Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucia Parfavro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucia Parfavro. Pokaż wszystkie posty

4 kwietnia 2020

Od Lucii cd. Jamesa

Lucia wzruszyła ramionami.
– Ta, no, moja mama trochę malowała i chyba zostało w genach. To odprężające.
James dłuższą chwilę się nie odzywał, ale, ku zdziwieniu kobiety, nie była to niezręczna cisza.
– Więc jesteś z tych ludzi, którzy stoją i godzinę zachwycają się czarną kropką na środku pustego płótna? – zapytał bez żadnych emocji, a Lucia mimowolnie odnotowała, że to chyba najdłuższe pytanie, jakie kiedykolwiek wypowiedział w jej stronę. Skrzywiła się.
– Ach tak, sztuka nowoczesna – powiedziała z pogardą. – Trzeba umieć odróżnić prawdziwą sztukę od ludzi, którzy chcą tylko zdobyć pieniądze. Abstrakcję też trzeba umieć malować, nie wystarczy kilka bezmyślnych machnięć pędzlem. Kojarzysz Picassa? – zapytała, choć nie czekała na odpowiedź. – Mimo że osobiście nie jestem wielką fanką abstrakcji, umiem docenić wielkich malarzy, a trzeba mu to przyznać – był wielkim malarzem. To, co niektórzy robią teraz, to zwykłe oszustwo.
Kolejna chwila ciszy, przerywanej tylko odgłosami burzy.
– Sztuka była zakazana – oznajmił nagle Von Alwas. Lucia spojrzała na niego uważnie spod przymrużonych powiek.
– Cóż, teraz już nie jest, więc nie widzę powodu, żeby o niej nie mówić. Jak byłam jeszcze we Włoszech, to nigdy nie nakładało się ograniczeń na sztukę.
Von Alwas skinął głową, nie spuszczając oczu z drogi. Jechali jeszcze chwilę, aż w końcu zatrzymał się przed jej domem.
– Dzięki za podwózkę. – mruknęła, odpinając pas. Otworzyła drzwi i wystawiła już nogi na zewnątrz, gdy James odezwał się po raz kolejny.
– Ten... wspólnik, jak go nazwałaś, mimo całego swojego zamiłowania do sztuki, jest bardziej fanem dawnej władzy. Raczej nie dogadałabyś się z nim na wspomnianym wspólnym obiedzie.
Parfavro uniosła brwi, ale już nic nie powiedziała, tylko wysiadła z samochodu i zamknęła za sobą drzwi. 
(James?)

9 lutego 2020

Od Lucii cd. Jamesa

Lucia z niedowierzaniem patrzyła, jak James wyciąga swój portfel i zaczyna odliczać banknoty. Widząc jego poważną minę (z drugiej strony do wszystkiego podchodził poważnie, więc może nie powinno jej to dziwić?), nie mogła się powstrzymać i parsknęła śmiechem. Po chwili śmiała się już w najlepsze, aż Von Alwas zatrzymał się w pół ruchu i popatrzył na nią spod uniesionej brwi.
– Hm? – mruknął, czekając na wyjaśnienia, co tak właściwie ją bawi.
– Koleś, ja żartowałam. – Wyjaśniła, gdy już udało jej się złapać oddech. Zlustrowała go krytycznym spojrzeniem. – Pff, naprawdę nie masz za grosz poczucia humoru.
Brew Jamesa powędrowała jeszcze wyżej. Lucia przewróciła oczami, położyła dłoń na jego portfelu, wciąż trzymanym w rękach, i lekko przesunęła go w dół, dając lekarzowi sygnał, żeby się nie wygłupiał. James sam nie wiedział, dlaczego bezwiednie poddał się tej czynności. Lucia tymczasem mówiła dalej, przemieszczając się już w stronę kuchni, a on równie bezwiednie poszedł za nią. Żeby przypadkiem niczego nie zepsuła, oczywiście.
– Daj spokój. – Machnęła ręką. – Spędziłam bardzo miły wieczór z twoim wspólnikiem...
– To nie wspólnik – mruknął, poprawiając ją, ale zignorowała go.
– Gość jest naprawdę inteligentny i jeszcze zna się na sztuce! Szkoda, że „jestem twoją drugą połówką” – zrobiła cudzysłów w powietrzu, odwracając się na pięcie w stronę stojącego w drzwiach Jamesa – bo chętnie bym z nim jeszcze poszła na jakiś obiad, jeśli wiesz co mam na myśli.
Sięgnęła po pozostawioną na blacie butelkę białego wina, które otworzył, by ją poczęstować, i znów zlustrowała go krytycznym wzrokiem.
– Ech, oczywiście, że nie wiesz, co mam na myśli. – Przewróciła oczami.
– Jestem bezuczuciowy, nie głupi.
– Jasne. To – pomachała mu butelką – wezmę sobie jako moją zapłatę. Bardzo dobre włoskie wino, lubię takie – oznajmiła i, zanim zdążył jakkolwiek to skomentować, wyminęła go i podeszła do drzwi wyjściowych. – Miło było!
– Ej, Parfavro – zaczepił ją jeszcze, gdy położyła dłoń na klamce. Uniosła brwi, odwracając się do niego zaskoczona. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało, aż Lucia zareagowała.
– Hm? 
(James?)

19 sierpnia 2019

Od Lucii cd. Jamesa

Lucia przeciągnęła kartę po czytniku i po krótkim piknięciu już była z powrotem w swoim laboratorium. Nucąc cicho, odłożyła stertę papierów na uporządkowane biurko i kliknęła parę razy w zawieszoną przy drzwiach konsolę. W pomieszczeniu jak na zawołanie lampy przyciemniły się, tworząc przyjemny półmrok. Włoszka kliknęła w konsolę jeszcze raz, opuszczając rolety na przeszklone drzwi. Zdjęła swoje wysokie czerwone szpilki i odstawiła je pod biurko. Podeszła do pierwszego stolika, sięgnęła po fiolkę z zieloną substancją i zamieszała nią delikatnie. Gdy kolor nie zmienił nawet odcienia, mruknęła z aprobatą i przeszła z nim do kolejnego stanowiska. Postawiła fiolkę na kolejnej konsoli, która już po chwili wyświetliła w pomieszczeniu błękitny hologram. Lucia ze zmarszczonymi brwiami przyłożyła palec do jednego holograficznego elementu, tym samym go powiększając.
– Połącz z A326 – poleciła i ciche piknięcie oznajmiło jej, że następuje próba połączenia.
– Połączenie niemożliwe – oświadczył głos systemowy po chwili. – Przeszkadzający element: B34.
Włoszka przygryzła wargę, kiwając głową. Dokładnie tak, jak się tego spodziewała. Podeszła do biurka, zapaliła lampkę, otworzyła właściwą teczkę i zapisała coś czarnym cienkopisem.
– Spróbujmy jeszcze raz – mruknęła, znów przechodząc do hologramu i zmieniając miejsce przybliżenia.
– Połącz z A343.
Program zapikał cicho, by po chwili przekazać jej odpowiedź.
– Połączenie możliwe.
Z triumfalnym pomrukiem znów przeszła do biurka i po raz kolejny zanotowała wynik. Już chciała wrócić do hologramu, gdy zatrzymał ją dźwięk przychodzącej wiadomości. Szybko spojrzała na ekran i uśmiechnęła się. To James von Alwas, w typowy dla siebie zwięzły żołnierski sposób, przesyłał jej swój adres, pod którym miało odbyć się spotkanie. 
(James?)

