczy nie sądziłam, by jakikolwiek zamek był w stanie powstrzymać moją przyjaciółkę przed ponownym włamaniem mi się do domu). Wróciłam do kuchni i sprzątnęłam po naszym śniadaniu, wciąż rozmyślając nad głupimi insynuacjami Calii. Ta dziewczyna naprawdę nie znała żadnych, absolutnie żadnych granic jeśli chodziło o żarty (zwłaszcza z mojej osoby). Zaczęłam powoli poddawać pod wątpliwość sens całej naszej przyjaźni, jednak pomimo jej wszystkich głupich akcji zrobiłabym dla niej wszystko. Po raz kolejny tego dnia westchnęłam cierpiętniczo. Nie dam nikomu jej skrzywdzić, ale bogowie mi świadkami, że któregoś dnia sama ją zamorduję.
(Cal?)

6 lipca 2019

Od Camille cd. Lorema

  Moją twarz rozjaśnił lekki, może nieco matczyny uśmiech.
— Bardzo chętnie — odparłam, zerkając na niego. — Ale najpierw trzeba załatwić inną sprawę. Mogę? — spytałam, zbliżając dłoń do rany na jego szyi. Po chwili niepewności, przysunął się lekko w moją stronę. Wolną ręką nieco odsunęłam jego włosy, by mi nie przeszkadzały, drugą przyłożyłam do rany delikatnie. Cieszyło mnie, że o tej porze w kawiarence było tak mało ludzi. Dzięki temu mogłam spokojnie wykonać cały zabieg nie martwiąc się, że ktoś zwróci na mnie więcej uwagi niż powinien. Po chwili puściłam mężczyznę. Skóra w miejscu, gdzie ją dotykałam znowu była gładka, jakby całe zajście sprzed chwili w ogóle nie miało miejsca. Nie wiedziałam, dlaczego w ogóle przyznałam się przy nim do posiadania tej umiejętności, jednak moja wewnętrzna chęć zaufania mu a także pokazania, że może na mnie polegać była wyjątkowo silna.  Wyciągnęłam z torebki mokre chusteczki i wytarłam nimi lekko zabrudzoną krwią dłoń. Wyciągnęłam w jego kierunku opakowanie, by mógł uczynić to samo.
— No — rzuciłam, gdy czyścił palce — teraz możesz mnie zaprowadzić do swojej, jak to określiłeś, "willi". Co więcej, będzie mi bardzo miło — przeczesałam dłonią włosy, nie wiedząc jak powinnam zakończyć swoją wypowiedź. Lorem skinął głową i wstał, upychając chusteczkę do kieszeni. Opuściliśmy kawiarenkę i skierowaliśmy się w bliżej nieznanym mi kierunku. Otaczający nas tłum stawał się rzadszy, co wskazywało na przenoszenie się z serca tętniącego życiem miasta w nieco inne  jego rejony. Szłam ramię w ramię z Impsumem, może nieco za nim, jednak przez większość drogi panowała między nami cisza - jedna z tych mniej niezręcznych, to trzeba było przyznać. Jakiś czas później mężczyzna zatrzymał się nagle. Zaskoczona tym, prawie na niego wpadłam, jednak udało mi się w porę tego uniknąć. Odsunęłam się kawałek, stając obok niego, mogąc w końcu w spokoju skupić się na tym, na co patrzył. Podniosłam wzrok, a widok, który jawił się przed moimi oczami, napawał mnie wyjątkowym wręcz niepokojem wymieszanym z fascynacją. Nierozumiejącym jeszcze zbyt wiele spojrzeniem zwróciłam swoją uwagę na Lorema, oczekując jakiegoś wyjaśnienia na to wszystko, co się wokół nas działo.
(Loruś?)

18 czerwca 2019

Od Camille cd. Calii

  Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, złotko — rzuciłam cierpkim tonem, czując jak moja irytacja wzrasta z każdym wypowiedzianym przez Calię słowem wzrasta. Kochałam ją jak siostrę, ale momentami miałam ochotę ją zamordować. To był zdecydowanie jeden z tych momentów — Ale jedyna osoba, która dotąd mi się podobała od kilku miesięcy wącha kwiatki od spodu i to z mojej winy — zakończyłam. — Także prosiłabym o zaprzestanie takich komentarzy, bo nie zamierzam na pewno z nikim brać ślubu, w przeciwieństwie do ciebie. A teraz wybacz, ale muszę wykonać ważny telefon. Wzięłam urządzenie z parapetu i wykręciłam wczoraj zapisany numer. Po kilku sygnałach połączenie zostało nawiązanie.
— Witam — rzuciłam ciepło, wciąż mordując Calię wzrokiem, jednak ta niewiele sobie z tego robiła i dalej w spokoju popijała kawę. — Mam nadzieję, że to nie za wczesna pora — dodałam uprzejmie.
— Nie, skądże. Idealna rzekłbym wręcz — głos Fionna po drugiej stronie był tak samo radosny, jak poprzedniego dnia.
   Była to rzecz, która wyjątkowo mnie ucieszyła. Było mi miło, że jego grzeczność jest prawdziwa, a nie spowodowana wczorajszymi okolicznościami. Calia słysząc głos mężczyzny uniosła wysoko brwi, patrząc na mnie wyjątkowo wymownie. Wolną ręką pokazałam jej wyjątkowo obelżywy gest, a ta w odpowiedzi pokazała mi język.
— Cudownie — odparłam. — Chciałam zaproponować spotkanie związane z tematem, który poruszaliśmy już wczoraj.
— Tak, tak, pamiętam, oczywiście.
— Czy odpowiada ci czwartek o siedemnastej w kawiarni "Lete"? — wyrzuciłam z siebie. — Jeśli nie, to oczywiście jestem skłonna...
— Nie trzeba, spokojnie. To wyjątkowo dobrze dobrany termin.
— Cieszę się. W takim razie... Do widzenia
— Do widzenia, Camille. — rozłączył się, a ja odłożyłam telefon z powrotem na parapet. Calia ponownie rozwaliła się łokciami na stole.
— Więc mówisz, że nie zamierzasz się z nikim wiązać, taaak?
— Och zamknij się — żachnęłam się, wstając i odkładając rzeczy na zmywarkę — najpierw twój ślub, a potem ewentualnie zaprzątaj sobie tą śliczną główkę moim.
(Cal?)