Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mission Impossible. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mission Impossible. Pokaż wszystkie posty

4 kwietnia 2020

Od Calii cd. Camille

Czas ustalić listę gości! – zawołałam radośnie, usadawiając się na kanapie z kartką i długopisem. Camille popatrzyła na mnie spode łba, łyżką mordując przygotowaną przeze mnie zupę. Odkąd zdecydowałyśmy się na tematyczną imprezę, przygotowania pochłaniały nam sporo czasu wolnego i przenosiły się z mojego mieszkania do domu Cam i odwrotnie, w zależności od tego, kto akurat miał coś do załatwienia na mieście lub mógł wcześniej wrócić. Zwykle ja przyjeżdżałam do przyjaciółki po zajęciach, a ona do mnie, gdy akurat miałam dzień wolny po nocce i brak ochoty na wychodzenie gdziekolwiek. Tym razem jednak przywitałam Słowika w porze obiadu, bez zapowiedzi i wyjątkowo wkurzoną. Udało mi się ustalić, że wracała właśnie z jakiegoś supertajnego-o-którym-mam-nie-wiedzieć spotkania i nie wszystko poszło po jej myśli. Stwierdziłam więc, że jest to idealny moment na najbardziej ryzykowny punkt całych naszych przygotowań.
– Żadnych znajomych z Noctis – burknęła Camille, wracając do zupy.
– Aha, czyli żadnych moich znajomych, świetnie – odpowiedziałam z ironiczną wesołością.
– Masz znajomych z pracy.
– Racja. A co ze Stevem? On jest w Noctis, tak chciałam tylko przypomnieć.
Camille wzruszyła ramionami.
– Bez niego się chyba nie obejdzie. Poza tym, nie traktuję go jak kogoś z Noctisu.
Przewróciłam oczami, wpisując go na listę gości.
– Dobra, czyli moi znajomi z pracy. Ale tylko ci, których lubię – mruknęłam, dopisując parę innych imion. – Mamy siedem osób. Na upartego osiem.
– Znajomi ze studiów?
– Większość jest nudna. Jak już to mogłabym zaprosić jedną.
– To zaproś.
– Okej, w takim razie teraz twoi goście. Tylko żadnych sztywniaków z Pectisu.
Cam odmruknęła coś niezrozumiałego. Patrzyłam na nią z wyczekiwaniem, aż w końcu pokręciła głową.
– Muszę to przemyśleć, a teraz jestem na to zbyt wkurzona. Dopiszę resztę potem.
– Och, okej. A Fionna mam wpisać za ciebie? – zapytałam z miną niewiniątka. Oczy Camille pociemniały gniewem.

– Ace, ty mnie już bardziej dzisiaj nie denerwuj. Wydaje mi się, że coś już na ten temat ustaliłyśmy.
– Och, czyli nic się nie zmieniło? – zapytałam z udawanym zdziwieniem. Camille tylko spojrzała na mnie morderczym wzrokiem. Ja natomiast, wciąż z miną niewiniątka, dopisałam w myślach na listę pewnego rudowłosego Irlandczyka o imieniu Fionn i nazwisku O'Reilly. 
(Cam?)