16 sierpnia 2019

Od Lucii cd. Jamesa

Włoszka uniosła brew, upijając kolejny łyczek swojej kawy.
– Powinnam się na to psychicznie przygotować? – zapytała, gdy odstawiła filiżankę. Jeżeli James Von Alwas czegoś od niej potrzebował, nie mogło to być nic dobrego. Generał wzruszył ramionami.
– Skoro musisz – stwierdził tylko. – Ale wolałbym to załatwić przed końcem dzisiejszego dnia. Lucia zaśmiała się lekko.
– Skoro musisz – powtórzyła.
– W takim razie – podjął po chwili James, a spojrzenie jego dwukolorowych oczu utknęło w bezruchu w twarzy Włoszki – Jestem zmuszony poprosić cię o towarzyszenie mi na skromnym spotkaniu towarzyskim, związanym z przyszłym sponsorem sprzętu do moich klinik. Ubzdurał coś sobie. – Machnął dłonią, jakby to cokolwiek wyjaśniało, jednak jego głos wciąż pozostał zupełnie beznamiętny, może lekko znudzony. – Nie znam nikogo innego, kto byłby wykształcony i przynajmniej umiarkowanie przyjemny dla oka i kto równocześnie nie zepsułby moich interesów – powiedział, jednak jego słowa nie zabrzmiały jak komplement, bardziej jak chłodny bilans plusów i minusów tej dziwnej sytuacji.
Lucię zamurowało.
– Wow – stwierdziła po chwili. – To było... No cóż, szczere. W sumie całkiem to doceniam. A zechcesz mi przynajmniej zdradzić, co ten twój "przyszły sponsor" – zrobiła sugestywny cudzysłów w powietrzu – sobie ubzdurał, że potrzebujesz mojej pomocy?
James zacisnął mocno usta.
– Nie powiedziałbym, że "potrzebować" to dobre słowo – stwierdził po chwili. – Po prostu uważam rozczarowanie tego jegomościa za wysoce niestosowne.
Lucia oparła się wygodniej w fotelu, patrząc na niego kpiąco. Gdy uniosła brwi, już wiedział, że nie ma odwrotu. Odchrząknął lekko, również zatapiając się w fotelu. Zmroził ją spojrzeniem, by zamaskować swoje delikatne zmieszanie, spowodowane koniecznością tłumaczenia jej całej sytuacji. A ona wciąż czekała bez słowa, aż rozwinie swoją myśl.
– Uznał, że z pewnością posiadam towarzyszkę, czy tam drugą połówkę jak to określił. A jako że jest to niemożliwe zostaje mi tylko jedna opcja, jeśli wciąż chcę liczyć na tę umowę. – Wzruszył ramionami, jakby było mu wszystko jedno, czy Lucia się zgodzi czy nie. Spodziewał się wielu różnych reakcji, ale na pewno nie tego, że jego towarzyszka po prostu zacznie się śmiać. Lekko zbity z tropu patrzył na to, jak poprawia lekko zsunięte okulary. Gdy w końcu udało jej się opanować atak śmiechu, wzięła swoją filiżankę i popatrzyła na niego wnikliwie, jakby kalkulując, czy powinna się zgodzić.
– W sumie – stwierdziła po chwili – czemu nie? Udawanie twojej drugiej połówki może być całkiem zabawne.
(James? 😏)

Od Lucii cd. Jamesa

Lucia pokiwała głową.
– Bo z pewnością się poleje – dodała, gdy Von Alwas zajmował miejsce naprzeciwko niej. Zastanawiała się, co właściwie Fionn chce osiągnąć. Najpierw bal, teraz to spotkanie. Miała ochotę go udusić, jednak, zachowując pozorny spokój, przejrzała powoli kartę, choć już od początku wiedziała, na co ma ochotę. To miejsce pachniało dobrą kawą za bardzo, żeby jej włoska natura mogła to zignorować. Dodatkowo jej wzrok przyciągały wystawione w gablotce ciasta. Kartę odłożyła jednak dopiero po chwili, gdy podeszła do nich blondwłosa kelnerka.
– Mogę już przyjąć zamówienie? – zapytała uprzejmie. Lucia spojrzała na swojego towarzysza niedoli pytająco, a on tylko pokiwał głową.
– Tak – odpowiedziała Włoszka za nich dwojga. – Dla mnie będzie espresso doppio i tiramisu.
– Oczywiście – skomentowała kelnerka, choć Lucia nie widziała, żeby przynajmniej trzymała w dłoni notesik. – A dla pana?
– Bezkofeinowe cappuccino i... ta tarta dnia jest na słono?
– Dzisiaj tak, z...
– Wezmę ją – przerwał dziewczynie. Jeśli nawet była zdenerwowana jego zachowaniem, nie dała tego po sobie poznać.
– Oczywiście – powtórzyła. – Zostawię państwu jedną kartę – oznajmiła, zgarniając drugie menu i odeszła do baru. Lucia uniosła brwi.
– Bezkofeinowe? – zapytała ze zdziwieniem. Generał tylko wzruszył ramionami, ucinając potencjalny temat do rozmowy, zanim w ogóle zdążył się zacząć.
– Więc – zapytał nagle po chwili, przypatrując jej się uważnie – jak mój drogi przyjaciel zwabił cię na to niewątpliwie biznesowe spotkanie?
Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Już po raz drugi to on wychodził z inicjatywą, nie wiedziała tylko czemu. 
(JAMES?)

15 sierpnia 2019

Od Lucii cd. Jamesa

Lucię z twórczego nastroju wyrwał dzwonek telefonu. Zła sama na siebie, że zapomniała go wyciszyć, sięgnęła do aparatu i odebrała połączenie na tryb głośnomówiący, nawet nie patrząc na wyświetlacz.
– Tak? – zapytała szybko, nie zawracając sobie głowy bardziej wyszukanymi sposobami na rozpoczęcie rozmowy.
– Lucia, jak miło cię słyszeć! – po pokoju rozległ się radosny jak zawsze głos Fionna. Włoszka westchnęła cicho.
– Ciebie też. O co chodzi?
– Mam pewną sprawę, słuchaj, umówiłem się na spotkanie, ale coś mi wypadło i nie bardzo mogę je przełożyć, dałabyś radę pójść tam za mnie?
Lucia zmarszczyła brwi.
– Po pierwsze, co to za spotkanie? Po drugie, dlaczego przychodzisz z tym do mnie? Nie jestem upoważniona...
– Daj spokój, chodzi tylko o to, żeby miło do pana zagadać, dobrze wyglądać i zrobić fenomenalne wrażenie. Jesteś zdecydowanie najlepszą osobą do tego zadania! – przekonywał Fionn. Lucia zrobiła zbolałą minę.
– Proszę cię, kochana, no. – Irlandczyk włączył swój błagalny ton i już wiedziała, że przepadła.
– Kiedy? – Westchnęła.
– Wiedziałem, że się zgodzisz! – zachwycił się O'Reilly i nie mogła się nie uśmiechnąć. – W sobotę o piętnastej w Mojito.
Kobieta zmarszczyła brwi.
– To ten pub?
– Też, ale spotkanie jest w kawiarence. To druga sala, jest też do niej oddzielne wejście. Zresztą, zobaczysz. Po prostu skieruj się w stronę neonu café, a nie pub i wszystko będzie w porządku. Zarezerwowałem tam dwa fotele w samym rogu, przy nich stoi takie niewielkie zielone drzewko z żółtymi kwiatami, na pewno rozpoznasz!
– Mhm.
– Dziękuję ci bardzo jeszcze raz. Ciao!
Lucia westchnęła po raz kolejny. Zupełnie nie miała ochoty na to spotkanie.
Ciao – mruknęła do rozłączonego już Fionna.
***
Sobota nadeszła dużo szybciej, niż Lucia miałaby na to ochotę. Stojąc przed wielką szafą i zastanawiając się co by tu na siebie włożyć, uświadomiła sobie, że Fionn ostatecznie nie powiedział jej co to za spotkanie. Postanowiła zatem postawić na klasyczną elegancję – biała bluzka, ciemne cygaretki i najnowsze szpilki. Do tego dobrała parę złotych bransoletek, żeby ładnie komponowały się ze zdobieniami na jej butach. Nałożyła na włosy piankę prostującą i miała tylko nadzieję, że nie zaskoczy jej nagły deszcz, bo wtedy z jej ujarzmionych już loków zrobiłaby się czapka godna pudla. Po namyśle wrzuciła do torebki parasolkę i wyszła z domu. Zdążyła na autobus idealnie i dopiero po jego opuszczeniu zdecydowała się wczytać w nawigację dokładny adres, który Fionn wysłał jej wczoraj esemesem. Po około piętnastu minutach szybkiego marszu stała przed dużym neonem głoszącym Mojito, a pod nim, mniejszymi, kolejno café i pub. Zgodnie ze wskazówkami Irlandczyka, skierowała się na lewo. Otworzyła przeszklone drzwi i szybko doceniła wystrój kawiarni. Klasyczne ściany z białej cegły pięknie komponowały się z wszechobecnymi zielonymi roślinami. No tak – przemknęło jej przez myśl – Mojito. Skinęła głową stojącej przy barze ciemnowłosej dziewczynie i rozejrzała się w poszukiwaniu miejsca. Zlokalizowała tylko jedno podobne do tego, które opisywał Fionn, chociaż rosnące tam w doniczce drzewko miało na gałęziach po prostu cytryny, nie żółte kwiaty. Z powątpiewaniem jak można pomylić dwie tak oczywiście różne rzeczy, usiadła przy stoliku i przesunęła karteczkę z równym napisem Rezerwacja.
Zdążyła tylko odnotować, że fotel, na którym siedzi, jest niezwykle wygodny, a samo miejsce idealnie schowane, przez co przytulne, gdy zmaterializowała się przy niej blondwłosa kelnerka z charakterystycznym naszyjnikiem na czole.
– Dzień dobry – przywitała ją kobieta, kładąc przed Lucią menu. – Rezerwacja była na dwie osoby, zostawić od razu obie karty?
Włoszka pokiwała głową.
– Poproszę.
Dziewczyna położyła drugą przed pustym fotelem i sięgnęła, by zabrać kartkę informującą o rezerwacji.
– Może niech jeszcze chwilę zostanie – zatrzymała ją Lucia w pół ruchu. Nawet jeśli kelnerka wydała się zaskoczona jej prośbą, zachowała się profesjonalnie i nie dała tego po sobie poznać.
– Oczywiście – skomentowała tylko i odeszła do kolejnego stolika. Lucia nerwowo spojrzała na zegarek. Do piętnastej pozostały trzy minuty.
(JAMES?)

Od Lucii cd. Jamesa

Lucia dotarła do domu z dużą ilością pytań.
Zdjęła swoje najnowsze szpilki i niemal z namaszczeniem włożyła je do szafki. Naprawdę podobał jej się gust Von Alwasa, w dodatku były wygodne jak każde buty tej marki. A skoro już jej myśli zahaczyły o postać dziwnego generała, postanowiła je jeszcze chwilę przy nim zatrzymać. Skąd ta krew na jego garniturze? O co chodzi z całą tą jego pracą? Zaczęła się też, całkowicie mimowolnie, zastanawiać, czy James posłuchał jej rady co do środka czyszczącego. Ciekawe, czy przeszło mu chociaż przez myśl pytanie, skąd ona wie takie rzeczy. Z westchnieniem wstała z podłogi i przeszła do łazienki, gdzie przebrała się w nieco za dużą poplamioną farbą koszulkę i krótkie spodenki. Strój z pracy wrzuciła do kosza na pranie. Związała włosy w niedbałego koka i ruszyła do gabinetu. Usiadła na stołku przed sztalugą, ale jeszcze przez chwilę po prostu wpatrywała się w widok za oknem. Promyki słońca wpadały przez wielką szybę, ogrzewając jej twarz. Zamknęła oczy, przypominając sobie o domu, o ciepłych i słonecznych Włochach. Westchnęła i z uśmiechem na ustach podeszła włączyć stereo. Następnie wybrała odpowiednich rozmiarów płótno, postawiła je na sztaludze, przygotowała paletę, pędzle i farby i znów usiadła na stołku. Zawiesiła rękę mniej więcej w połowie drogi między płótnem a paletą, aż w końcu postanowiła dać ponieść się inspiracji. I w życiu by się nikomu nie przyznała, że oddalona postać mężczyzny w garniturze, którą właśnie malowała, była wzorowana na Jamesie Von Alwasie.

(JAMES?)

18 czerwca 2019

Od Lucii cd. Jamesa

Lucia zmarszczyła brwi, trochę nie wierząc w to, co widziała. Czy to właśnie James Von Alwas zmierzał w jej stronę? Czy to krew na jego drogim garniturze? Spotkali się mniej więcej w połowie dzielącego ich dystansu i tym razem nawet nie próbowali udawać, że się nie znają, co Lucia odnotowała jako maleńki progres.
– Ładne buty – rzucił mężczyzna na przywitanie, unosząc brwi i patrząc wymownie na jej-jego białe szpilki.
– Ładny zegarek – odgryzła się kobieta, zerkając na jego nadgarstek. – I ładny garnitur, panie oficerze. Taki nie za czysty.
Widziała, jak James zaciska mocno usta.
– Generale – rzucił w końcu spokojnie. Włoszka zmarszczyła brwi.
– Co?
– Panie generale – wyjaśnił. – Nie oficerze.
Kobieta uniosła obie dłonie w obronnym geście.
– O, przepraszam. Generale. Mam rozumieć, że to krew twoich wrogów? – zapytała, ale chyba nie podchwycił żartu, bo odpowiedział śmiertelnie poważnie.
– Tak.
Miała nadzieję, że jednak podchwycił żart, a jego odpowiedź była tylko kontynuacją. Nie zamierzała sobie jednak dłużej zaprzątać tym głowy. Czekały na nią jeszcze swoje sprawy.
– Spróbuj Veestem – poleciła, ze zdegustowaną miną patrząc na jego ubiór. – Powinno się odeprać. Von Alwas zamrugał kilka razy.
– Czym?
Veestem. – Wzruszyła ramionami. – Bardzo dobry płyn. Szkoda by było wyrzucić taki gustowny garnitur. A w pralni mogą na ciebie dziwnie patrzeć. – Uśmiechnęła się sztucznie. James zmarszczył brwi. Chyba trochę go skonsternowała.
(JAMES?)

Od Lucii cd. Jamesa

Pani doktor. – Usłyszała głos przez trzeszczący interkom. Nawet bez podnoszenia wzroku znad wyświetlacza tabletu wcisnęła przycisk, który z cichym brzękiem otworzył drzwi do jej laboratorium. Nikt oprócz niej i jej przełożonych nie mógł tu wejść bez karty lub zezwolenia. Recepcjonista wszedł do jej małej samotni i rozejrzał się niepewnie. Nie widząc żadnego bezpiecznego miejsca, w którym mógłby zostawić pakunek, odezwał się po raz kolejny.
– Uhm, pani doktor?
Jego poziom stresu podniósł się jeszcze bardziej, gdy Lucia westchnęła z irytacją i prześwidrowała go ostrym spojrzeniem. Zwykle „wewnętrzni listonosze”, jak ich czasem nazywano, kładli paczki na podłodze przy wejściu, by niczego nie popsuć i wychodzili. Ten musiał być jakiś nowy, skoro zawracał sobie głowę zagajaniem jej.
– O co chodzi? – zapytała uprzejmie, widząc jego zdenerwowaną minę.
– Ta paczka… to dla pani.
– No dobrze, postaw proszę przy drzwiach.
– Uhm, na tym? – wskazał podbródkiem na pudło stojące pod ścianą, a Lucia w porę przypomniała sobie o jego zawartości.
– No faktycznie, to może nie być najlepszy pomysł – mruknęła. Podniosła się z krzesła i podeszła do młodzieńca. – Daj, wezmę to.
Chłopak odetchnął z ulgą.
– Dziękuję.
Lucia skinęła głową.
– To wszystko?
– Na teraz tak.
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się, siadając na swoim krześle i chowając paczkę pod biurko.
– Do widzenia, pani doktor.
– Do widzenia. Aha i mój drogi…
Chłopak zbladł. Czyżby o czymś zapomniał? Wydawało mu się, że robi wszystko dokładnie tak, jak kazano mu na instruktażu…
Lucia jednak uśmiechnęła się przyjaźnie.
– Jak masz na imię?
– Cyril.
– Cyril – powtórzyła – nie stresuj się tak – powiedziała wesoło. – Naprawdę świetnie ci idzie.
Spojrzał na nią ze zdziwieniem, jednak zaraz odpowiedział jej szerokim uśmiechem.
– Dziękuję – mruknął i szybko wyszedł z laboratorium. Czyli naukowcy to też ludzie…
***
Lucia przeciągnęła się na krześle i spojrzała na wyświetlacz zegarka. Uznała, że to dobra pora na wyjście do domu. Już chciała wstać, gdy przez przypadek kopnęła szpilką w stojące pod biurkiem pudełko. Zdziwiła się i zajrzała pod blat. Zupełnie zapomniała o tej paczce. Przeniosła ją na górną część blatu i z czarnej torby wyjęła jasne pudełko. Dziwne, dlaczego takie coś przyszło pocztą wewnętrzną? Bo komu jak komu, ale Lucii nie trzeba było przedstawiać, co pakuje się w takie pudełka. Rozpoznała w opakowaniu swoją ulubioną włoską markę butów i zmarszczyła brwi z jeszcze większą dezorientacją. Uchyliła wieczko i jej oczom ukazały się piękne białe skórzane szpilki ze złotymi zdobieniami. Spojrzała na nie z aprobatą, a uśmiech natychmiast wypłynął na jej twarz. Te buty były naprawdę przepiękne. Choć nie przypominała sobie, by takie ostatnio zamawiała… W dodatku przyszły pocztą wewnętrzną… Powoli zaczynała łączyć wątki. Sięgnęła po telefon i wybrała numer na recepcję. Po pierwszym sygnale odebrał damski głos.
– Słucham?
– Parfavro, mogę prosić z Cyrilem?
W słuchawce zaległa chwilowa cisza, jednak nawet jeśli recepcjonistka była zaskoczona jej prośbą, zachowała się profesjonalnie.
– Już łączę – odpowiedziała tylko i Lucia usłyszała kolejny długi sygnał.
– Tak? – odezwał się młody chłopak.
– Cyrilu, możesz mi powiedzieć, kto przyniósł dzisiaj tę paczkę dla mnie? – zapytała, po czym zreflektowała się szybko. – Mówi Lucia Parfavro.
– Ach, pani doktor – zorientował się recepcjonista. – Tę w czarnej torbie, tak?
– Mhm.
– Niestety nie mogę pani powiedzieć.
– Ponieważ?
– Eee…
Lucia coraz bardziej rozumiała sytuację.
– Ponieważ ten pan był przerażający? – zapytała z rozbawieniem. Niemal wyczuła, że Cyril się uśmiecha.
– To pani to powiedziała.
– Dobrze, dziękuję ci bardzo. Zmykaj do domu, godzina na koniec pracy już wybiła. – Uśmiechnęła się do słuchawki.
– Tak zrobię. Do widzenia, pani doktor. – Usłyszała wesoły głos chłopaka, zanim się rozłączył.
Lucia odłożyła telefon i wyjęła z pudełka małą karteczkę, która leżała pomiędzy szpilkami. Na papierze równym pismem było napisane jedno słowo. REKOMPENSATA. Zaczęła obracać karteczkę w palcach i po raz kolejny przeanalizowała sytuację. Była prawie pewna, że ta przesyłka należała do Jamesa Von Alwasa.
(JAMES? PIĘKNE BUCIKI XD)