12 lutego 2020

Od Camille cd. Calii

  Obserwowanie wszystkich zmian, które stopniowo zachodziły w moim domu powodowały u mnie odczucia co najmniej ambiwalentne. Z jednej strony, jak zwykle cieszyłam się na myśl możliwości uczestniczenia i organizacji w przyjemnym evencie, dodatkowo z osobą, na którą, powiedzmy, że mogłam liczyć, z drugiej jednak nie mogłam pozbyć się powracającej natrętnie myśli, że coś jednak jest nie tak i Szafir nie wyzbył się wszystkich asów z rękawa. I z kieszeni. I spod kapelusza. W każdym razie obserwowanie jej zadowolonego uśmiechu za każdym razem, gdy sięgała po jednego cukierka z rozwalonej (dla dobra sprawy i zdrowia mentalnego organizatorek) piniaty miało w sobie coś takiego, że ja również nie mogłam zrobić nic innego niż tylko również się uśmiechnąć i uznając, że co ma być, to będzie. W pewnym momencie dłoń blondynki zatrzymała się w połowie drogi między cukierkami i jej ustami, a jej oczy rozbłysły niezdrowo, co zwiastować mogło jedynie kłopoty, najpewniej dla mnie.
— Wiem — rzuciła, jakby coś rzeczywiście ją oświeciło, potęgując tym samym mój niepokój całym zajściem.
— Jeśli znowu chodzi ci o Fio... — zaczęłam, przerywając jej, próbując zdusić pomysł, który słyszałam już ładnych kilka razy, jeszcze w zarodku, jednak dziewczyna, ku mojemu zdziwieniu, machnęła na mnie dłonią zniecierpliwiona. Zastygłam, przerywając zdanie wpół słowa i zamrugałam kilkukrotnie, jakbym chciała tym samym upewnić się, czy naprawdę zostałam uciszona w taki sposób. Blondynka wstała i podeszła do mnie, kładąc dłonie na moich ramionach.
— Jestem genialna — pochwaliła samą siebie, a ja już niemal widziałam, jak jej mózg pracuje na najwyższych obrotach myśląc o planie, którego jeszcze nie miałam okazji poznać. — Zrobimy imprezę tematyczną. — zamrugałam ponownie, ale ona już machnęła dłonią dookoła, jakby oczyma wyobraźni widziała dokładnie wszystkie dekoracje. — Nie zaprzeczysz chyba, że...
— Obawiam się, że tym razem muszę przyznać ci rację — rzuciłam, przewracając oczami. — Co czyni mnie jeszcze bardziej genialną, bo się z tobą zaprzyjaźniłam —podbudowałam swoją próżność niemal natychmiastowo, na co otrzymałam jedynie prychnięcie.
— Może... Lato w Vegas — spekulowała Calia. Zmarszczyłam brwi. — Albo nie, nie nie nie, wiem! Hiszpańskie tango, no czy to nie brzmi wspaniale?! Tak majestatycznie, dostojnie ale jest w tym coś tajemniczego — w tym momencie nasz wzrok padł na rozczłonkowaną piniatę, nasze spojrzenia się zetknęły, a wyrazy twarzy musiały stanowić praktycznie lustrzane odbicie.
— Hiszpańska Plaża — zadecydowałyśmy, przybijając sobie żółwika, gratulując tym samym sobie nawzajem zdecydowanie najbardziej genialnego pomyślunku w dziejach. W tym momencie ja i Calia Ace już wiedziałyśmy, że świat jeszcze nie widział czegoś tak niesamowitego, jak zamierzałyśmy mu zaserwować.
(Cal?)

9 lutego 2020

Od Calii cd. Camille

Świetnie! – zaszczebiotałam do telefonu. – Cudownie, wyśmienicie! To będzie genialna impreza, przeżyję nawet te tancerki i piñaty, i bar, i wszystko! – podekscytowałam się na tyle, żeby przerwać na chwilę malowanie paznokcia, by móc radośnie pomachać rękami. Camille jęknęła.
– Dlaczego czuję, że skoro jesteś taka rozentuzjazmowana, to na pewno planujesz coś, przez co będę żałować, że kiedykolwiek się zgodziłam?
– Przesadzasz! – zawołałam wesoło.
– Oczywiście. Dobra, będę kończyć, mam jeszcze parę spraw do ogarnięcia.
– Jasne, jasne, leć! Buziaki, do zobaczenia niedługo!
Camille wymruczała kilka naprawdę nieładnych słów po francusku.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, że znam francuski. – Bardziej oznajmiłam niż zapytałam.
– Doskonale – potwierdziła moje przypuszczenia. – Pa!
– Pa, pa – powiedziałam i usłyszałam charakterystyczne piknięcie w telefonie. Przez chwilę nic nie mówiłam, ale gdy domalowałam paznokcia, wyciągnęłam dłoń przed siebie i mruknęłam wyjątkowo zadowolona:
– Oczywiście, że ty go nie zaprosisz, ale ja nie będę miała przed tym absolutnie żadnych oporów.
Popsikałam lakier sprejem wysuszającym, wciąż uśmiechając się od ucha do ucha.
– Fionnie O'Reilly, szykuj się na imprezę, która odmieni twoje życie! – zapowiedziałam w pustą przestrzeń. Siedząca na stole Lizzy spojrzała na mnie jak na idiotkę, po czym wystawiła mi język.
– No wiesz co?! – obruszyłam się, wkładając lakiery do kosmetyczki. – Jeszcze mi za to podziękują, zobaczysz. 
W tym momencie zadzwonił mój telefon. Odebrałam go, nawet nie patrząc na wyświetlacz, w stu procentach przekonana o tym, że to Camille. 
– Wiem, wiem, jestem cudowna! – zawołałam, zanim zdążyła się odezwać. W zamian za to usłyszałam śmiech Steve'a.
– Jesteś, jesteś, ale mogłabyś już łaskawie zejść, bo czekam na ciebie od dziesięciu minut, a żadne legalne miejsce parkingowe nadal nie jest wolne. 
Spojrzałam ze zdziwieniem na zegarek. 
– Jeju, nawet nie wiedziałam, że już tak późno! Schodzę! – oznajmiłam, rozłączając się i podeszłam do szafki, by wyciągnąć buty. 