Od Lucii cd. Jamesa

Gdy samochód Von Alwasa ruszył, Lucia w końcu mogła odetchnąć. Postanowiła jeszcze nie wracać do domu. Wyjęła z torebki paczkę papierosów i odpaliła jednego.
Dziwny ten Von Alwas.
Dlaczego Fionn się z nim przyjaźni?
Jeśli Fionn się z nim przyjaźni, dlaczego nic nie wie o relacji jego z Camille Belcourt?
Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. Po namyśle, chyba nawet nie chciała znać tych odpowiedzi. Skupiła swoje myśli wokół osoby młodego oficera.
Czym się zajmuje?
Podczas jazdy skupiła się na tym, by mówić jak najwięcej, żeby tylko się nie rozkleić. Zresztą, na balu rozmowa też wcale nie szła im dobrze. Lucia nie lubiła ludzi, z którymi nie dało się rozmawiać.
A jednak dobrze tańczył.
I bez wątpienia był gentlemanem.
A przynajmniej starał się być, co zdecydowanie ją zaskoczyło. Zdecydowanie na plus, oczywiście. 
Jej myśli zahaczyły o bal. W sumie, było całkiem miło. Naprawdę dobrze się bawiła, zresztą, Fionn zawsze miał talent do organizacji takich imprez. Może między innymi dlatego Nico Von Alwas tak bardzo mu ufał? Gdy O'Reilly coś organizował, zawsze kończyło się to sukcesem. I tak było i tym razem. Dobre jedzenie, świetna muzyka, towarzystwo... no, ogólnie zapewne miłe, jej trochę mniej. Poza tym, zgarnęła mnóstwo komplementów co do swojej sukienki, zarówno od panów, z którymi tańczyła, jak i od przypadkowych pań, które do niej podchodziły z pytaniem o sklep czy projektanta. A to dodatkowo poprawiało jej nastrój. Sięgnęła do torebki, by wyjąć kolejnego papierosa, ale ostatecznie zrezygnowała.
Uznała, że ten wieczór był naprawdę udany i właśnie tak będzie go wspominać. 
(JAMES?)

Od Lucii cd. Jamesa

Lucia drgnęła. To nie był dobry temat na rozpoczęcie miłej rozmowy. Znów przysnęła się bardziej do okna. Wzruszyła ramionami.

– Nie wiem – przyznała. Przecież poznała Camille dopiero dzisiejszego wieczoru. Skąd miała wiedzieć co, jeśli w ogóle coś, ją łączy z Fionnem? Przecież Irlandczyk jej się nie zwierzał. W samochodzie znów zapanowała cisza. Nawet jeśli Lucia miała wcześniej jakiekolwiek chęci na rozmowę z milczącym oficerem, to teraz zostały one definitywnie zgaszone. James zerknął na nią kątem oka. Było jej zwyczajnie przykro. Sama chciałaby wiedzieć, co łączy Fionna z Camille Belcourt. Czy tylko sojusz Menthisu i Pectis? A może coś więcej? Widziała, jak dziewczyna kierowała się w stronę jego samochodu chwilę przed tym, jak James prawie go potrącił. Najwyraźniej Fionn postanowił ją odwieźć, ale czy to na pewno tylko dla utrzymania dobrych stosunków dyplomatycznych. Sama już nie wiedziała. A nie wypadało pytać. Trochę żałowała, że nie posiada tego ułamka obojętności, jaką miał siedzący obok niej James. Życie byłoby łatwiejsze. Potrząsnęła lekko głową, by odgonić od siebie te wszystkie myśli. Musiała zacząć o czymś mówić, żeby się nie rozkleić. Poza tym, nie mogła pozwolić sobie na taką chwilę słabości w obecności takiego człowieka jak James Von Alwas. Była niemal na 90 procent pewna, że to dotarłoby do Fionna. A na to nie mogła sobie pozwolić jeszcze bardziej. 

(JAMES?)

17 czerwca 2019

Od Lucii cd. Jamesa

Lucia szybko przekalkulowała w głowie wszystkie za i przeciw. Z jednej strony, to był zabójca szpilek. A, co ważniejsze, nie mogła liczyć na żadną sensowną konwersację z nim. No i miała już zamówioną taksówkę. Z drugiej jednak strony, jego samochód na pewno był wygodniejszy niż zaśmierdziała taksówka no i oszczędziłaby trochę pieniędzy za przejazd. Uśmiechnęła się słodko i równie słodko odpowiedziała:
– Nie, dziękuję.
James wzruszył ramionami.
– To nie. – Zamknął szybę i powoli ruszył. Zahamował gwałtownie, gdy przed maską pojawił się nagle jego przyjaciel. Mężczyzna zdusił w sobie przekleństwo, po czym po raz kolejny otworzył okno.
– Zwariowałeś? – zapytał uprzejmie, mierząc rudowłosego Irlandczyka morderczym spojrzeniem.
– Trzeba patrzeć, jak się jeździ – odgryzł się Fionn, oddychając głęboko. – I zapalać światła, James.
– Wszystko w porządku? – Do dyskusji przyłączył się kolejny głos. Zaniepokojona Lucia podeszła kilka kroków do mężczyzny. Ten tylko otrzepał garnitur.
– Tak, tak, dziękuję. Miło, że chociaż ty pytasz. – Rudowłosy już odzyskał rezon i spojrzał na Von Alwasa z nienaturalnie miłym uśmiechem. James już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale przerwała mu, jakżeby inaczej, Lucia.
– To… dobrze. Dobranoc. – Skinęła głową w stronę rudowłosego i wróciła na miejsce oczekiwania na taksówkę. Fionn w tym czasie podszedł do wciąż otwartego okna i wycelował palcem prosto w twarz przyjaciela, aż ten odchylił się nieznacznie.
– Masz ją odwieźć do domu – syknął Irlandczyk.
– A ty nie możesz? – zapytał spokojnie.
– Ja obiecałem odwieźć pannę Belcourt.
– Masz dużo miejsca w samochodzie.
– James, właśnie prawie mnie przejechałeś, czy możesz ze mną nie dyskutować i zrobić to, co ci mówię?
Von Alwas westchnął. O’Reilly uśmiechnął się triumfalnie.
– No. – Zabrał swojego palca sprzed twarzy przyjaciela i już miał odejść, gdy James nagle sobie o czymś przypomniał. Zmarszczył brwi.
– Fionn? – zaczepił rudowłosego, patrząc na niego przenikliwym spojrzeniem.
– Hm?
– Piłeś – bardziej zauważył niż zapytał oficer. O’Reilly roześmiał się.
– Zwariowałeś? W moim był bezalkoholowy. Daj spokój, nie jestem małym dzieckiem.
James odnotował w myślach, że Fionn czasem przypomina małe dziecko, ale postanowił zachować tę uwagę dla siebie. Skinął tylko głową.
– To do zobaczenia. – Irlandczyk uniósł mu dłoń na pożegnanie. – Odwieź mojego ulubionego naukowca. – Puścił mu oczko. James z westchnieniem cofnął samochód. Po raz kolejny zatrzymał się przed czekającą na taksówkę Lucią. Tym razem jednak postanowił nie być tak kompromisowy.
– Wsiadaj – powiedział obojętnie. – Podwiozę cię do domu.
(JAMES? ;3 CHYBA TROCHĘ CI UKRADŁAM PERSPEKTYWĘ XD)

13 czerwca 2019

Od Lucii cd. Jamesa

    Lucia nawet nie zawróciła sobie głowy wyganianiem ciemnowłosej nieznajomej ze swojego miejsca.
– Chyba cię podsiadłam, wybacz – zauważyła kobieta, podnosząc się z krzesła.
– Nie, nie, spokojnie, siedź. – Wychyliła się tylko po swój kieliszek szampana. – I tak nie mam o czym rozmawiać z tym panem.
Ciemnowłosa wychyliła się ze swojego miejsca i poklepała Jamesa po idealnie ułożonych włosach, jakby pocieszała biednego pięciolatka. Mężczyzna rzucił jej mordercze spojrzenie. Lucia uniosła brwi. Jaką relację ma z nim ta kobieta? I czy z kimś takim w ogóle da się mieć jakąś relację? Upiła łyk szampana, maskując swoje zaskoczenie.
– Może się przedstawisz, dyplomatko? – zapytał przenikliwie James, starając się odwrócić uwagę kobiety od swojej głowy.
– Ach, masz rację – zreflektowała się, zupełnie niezrażona tonem jego głosu. Podniosła się lekko z krzesła.
– Camille Belcourt, Mafia Pectis. – Wyciągnęła rękę, którą Lucia uścisnęła ze skinieniem głowy.
– Lucia Parfavro, Menthis.
– Panna Belcourt, jak nam miło! – Usłyszeli kolejny głos, w którym Włoszka natychmiast rozpoznała Fionna. Irlandczyk podszedł do szefowej Pectisu, i uścisnął obiema rękami jej dłoń. Lucia widziała, że był zachwycony tym balem. Wszystko szło po jego myśli, goście bawili się wyśmienicie, przyszło sporo sojuszników. Rozpoznawała te iskierki radości w jego oczach. Fionn po prostu promieniował szczęściem.
Camille pokiwała głową z uśmiechem w odpowiedzi.
– Naprawdę wyśmienity bal, panie O'Reilly.
– Dziękuję, dziękuję, bardzo mi miło. Zapraszam panią do głównego stolika, może porozmawiamy chwilę o stosunkach między naszymi organizacjami przy kieliszku szampana i ciasteczku?
– Bardzo chętnie – przytaknęła Camille z uśmiechem, wychodząc zza stolika. Pożegnała się ze swoimi dotychczasowymi towarzyszami i ruszyła za Fionnem. Lucia usiadła z powrotem na swoim miejscu.

(JAMES?) 

20 września 2018

Od Lucii cd. Jamesa

      Ciemnowłosa dziewczyna właśnie miała opuścić parkiet, gdy zaraz przy niej pojawił się rudowłosy Irlandczyk.
– Zatańczymy? – zapytał z tym swoim uroczym uśmiechem. Lucia zawahała się chwilę. Z jednej strony chciała pokazać temu głupiemu von Alwasowi, że nie chce od Fionna niczego więcej poza przyjaźnią (co, oczywiście, nie było prawdą, ale nikt nie miał prawa o tym wiedzieć) i była zwyczajnie zła na Irlandczyka, z drugiej jednak strony… jej wyobraźnia kreowała wiele wersji tego tańca. Czemu by nie spełnić chociaż jednej?
– Ewentualnie – odpowiedziała chłodno i podała mu swoją dłoń. Okręcił Lucię ze śmiechem, a gdy piosenka trochę się ustabilizowała, położył dłoń na jej talii. Włoszka za wszelką cenę starała się zignorować tłukące się w jej brzuchu motyle.
– Co masz taką minę? – zaśmiał się Fionn. Wzruszyła ramionami.
– Jestem na ciebie wściekła – stwierdziła, choć i to powoli stawało się nieprawdą. Patrząc na niego, nie dało się chować urazy. Co innego niż z tym całym von Alwasem. Irlandczyk był ciepłą i kochaną osobą w ogóle, a w porównaniu do zdystansowanego Anglika… cóż, tu właściwie nie było żadnego porównania. Lucia zastanawiała się, jakim cudem oni się w ogóle przyjaźnią.
– Za cóż to? – W oczach Fionna pojawiły się wesołe iskierki. Właściwie, nie zniknęły od momentu, w którym bal rozpoczął się na dobre, a ludzie bawili się coraz lepiej.
– Za to, że próbujesz mnie pogodzić – skrzywiła się z obrzydzeniem – ba, nawet zaprzyjaźnić z tym… Jamesem von Alwasem.
Fionn zaśmiał się jedynie w odpowiedzi. Żeby tylko wiedziała, jak on zamierza między nimi namącić.
(JAMES?)