(Camille? 😏)

31 sierpnia 2019

Od Camille cd. Calii

  Nie — zaprotestowałam gorliwie. 
— Nie ma nawet takiej możliwości.
— Ale Caaaaam — jęknęła moja przyjaciółka żałośnie. — Przecież w moim mieszkaniu wszyscy się nie zmieszcząą. Sąsiedzi będą narzekać! — wysunęła kolejny argument, jednak po ciszy po mojej stronie chyba zdała sobie sprawę, że nie interesują mnie jej sąsiedzi i jeśli naprawdę będzie chciała mnie przekonać, będzie musiała wymyślić coś lepszego. Chrząknęłam znacząco, by uświadomić jej, że od paru dobrych chwil praktycznie nie daje znaku życia.
— Sprowadzisz sobie kogo chcesz — burknęła w końcu — tancerki, piniaty czy co tam zdecydujesz.
— Rozumiem że bar również zalicza się do "co tam zdecyduję"? — dopytałam, a na moją twarz wypłynął uśmiech.
— Akurat na alkohol liczę najbardziej w aktualnej sytuacji — odparła, co uznałam za potwierdzenie swych słów.
— I jak rozumiem nie zostawisz mnie samej z ogarnianiem tego wszystkiego zarówno przed jak i po imprezie? — drążyłam dalej. Znając umiejętności Ace do wykręcania się z jakiejkolwiek roboty musiałam usłyszeć jej słowo, by mieć pewność, że w połowie naszej bojowej misji nie stwierdzi, że pora na taktyczny odwrót. Parsknęła cicho, a ja oczyma wyobraźni widziałam jak przewraca oczami zrezygnowana i lekko zirytowana już moją dociekliwością.
— Masz to jak w banku. — skinęłam sama do siebie głową. Czy było coś jeszcze o co powinnam spytać, zanim podejmę się organizacji całego wydarzenia? Zdecydowanie.
— Fionn nie przychodzi — zastrzegłam sobie od razu, a Calia zachichotała.
— Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabyś go zaprosić — rzuciła w odpowiedzi. Wiedziałam, że akurat w tej kwestii nie mogę liczyć na nic więcej, więc jedynie zaklęłam cicho. Odpowiedziały mi kolejne podejrzane odgłosy rozbawienia.
— To jak? — podjęła po chwili — zgadzasz się?
— Tak — odparłam w kocu, zastanawiając się, czy nie wolałabym podpisywać paktu z diabłem o własną duszę niż urządzać imprezę z tą małą lisicą.
(Calia?)

19 sierpnia 2019

Od Calii cd. Camille

Aww – zachwyciłam się. – To takie słodkie! 
Camille zaśmiała się powątpiewająco.
– Ty, ja nie wiedziałam, że z ciebie taka niepoprawna romantyczka. Powiem Steve'owi – zastrzegła, a ja machnęłam ręką, czego, oczywiście, nie mogła zobaczyć.
– A mów se, a ja i tak mam rację. On na ciebie leci! A moja piękna akcja z kwiatami tylko to potwierdza.
Niemal czułam, jak Cam przewraca oczami.
– To było całkowicie niepotrzebne – oznajmiła, jednak bez większego przekonania. Prychnęłam.
– Jasne.
W słuchawce na chwilę zaległa cisza, jako że zbliżałam się do bardzo skomplikowanego manewru, jakim było pomalowanie paznokci u prawej ręki, a moja przyjaciółka najwyraźniej próbowała przetrawić pewne informacje i znaleźć na nie odpowiedź.
– Czy to znaczy – zaczęłam triumfalnie, gdy udało mi się nałożyć jedną całkiem przyzwoitą warstwę – że mogę się spodziewać Fionna na naszej domówce?
– Hola, hola, kochana – ostudziła moje zapędy Camille. – Po pierwsze, jeszcze niedawno była to twoja domówka i absolutnie nie chciałaś przyjąć moich piñat ani tancerek – wytknęła mi, co spotkało się z moim poirytowanym westchnieniem. – Po drugie, będzie dziwne, jak zaprosisz Fionna do siebie do mieszkania, nawet go nie znając – powiedziała z przekonaniem, zupełnie tak jakby liczyła na to, że odwiedzie mnie od tego genialnego pomysłu. Wzruszyłam tylko ramionami.
– Wiesz, zawsze możemy zmienić lokum, jeśli już zdecydowałyśmy, że to nasza domówka – zasugerowałam, mając nadzieję, że moja przyjaciółka odczyta tę dyskretną sugestię. 
(Cam? ;3)