17 września 2018

Od Jamesa i Lucii cd. Jamesa

                   Legenda
               Lucia - James
         Spojrzenie Jamesa Von Alwasa spoczęło na kobiecie. Uniósł brew i odwrócił wzrok na przyjaciela, który już znikał w tłumie ludzi. Poczuł, jak w jego trzewiach kiełkuje irytacja, jednak wyraz jego twarzy pozostał spokojny. Usiadł obok kobiety, która udawała, że go nie zauważa, i spojrzał na nią przenikliwie. Część jej włosów była upięta, reszta spływała na ramiona. Jej sukienka miała kolor naprawdę ładnego bordo. Góra była obszyta czarną koronką. James musiał przyznać, że na czym jak na czym, ale na modzie to ona się zna.
Lucia zacisnęła mocno wargi i nie obdarzyła gościa ani jednym spojrzeniem. Już zaczynała łączyć fakty i doskonale wiedziała, dlaczego wcześniej Fionn ją tak o wszystko wypytywał. Była na niego wściekła. Naprawdę miała nadzieję, że usiądzie obok niego, jako że jest jednym z pracowników Menthisu, a tu proszę. Kątem oka spojrzała na drugi koniec stołu, gdzie dostrzegła śmiejącego się grzecznie Irlandczyka. Wstał i uniósł butelkę z szampanem, patrząc sugestywnie na stojących w rogach sali kelnerów. Ci zaczęli podchodzić do gości i napełniać stojące przed nimi kieliszki. Lucia z zaskoczeniem dostrzegła, że siedzący obok niej Anglik odmówił alkoholu skinieniem dłoni. Za chwilę Fionn postukał łyżeczką w swój kieliszek. Na sali zapanowała cisza.
- Dziękuję, że się tu zebraliście - zaczął Irlandczyk. Jego głos niósł się po sali w całkowitej ciszy. - Powiem krótko. Życzę wam i naszej organizacji owocnej współpracy! Niech to będzie wspaniały wieczór, który tylko umocni nasze więzy! - James pomyślał, że jak już on umocni więzy Fionna, to rudy się nigdy nie pozbiera, jednak uparcie wpatrywał się w twarz podstępnego "przyjaciela". Ten spojrzał na niego i tę całą Parfavro. Jego uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej. - Wznieśmy toast za ten niezapomniany wieczór! - Powiedział tylko. Wszyscy unieśli kieliszki z alkoholem lub, tak jak Von Alwas, z wodą i już po chwili po sali rozniosło się tubalne "Za Menthis". Zerknął kątem oka na Lucią, która wysączyła łyk szampana przez zaciśnięte wargi. Ten wieczór doprawdy będzie niezapomniany.
Po zjedzeniu pierwszego ciepłego posiłku, niektórzy ludzie zaczęli podnosić się ze swoich miejsc i zajmować parkiet. Innych natomiast pochłonęła rozmowa o mniej lub bardziej sojuszniczych tematach. Lucia upiła kolejny łyk szampana, starając się jakoś zamaskować niezręczną atmosferę. Po raz kolejny spojrzała na siedzącego obok bruneta kątem oka. Speszyła się lekko, gdy ich ukradkowe spojrzenia się spotkały i niemal natychmiast wróciła do obserwowania martwego punktu naprzeciwko. W tłumie dostrzegła Fionna tańczącego z czarnowłosą dziewczyną, chyba przedstawicielką Mafii Pectis. Nagle usłyszała znaczące chrząknięcie. Z zaskoczeniem spojrzała na swojego bankietowego towarzysza. – Zatańczysz? – zapytał z pełną powagą. Uniosła brew, zaskoczona. – Oczywiście – odpowiedziała niemal natychmiast. Włoszki nigdy nie trzeba przecież namawiać do tańca. Podnieśli się więc ze swoich miejsc i powędrowali na parkiet, gdzie akurat zaczęła się jakaś walcowa piosenka. Zaczęli tańczyć, mimo wszystko starając się unikać jakiegokolwiek większego kontaktu. Lucia jednak skorzystała z okazji, że może dokładniej przyjrzeć się tajemniczemu mężczyźnie. Musiała mu przyznać, że facet miał gust. Czarny garnitur połączony z klasyczną bordową koszulą dodawał mu elegancji, ale też nie był nudny, nadawał mu swego rodzaju luzu i, o zgrozo, pomyślała, że wręcz idealnie komponował się z jej sukienką.
Von Alwasowi również nie umknął ten drobny szczegół, a gdy kątem oka zobaczył twarz przyjaciela, już wiedział, że rudowłosy nie da mu żyć. Na szczęście niepatrzenie na partnerkę do tańca było zadaniem stosunkowo prostym, gdyż kobieta, nawet na wysokich obcasach, była od niego o wiele niższa. Robił więc wszystko, by tylko nie patrzeć w jej stronę. Do czasu, aż poczuł jak na jego czarnym, świeżutko wypastowanym bucie stanęła drobna stópka w szpilce. Powstrzymał się od syknięcia i spojrzał w dół. Lucia zadarła głowę i uśmiechała się do niego triumfalnie. James musiał przyznać, że było to całkiem sprytne posunięcie.
– I pewnie nie zamierzasz mnie przeprosić, nieprawdaż? – zapytał obojętnie. Lucia spojrzała na niego chytrze i z niemałym samozadowoleniem, zresztą niezbyt dobrze skrywanym. – Oczywiście, że nie – prychnęła. – Tak przynajmniej jesteśmy kwita. Anglik jedynie wzruszył ramionami, jednak zaczął przykładać teraz coraz większą uwagę do swojej partnerki. I jej sabotażowych działań.
Poza tym jednym wyskokiem ich taniec wyglądał całkiem dobrze. Oboje znali kroki, a Lucia, mimo niechęci do mordercy krokodylich szpileczek, pozwalała się prowadzić precyzyjnemu oficerowi. Co jakiś czas zaszczycali się przelotnymi spojrzeniami. Parfavro znów zabawnie uniosła głowę, jakby chciała obserwować kandelabr wiszący na suficie, a nie Jamesa. Postanowiła reanimować konwersację. Bo przecież rozmowa również jest częścią tańca. Prawda?
– Zabiję Fionna – zaszczebiotała wesoło, na co nawet James spojrzał na nią z (umiarkowanym co prawda, ale jednak) zaskoczeniem. Niechętnie przyznał jej rację. – Pomogę – odparł zwięźle, a Włoszka spojrzała na niego z zadowoleniem. – Świetnie! – entuzjastyczne iskierki rozbłysły w jej oczach. – Twoja pomoc będzie nieoceniona. Ile wy się właściwie znacie? I skąd? – Przenikliwie spojrzała w jego oczy. A musiała przyznać, że miał naprawdę piękne oczy. Jedno cudownie niebieskie, drugie intensywnie zielone. Teraz patrzyły na nią z powagą, wręcz obojętnością. Przemknęło jej nawet przez myśl, że to przykre, że w tak pięknych oczach nie widać żadnych emocji. – Długo – odpowiedział James po chwili. – I z Menthisu. Nic szczególnego.
Lucia spojrzała na niego spode łba. James musiał przyznać, że miała naprawdę ładne, ciemne oczy. Przez jego głowę przegalopowała myśl, że gdyby malował obrazy, to chciałby je uwiecznić, jednak zamordował ją równie szybko jak się pojawiła. - A coś więcej? - zaczęła dopytywać, ale Anglik tylko wzruszył ramionami. Włoszka westchnęła. - Ja też znam go z pracy - zaczęła opowiadać niepytana - całkiem miły jest, nie? W sensie... Uprzejmy, dobry pracownik, fajny człowiek... - zamilkła na chwilę, gdy zobaczyła jak jeden z mięśni lekko zadrgał na jego twarzy. - To nie ja jestem jestem w nim zakochany, to się nie będę wypowiadać - po raz kolejny wzruszył ramionami, doprowadzając Parfavro do szewskiej wręcz pasji. Była tak zaskoczona, że na chwilę zgubiła krok.
– Nie jestem... – wypaliła natychmiast, czerwieniąc się, czego, miała nadzieję, nie było widać pod warstwą makijażu. – Jasne – skwitował jej jeszcze nawet dobrze nie zaczętą wypowiedź. Lucia wzięła uspokajający oddech. – Bardzo interesujący z ciebie człowiek – stwierdziła chłodno. – Niby taki niedostępny, a swoje wie. Chociaż i też nie zawsze, jak widać. – Na ostatnie zdanie położyła największy nacisk. – Niby taki niczym niezainteresowany, a jednak na mnie zwrócił uwagę. – Uniosła wyzywająco brwi i teraz on prawie pomylił się w tańcu. – Nieprawda – odparł, starając się brzmieć obojętnie. – Jasne – przedrzeźniła go. – Jak ty się właściwie nazywasz? James jak? Von Alwas? Hm, to pewnie twój tatuś jest moim najwyższym szefem – ostatnie dwa słowa wypowiedziała z niechęcią, której nie dało się nie zauważyć, nawet jeśli nie było się Jamesem. – Strasznie dużo gadasz – skwitował tylko, naprawdę starając się zignorować jej atak. Lucia uniosła na chwilę brwi, a James, by uniknąć kolejnego potoku słów, obrócił ją w tańcu. Jej ciemne włosy znów go uderzyły, tym razem jednak przypadkowo, ale Włoszka i tak uśmiechnęła się triumfująco, czego jednak Anglik już nie dostrzegł. – Chociaż trzeba ci przyznać – zaczęła ponownie, gdy stała już przodem do swojego partnera – że gust masz naprawdę niezły. A ode mnie tego często się nie słyszy.
James skinął głową, ciężko powiedzieć czy na znak uznania komplementu czy może obojętności. Prawdę mówiąc ta kobieta była irytująca i głośna, jednak Von Alwas musiał przyznać, że również docenia jej gust. Nie powiedział jednak nic i wciąż prowadził nadal zarumienioną jak prawdziwy włoski pomidor Lucię. Niedługo później walc skończył się. James ukłonił się teatralnie i odszedł w kierunku stolika bez słowa. Po chwili podszedł do niego O'Reilly. Widziała, jak rudowłosy coś mówi, jednak chirurg pozbawia go tchu celnym kuksańcem w żebra. Lucia ledwie powstrzymała się od parsknięcia śmiechem. Dziwny ten Von Alwas, oj dziwny.
(Lucia, Twoja kolej)

8 września 2018

Od Lucii cd. Jamesa

    – Cześć – przywitał się Fionn z uśmiechem, na co pochylająca się nad stanowiskiem chemicznym Włoszka uniosła głowę. – Mogę?
– Pewnie – przytaknęła ze zdziwieniem. – Tylko lepiej załóż okulary. I fartuch, jeśli chcesz, żeby ten garnitur nadal był w stanie idealnym.
Irlandczyk zaśmiał się, sięgając po wyznaczony ekwipunek.
– Co robisz? – zapytał bardziej przez grzeczność niż przez faktyczną ciekawość. Wziął do ręki jedną z probówek i zamieszał nią delikatnie, przez co substancja zmieniła kolor na intensywnie zielony. Lucia zacisnęła mocno usta i spojrzała na niego z dezaprobatą, starając się nie powiedzieć paru słów za dużo. Fionn zagryzł wargę, widząc jej wzrok i odłożył probówkę na miejsce.
– Wybacz – powiedział tylko i postanowił niczego już więcej nie dotykać. Ten gabinet był jak skarbnica tajemnic połączona z bombą zegarową. Włoszka tylko skinęła głową. – Chciałem tylko zapytać. – Założył ręce za plecami, jedynie na wszelki wypadek. – Wybierasz się na nasz Metnthisowo-sojuszniczy bal, prawda?
Brunetka uniosła brwi, patrząc na jego twarz i starając się z niej coś wyczytać. O co mu chodziło?
– Miałam zamiar – powiedziała powoli. – Ale to dopiero za tydzień. Masz na myśli coś konkretnego?
– A nie, nie – odkaszlnął – nie, tylko sprawdzam czy nie będziemy mieli braków w kadrze. Sama rozumiesz, słabo by wyszło, gdyby na balu organizowanym przez Menthis… nie było Menthisu, prawda?
Lucia spojrzała na niego z powątpiewaniem. Co ten Fionn kombinuje?
– Racja – przytaknęła ze zmarszczonymi brwiami.
– Ale sama będziesz?
– No… Raczej tak. Fionn, o co ci tak właściwie…
– Świetnie – przerwał jej, klaszcząc w ręce. – To ja idę pytać dalej, nie przejmuj się. Miłej pracy! – Uśmiechnął się i wyszedł z jej gabinetu z westchnieniem ulgi. Jak na razie wszystko szło po jego myśli.
(JAMES?)

30 sierpnia 2018

Od Lucii cd. Jamesa

    Zaraz za nim wyszedł Fionn. Chciał chyba jeszcze powiedzieć coś do Jamesa, bo już otworzył usta, ale przerwało mu pojawienie się Włoszki.
– Fionn, wybacz, zapomniałam, to jeszcze do tych wczorajszych dokumentów – wyjaśniła z wyrażającym poirytowanie westchnieniem, podając mu cieniutką teczuszkę. Zupełnie natomiast zignorowała Jamesa, który z jakiegoś sobie nawet nieznanego powodu przyglądał się tej scenie z umiarkowanym zainteresowaniem.
– Wiem, wiem, naprawdę przepraszam, ale mam taki bajzel w papierach, że sama ledwo się w tym odnajduję. – Przewróciła oczami, zanim rudowłosy zdążył w ogóle się odezwać. Wziął od niej teczkę z wymownym uśmiechem, przy okazji przypadkowo muskając jej rękę. Odwróciła wzrok i natychmiast odsunęła dłoń.
– Nie szkodzi, jeszcze nie zaniosłem tego von Alwasowi, więc możesz być spokojna – zapewnił ją z uśmiechem. – Przy okazji, ładnie ci w tych okularach. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie nosisz ich na co dzień.
Speszona Lucia zaczerwieniła się lekko.
– Czasem noszę – zauważyła. – To wszystko przez to, że nie zdążyłam dziś rano założyć soczewek – wyjaśniła. Fionn spojrzał na nią ze zrozumieniem, po czym przeniósł wzrok na Jamesa.
– Właśnie, Lucia, bardzo cię przepraszam za kolegę – powiedział nagle, jakby sobie o czymś przypomniał. – Naprawdę nie…
– O nie, nie – przerwała mu natychmiast. – Akurat to nie ty musisz mnie przepraszać. – Rzuciła Jamesowi wściekłe spojrzenie. Ten tylko wzruszył ramionami, ignorując nawet znaczące chrząknięcie Irlandczyka.
– A teraz wrócę już do swojej pracy, jeśli pozwolisz. – Skinęła Fionnowi głową i zniknęła za rogiem. Rudowłosy westchnął, kręcąc głową ze zrezygnowaniem.
(JAMES?)

26 sierpnia 2018

Od Lucii do Jamesa

    Lucia obudziła się późno. Za późno. O tej godzinie już dawno powinna być w pracy. Nie zdziwiła się nawet, że zasnęła na kanapie przed telewizorem. Pamiętała, że o godzinie 4:05 miała oglądać powtórkę jakiegoś głupiego serialu, więc jakoś wtedy musiała zasnąć. Była wykończona zarówno psychicznie jak i fizycznie. Cała ta sytuacja z Fionnem źle na nią podziałała. Była o tym przekonana jeszcze bardziej, gdy zobaczyła na stoliku opróżnione pudełko po lodach kawowych. Natychmiast zerwała się z kanapy i pobiegła się ogarnąć. Była na siebie wściekła, dodatkowo głowa bolała ją niemiłosiernie. Wystukała krótką wiadomość do Fionna, przepraszając za spóźnienie i obiecując, że za chwilę będzie w pracy. Najwyżej nazmyśla coś o uciekających autobusach czy o czymś równie głupim. Bez znaczenia. Wiedziała tylko, że naprawdę nie ma ochoty teraz spotkać się z rudowłosym Irlandczykiem, ale nie miała wyboru. Postanowiła unikać go dziś jak ognia. Nałożyła na włosy piankę prostującą (jej wynalazku), usta pomalowała brązową pomadką (podkreślając tym samym swój beznadziejny nastrój), wybrała swoje ulubione, jedne z najwyższych szpilek (chcąc choć trochę poczuć się lepiej) i niemal w biegu zamknęła za sobą drzwi. Zdecydowała, że szybciej przejdzie na piechotę niż gdyby miała czekać na autobus, więc pewnym krokiem ruszyła przed siebie, odpalając przy tym papierosa. Zdążyła wypalić dwa, gdy znalazła się przed siedzibą Menthis Corp. Było właśnie chwilę po jedenastej. Pchnęła drzwi wejściowe przeznaczone dla pracowników, zgarnęła z szatni swój fartuch i przyczepiła do niego swój identyfikator. Ostatni raz spojrzała w lusterko. Schowała za ucho niesforny loczek, którego nakładana w pośpiechu pianka najpewniej nie dosięgnęła i paznokciem zgarnęła nadmiar szminki z kącika ust. Tak gotowa zabrała ze swojej szafki papiery (podrzucone przez Fionna z wielkim podpisem „DR PARFAVRO”) i skierowała się w stronę swojego gabinetu. Miała nadzieję, że nikt nie zauważy tego subtelnego spóźnienia i przemknie tam niezauważona. Chociaż oficjalnie była już w pracy od momentu wejścia do siedziby, nie czuła się z tym dobrze. Przechodziła właśnie obok gabinetu von Alwasa, gdy drzwi otworzyły się z rozmachem i wyszedł z nich mocno zirytowany wysoki mężczyzna… przy okazji nadeptując na jej wyciągniętą szpilkę. Zachwiał się lekko, jednak nie zwrócił na to zbytniej uwagi. Poprawił tylko płaszcz i już chciał przejść dalej, korytarzem do głównego wyjścia, gdy zszokowana do tej pory Lucia postanowiła zawalczyć o swoje.
– Przepraszam? – rzuciła protekcjonalnie. Nie miała pojęcia, kim jest ten człowiek i wiedziała, że mogła mieć problemy przez swoją arogancję, ale w tej chwili miała tak podły nastrój, że naprawdę mało ją to obchodziło. – Rodzice cię nie uczyli, żeby uważać, gdzie się stawia stopy?
Nieznajomego chyba zmroziło na chwilę, ale zaraz cofnął się kilka kroków, pochylił lekko, by lepiej widzieć jej twarz i odpowiedział dobitnie.
– Och, wybacz. Te szpilki chyba niewiele dały, bo nawet w nich cię nie zauważyłem.
Lucia otworzyła usta z oburzenia.
– No ty sobie chyba kpisz! – obruszyła się jeszcze bardziej. – Zdajesz sobie sprawę ile te buty kosztowały?
Nieznajomy zlustrował ją obojętnym spojrzeniem, wzruszył obojętnie ramionami i odpowiedział równie obojętnym tonem:
– Nie.
Chciał już odejść, zostawiając oburzoną Lucię samą, gdy zza rogu wyłonił się Fionn O’Reilly.
– James, świetnie, że jeszcze cię złapałem! – zawołał z ulgą. – Zapomniałeś podpisać… O, Lucia, cześć – powiedział zbity z tropu, gdy dobiegł do nich i zauważył jej wściekłą minę. – Coś się stało? – zapytał, marszcząc brwi.
– Nic – odpowiedziała Włoszka wyniośle. – Właśnie szłam do gabinetu. Do zobaczenia później, Fionn. Przyniosę ci tę teczkę, jak tylko skończę – odpowiedziała i, zupełnie ignorując nieznajomego, ruszyła przed siebie. Przy tym wolną ręką specjalnie odrzuciła włosy tak, by uderzyły zdezorientowanego Jamesa. Fionn chwilę przenosił nierozumiejący wzrok z oddalającej się Lucii na osłupiałego przyjaciela.
– Czy możesz mi wytłumaczyć – zaczął powoli, wolną ręką masując sobie skroń – co się tu tak właściwie między wami stało? 
(JAMES?)