18 sierpnia 2019

Od Camille cd. Calii

Nie byłam pewna od czego powinnam zacząć, jednak ponaglające syknięcie Calii spowodowało , że słowa same ułożyły się na moim języku.
— Kiedy wyszliśmy, zaoferował mi ramię — zaczęłam się czerwienić, gdy usłyszałam kolejną gwałtowną reakcję Ace. — Potem spacerowaliśmy...
— I co? Tyle? — podejrzliwa odpowiedź dziewczyny sprawiła, że wywróciłam oczami, po czym westchnęłam.
— No nie... nie do końca — wyznałam.
— No to konkrety, moja panno, k o n k r e t y
— W końcu dotarliśmy do jakiegoś budynku. Powiedział, że chce mi coś pokazać. — niemal byłam w stanie zobaczyć uniesione brwi Calii, gdy wydała z siebie dziwne parsknięcie 
— Czy to była sztuczka w stylu czwartej bazy? — spytała, niemal się dusząc ze śmiechu. Fuknęłam na nią zirytowana, jednak na ustach wciąż błądził mi lekki uśmiech.
— Jak jesteś taka mądra to idź i jego spytaj jak było — rzuciłam tylko, marszcząc brwi. Nie było opcji, bym usiedziała na miejscu, więc spacerowałam właśnie po każdej możliwej powierzchni na swojej posesji.
— No dobra, dobra, już — odparła tylko, a ja wiedziałam że byłaby w stanie to zrobić. 
— Więc wjechaliśmy windą na ostatnie piętro, na dach...
— I stamtąd obserwowaliście zachód słońca, a jego delikatne promienie delikatnie otulały wasze spragnione miłości twarze — zapiała Calia, a ja byłam pewna, że za chwilkę zniesie jajko z zachwytu.
— Znowu się zapędziłaś — upomniałam ją. — I wtedy on powiedział — zrobiłam efektowną przerwę, niemal czując napięcie z drugiej strony. — Że moje oczy w tym świetle przypominają mu papierek wskaźnikowy w zasadzie. — zakończyłam poważniejszym tonem. Po drugiej stronie zapanowała cisza.
— Co powiedział — Calia wydawała się porządnie wytrącona z równowagi. Parsknęłam śmiechem, nie mogąc się powstrzymać. Moja przyjaciółka warknęła cicho, zirytowana moim żarcikiem.
— Powiedział — zaczęłam ponownie, tym razem nie siląc się na żarty. — Że moje oczy w tym świetle przypominają mu zachody nad morzem przy wybrzeżach Irlandii. Że przypominają mu dom.
(Calia?)

16 sierpnia 2019

Od Calii cd. Camille

Zapiszczałam do telefonu jak mała dziewczynka, siedząc na swojej pięknej kanapie i malując paznokcie. W tle usłyszałam śmiech Camille, która chyba musiała odsunąć od siebie słuchawkę, gdy nastąpiło to moje nagłe wyładowanie emocji. 
– I co, i co, i co? – zapytałam podekscytowana i niemal widziałam, jak moja przyjaciółka przewraca oczami.
– Wiedziałam, że nie dasz mi żyć – powiedziała tylko.
– Kochana, dużo bardziej nie dałabym ci żyć, gdybyś do mnie nie zadzwoniła i mi nie opowiedziała – oznajmiłam, patrząc groźnie na leżący na stoliku przede mną telefon. Camille znów się zaśmiała.
– Wiem – przyznała. Miała tak wyśmienity humor jak mało kiedy, a ja doskonale wiedziałam, czym, a raczej kim, było to spowodowane. I nie miałam zamiaru przerywać tej radości, a wręcz przeciwnie.
– Widziałam jak on na ciebie patrzył dziewczyno, mówię ci, coś z tego będzie! – zapiszczałam. – Podziękujesz mi na swoim ślubie, kochana, myślę, że już mogę szukać sukienki!
– Dobra, dobra, mądralo, ty się tak nie zapędzaj – fuknęła Camille, jednak nie tak zadziornie jak zwykle, co również odnotowałam z uśmiechem, którego (na moje szczęście) nie mogła zobaczyć. – To było czysto przyjacielsko-biznesowe spotkanie.
– Słuchaj no, czysto to ono nigdy nie było, przyjacielsko-biznesowe no może do momentu wyjścia z Mojito, ale proszenie kogoś na spacer przy zachodzie słońca nie jest częścią ani jednego, ani drugiego. A mój numer z kwiatami tylko to potwierdził! Wiem, wiem, jestem genialna, nie musisz dziękować. – Machnęłam wolną ręką lekceważąco. – A teraz opowiadaj dalej! Co się działo na tym spacerze? Tylko ze szczegółami, masz niczego nie pomijać!
Cam zaśmiała się po raz kolejny, słysząc mój entuzjazm.
– Wyśpiewam ci wszystko jak na przesłuchaniu – obiecała, co usatysfakcjonowało mnie na tyle, by poczekać w spokoju na dalszą część jej opowieści. 
(Cam? Tylko niczego nie pomijaj, ze szczegółami XD)

Od Camille cd. Calii

  Moja twarz spąsowiała efektownie, a ja spuściłam nieco głowę by ukryć ten fakt, oraz zaciśniętą z gniewu szczękę. 
— Dziękuję — powiedziałam szczerze, znów podnosząc wzrok, starając się zignorować zaczerwienione policzki. Fionn uśmiechnął się szerzej.
— Ależ nie ma za co. Nawet jeśli była to pomyłka — och, gdyby tylko wiedział o tej diablicy — to była to jedna z lepszych pomyłek, jakie ktokolwiek mógłby popełnić — uniosłam kącik ust ku górze. Gdy upijał łyka swojej kawy, odwróciłam wzrok w kierunku tego uosobienia zła i zmroziłam ją wzrokiem. Wyszczerzyła zęby i pokazała kciuki w górę. Odwróciłam się, ostentacyjnie przewracając oczami.
— W takim razie pozwolisz, że przejdziemy do konkretów — zaczęłam po chwili, gdy udało mi się opanować zmieszanie.
— Oczywiście — odparł miękko, wciąż wpatrując się we mnie, jakby próbował ponownie wyprowadzić mnie z równowagi. Jednak na jego nieszczęście jedną z nielicznych osób, które potrafiło to zrobić w rekordowo krótkim czasie była Calia, więc podjęłam grę i również patrzyłam mu w oczy bez wstydu. — Czy Pectis pragnie wysunąć jakieś żądania w stosunku do Menthis?
— Tak — odparłam jedynie, wciąż nie przerywając bitwy na spojrzenia. Nie byłam już Camille Belcourt, dziewczyną zdenerwowaną na przyjaciółkę z powodu jakichś głupich kwiatów. Byłam Słowikiem, głową mafii Pectis, jedną z bardziej wpływowych osób w mieście. Nie wiedziałam, co mój rozmówca będzie sądził o tej zmianie, jednak w tym momencie mnie to nie interesowało. Liczyło się tylko Pectis. Uzgadnialiśmy szczegóły przez dość długi okres czasu, aż przyszedł czas, by zakończyć spotkanie. Mimo moich początkowych protestów, O'Reilly zapłacił za nas oboje. Co odnotowałam z pewnym uznaniem, zostawił również dla Calii spory napiwek, po czym opuściliśmy Mojito. Naręcze kwiatów w moich dłoniach pięknie wyglądało w świetle zmierzającego ku zachodowi słońca. Pogładziłam palcami jeden z kwiatów, ponownie zerkając ukradkiem na Fionna.
— Camille? — zaczął, a ja spojrzałam na niego pytająco. — Czy miałabyś coś przeciwko, byśmy przeszli się jeszcze przez chwilę? Nie chcę jeszcze wracać do nudnych badań i codzienności — zażartował, oferując mi ramię. Mając głęboko gdzieś zdanie Calii, która na pewno nie da mi przez to żyć, przyjęłam je z uśmiechem.
(Cal? kwiatki piękne, tak jak ten, kto je dostał ^^)