23 sierpnia 2018

Od Lucii cd. Fionna

    Ciemnowłosa dziewczyna założyła lekko już pokręcone włosy za ucho i przygryzła końcówkę długopisu, zostawiając na nim ślady czerwonej szminki. Przejechała palcem po papierze, zatrzymując się na najważniejszej części danych i przepisała je do drugiej tabeli. Nagle po jej twarzy przemknął cień olśnienia. Skreśliła jedną tabelę i z niemal zawrotną prędkością zaczęła zapisywać drugą. Gdy skończyła, kartka nie wyglądała co prawda estetycznie, ale Lucia była zadowolona z wyników, jakie udało jej się osiągnąć. Spojrzała na zegarek. Skończyła zleconą przez Fionna pracę trochę później niż się spodziewała. W gabinetach obok już nikogo nie było. Naukowcy z tego piętra dość rzadko zostawali po godzinach. Wstała z fotela, wyciągnęła ręce do góry, rozciągając kręgosłup i spojrzała w okno. Ciemność Areny Czwartej kontrastowała z różnymi rodzajami świateł ulicznych. Uwielbiała ten widok. Nie bez powodu wybrała sobie właśnie ten gabinet. W końcu wróciła do biurka. Zebrała wszystkie wyniki badań, założyła zdjęte wcześniej pod blatem szpilki, zgarnęła z wieszaka płaszcz i torebkę i zostawiła na ich miejscu swój fartuch laboratoryjny. W drzwiach jeszcze raz omiotła wzrokiem gabinet, a gdy upewniła się, że nie zostawiła tam niczego potrzebnego, wyszła i zamknęła za sobą drzwi, przejeżdżając identyfikatorem po czytniku. Skierowała się do gabinetu O’Reilly’ego, mając nadzieję, że jeszcze go tam zastanie. Już w połowie korytarza usłyszała ciche nucenie zza uchylonych drzwi. Uśmiechnęła się sama do siebie, a jej serce lekko przyspieszyło, jak zawsze, kiedy go widziała, rozmawiała z nim czy o nim myślała. Wzięła głęboki oddech, zapukała lekko i stanęła w otwartych drzwiach. Fionn podniósł na nią zdziwiony wzrok, zaraz jednak uśmiechnął się serdecznie.
– Lucia, no proszę – powiedział, gestem zapraszając ją do środka. – Ty jeszcze nie w domu?
– Chciałam dokończyć te badania – wyjaśniła, kładąc mu stertę papierów na biurku. – Choć tak naprawdę więcej tam było liczenia niż jakichś prób.
Rudowłosy pokiwał głową, z zaciekawieniem przeglądając efekty jej pracy.
– Von Alwas będzie zachwycony – mruknął. – Świetna robota, Lucia. – Uśmiechnął się do niej. – Wiedziałem, komu zlecić tę robotę. – Puścił jej oczko, a ona, sama nie wiedząc czemu, uciekła wzrokiem gdzieś w bok i poczuła, jak jej twarz robi się gorąca.
– Dzięki – odpowiedziała, ale głos jej się załamał. Odchrząknęła, starając się nie stracić rezonu. – A ty co tu jeszcze robisz tak późno? – zapytała. Często widywała go w biurze, gdy wychodziła długo po zakończeniu pracy. Miała niemal pewność, że zawsze wychodził ostatni.
– Wiesz, obowiązki zastępcy szefa. – Zaśmiał się, wkładając jakieś papiery do jednego z wielu segregatorów. – Przygotowywanie ważnych spotkań, uporządkowywanie dokumentów z recepcji, pilnowanie waszych badań. To wszystko zajmuje trochę czasu. Ale tak naprawdę na dzisiaj już skończyłem. – Klasnął w dłonie i wyciągnął kurtkę z szafy. – Może podwieźć cię do domu? – zapytał uprzejmie, gasząc światło w gabinecie. Lucia przygryzła wargę, czego nie widać było w przez chwilę zaciemnionym korytarzu. Gdy tylko zapaliły się światła, podjęła decyzję z uśmiechem na ustach.
– A w sumie bardzo chętnie. 
(FIONN?)

3 sierpnia 2018

Od Lucii cd. Fionna

    Włoszka energicznie przesunęła papiery po blacie, aż zadzwoniły znajdujące się na jej nadgarstku bransoletki.
– Możesz rzucić na to okiem jeszcze raz? – zapytała pewnie, marszcząc idealnie wykonturowane brwi. – Wydaje mi się, że albo nie dostałam wszystkiego, albo dałeś mi coś innego.
Nie czekając na odpowiedź, otworzyła teczkę i poprawiła spadające z nosa okulary.
– Tu – wskazała palcem na jedno miejsce – urywa się tabelka. A z kolei tu – przewróciła stronę – zaczyna się coś zupełnie innego. Tutaj wniosek też wygląda na przerwany w połowie. Jak mam coś badać, skoro nie mam nawet dokładnej karty ze wszystkimi informacjami? – Nerwowo poprawiła włosy i zdjęła okulary. Fionn spojrzał na dokumenty ze zmarszczonym czołem.
– Masz rację, coś musiało się źle wydrukować – mruknął po chwili. – Przepraszam za zamieszanie. Zaraz spróbuję tego poszukać w systemie i wydrukować jeszcze raz. Zawołam cię, gdy będzie gotowe.
Lucia pokiwała energicznie głową.
– Nie ma problemu, dzwoń w każdej chwili – odpowiedziała ze słodkim uśmiechem. Fionn odpowiedział jej tym samym. Cieszył się, że się nie złości. Uważał, że akurat Lucia to osoba, którą nie warto mieć za wroga.
– A... Masz coś dla mnie w zastępstwie czy zająć się swoimi badaniami?
– A nad czym pracujesz? – zapytał z czystej zawodowej ciekawości. Powoli już gubił się w badaniach wszystkich swoich pracowników.
– Nową metodą odpromieniowywania. Raczej... coś w stylu jego zniwelowania, zwłaszcza na najbardziej skażonych arenach – wyjaśniła z pasją. Naprawdę kochała to, co robiła. To właśnie w otoczeniu laboratoryjnych sprzętów czuła się najlepiej. Uwielbiała biologię, chemię, fizykę, matematykę. Triumfowała za każdym razem, gdy jej ciężka praca się opłacała i to spod jej rąk wychodziło coś zupełnie nowego, innego. Zawsze porównywała to do malowania obrazów czy projektowania. Uważała, że to właśnie pasja czyni naukowca kimś więcej niż tylko dziwakiem od probówek. To dzięki pasji ludzie odkrywali wielkie rzeczy.
– Na zlecenie czy... – zaczął Fionn z uprzejmym uśmiechem, ale natychmiast mu przerwała.
– Po części tak. Sam rozumiesz, to mój osobisty projekt, ale jeśli się uda, premier bardzo chętnie go kupi... Za naprawdę spore pieniądze. – Puściła mu oczko, a on pokiwał głową ze zrozumieniem.
– W takim razie możesz wracać do laboratorium, zawołam cię przez system, jak już uporam się z tymi papierami.
– Dzięki. – Uśmiechnęła się, przeciągnęła identyfikator przez czytnik i skierowała się do strefy badawczej siedziby Menthis Corp
(FIONN?)