Od Calii cd. Camille

Jakiś miły klient? – zapytała baristka, gdy podawałam jej kolejne zamówienie. Zaśmiałam się cicho.
– Można to tak ująć – stwierdziłam.
– Który to? – wychyliła się z zaciekawieniem, a ja, nawet się nie odwracając, zaczęłam jej tłumaczyć.
– Widzisz ten stolik w rogu? Czekaj, trochę dyskretniej! – skarciłam ją, na co zareagowała śmiechem. Na szczęście Camille była zbyt zajęta nieupokorzeniem się przed Fionnem, żeby zwracać na nas uwagę. Jej błąd.
– Ten rudowłosy gość z brunetką w grafitowej sukience? Swoją drogą, ładnie na niej leży.
– Ma lepsze – oznajmiłam, a moja koleżanka zmierzyła mnie spojrzeniem spod przymrużonych powiek.
– Czekaj, czekaj... Czy to twoja przyjaciółka?
– Aham, i właśnie jest u nas na randce. Łapiesz? U nas. Na randce.
W oczach baristki pojawił się błysk zrozumienia.
– No przyjaciółka Calii jest też naszą przyjaciółką – skomentowała natychmiast. – Możesz polecieć numerem 158. – Puściła do mnie oczko, a ja szybko przejrzałam w pamięci naszą pracowniczą kartę zadań, którą musieliśmy wkuć pierwszego dnia. Uśmiechnęłam się do niej.
– Myślałam o 162., ale ten jest nawet lepszy, masz rację – przyznałam, jeszcze raz zerkając na ich stolik. Byłam pewna, że ktoś taki jak Fionn O'Reilly podejmie moją małą gierkę.
Upewniłam się, że żaden z gości mnie nie potrzebuje, po czym przeszłam na zaplecze. Znalazłam to, co mnie interesowało niemal od razu. Wybrałam piękny bukiet czerwonych kwiatów z odrobiną herbacianych róż i wróciłam na salę. Podeszłam do stolika, przy którym moja przyjaciółka i przystojny Irlandczyk prowadzili właśnie wesołą konwersację.
– Przepraszam – tylko zaczęłam i już czułam zażenowanie mojej przyjaciółki – piękne kwiaty dla pięknej pani, na pańskie życzenie. – Uśmiechnęłam się ciepło do Fionna, który popatrzył na mnie z zaskoczeniem.
– Nie zamawiałem kwiatów – przyznał, a ja zrobiłam zdziwioną minę.
– Och, w takim razie musiałam pomylić... Bardzo państwa przepraszam. – Zrobiłam sugestywny krok w tył, a gdy Irlandczyk mnie zatrzymał, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Tak przewidywalne.
– Ale niech zostaną. – Posłał mi ciepły uśmiech. – W końcu skoro są dla pięknej pani, to zdecydowanie będą tu pasować.
Uśmiechnęłam się do Camille z wymowynym profesjonalizmem.
– Ależ oczywiście – przytaknęłam, podając jej bukiet.
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się słodko, przyjmując ode mnie kwiaty i byłam przekonana, że, gdyby nie obecność Fionna, już zostałabym obdarzona czułym gestem przemocy fizycznej.
– Ile się należy? – zapytał Irlandczyk, sięgając do kieszeni marynarki po portfel, ale powstrzymałam go machnięciem ręki.
– Och, to na koszt firmy. Za mój błąd. – Spojrzałam na Camille z premedytacją i odeszłam do kolejnego stolika. Czułam emanującą od niej złość, ale też uznanie, do czego pewnie nigdy w życiu mi się nie przyzna. Przechodząc za bar, zbiłam dyskretną piątkę z moją koleżanką. Miałam tylko nadzieję, że Fionn uwzględni moje starania w odpowiednio wysokim napiwku. 
(CAM? PODOBAŁY SIĘ KWIATUSZKI? ;33)

Od Camille cd. Calii

   Wciąż wściekła jak osa weszłam po schodach na pierwsze piętro swojego domu, by udać się do sypialni. Mimo wszystkich zawirowań i głupich pomysłów mojej przyjaciółki, czas nie zamierzał nawet trochę zwolnić, nie mówiąc już o zatrzymaniu się. Musiałam się więc przygotować na swoje biznesowe spotkanie, wciąż modląc się w duchu, by Calia nie zrobiła czegoś głupiego. Zerknęłam na zegarek, po czym parsknęłam cicho. Niezależnie od przyszłych głupich komentarzy Ace nie zamierzałam iść na to spotkanie rozczochrana w jakimś dresie, dlatego też szybko zabrałam się do pracy, decydując, że Fionn O'Reilly padnie do moich stóp. W sprawach biznesowych oczywiście.
   Wierzchnia warstwa mojej grafitowej sukienki zaszeleściła lekko, gdy wsiadałam do samochodu mojego przyszłego współpracownika. W jego oczach odbijały się światełka z jej srebrnych akcentów nadając im nieco dzikszy wygląd, co z pewnością dla niektórych kobiet mogłoby mieć swój urok. Jednak nie dla mnie. 
— Cieszę się, że zdecydowała się pani na nasze spotkanie — powiedział, gdy okrążył już samochód i wsiadł na miejsce kierowcy.
— Ja również — potwierdziłam szczerze — choć muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak rychłej odpowiedzi z pańskiej strony.
— Droga pani, Bóg mi świadkiem, że takie sprawy traktuję zdecydowanie bardzo poważnie — oderwał na chwilę wzrok od drogi, by spojrzeć na mnie z lekkim uśmiechem, który odwzajemniłam. Droga minęła na na wymianie szeroko pojętych uprzejmości lub niezobowiązującej pogawędce na różnorakie tematy, jednak prawdziwy problem mógł zacząć się po naszym wejściu do kawiarnianej części. Jak nietrudno było się spodziewać, osobą, która nas powitała (w niezwykle profesjonalny i zupełnie bezstronny sposób) była Calia Ace we własnej osobie. Poczułam, jak na moje policzki wypływa lekki rumieniec, jednak miałam nadzieję, że przynajmniej Fionn tego nie zauważy. Błysk w oku Szafira powiedział mi więcej niż wszystko, co mogłaby powiedzieć. Było pewne, że nie da mi żyć. Zaprowadziła nas do stolika i przyjęła zamówienie. Z pewnym ciepłem w sercu odnotowałam, że póki co nie wywinęła żadnego numeru i miałam szczerą nadzieję, że ten stan rzeczy się utrzyma. Jednak, gdy przyniosła nasze zamówienie: moją kawę mrożoną i espresso mojego sojusznika, oczko, które mi puściła powiadomiło mnie, że klamka już zapadła i nie było dla mnie żadnego ratunku.
  (Cal?)

15 sierpnia 2019

Od Calii cd. Camille

Z szerokim uśmiechem na twarzy wrzuciłam telefon z powrotem do koszulowej kieszeni. Steve spojrzał na mnie z rozbawieniem.
– Co znowu namieszałaś, asiku?
Parsknęłam śmiechem.
– Wyświadczam Cam przysługę, podziękuje mi na swoim ślubie – oznajmiłam, puszczając do niego oczko. Steve pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Gdyby nie to, że chciała mi uciąć palce, nawet bym jej współczuł – stwierdził, sięgając po szklankę do wytarcia.
– Dobra, dobra – prychnęłam. – Nie bądź taki mądry, bo ci zabiorę tego rogalika.
Blondyn uniósł ręce w obronnym geście.
– Idź sprzątać kawiarenkę, mądralo.
– No już idę. – Machnęłam ręką i odeszłam od baru, kierując się do drugiej sali.
– Cześć – przywitałam się z krzątającą się tam dziewczyną.
– Siemasz, Cal – odpowiedziała mi, przecierając ladę. – Staniesz dzisiaj na barze?
– A co, nasza baristka ma ochotę dzisiaj popracować? – zażartowałam, za co dostałam po spódnicy suchą ścierą.
– Ej! – zaprotestowałam. – Będę w tym musiała chodzić do końca dnia!
– No to jak tam? – Zrobiła minę niewiniątka, a ja pokręciłam głową z niedowierzaniem.
– W części pubowej dają wyższe napiwki – zauważyłam poważnie, ale zaraz potem wyszczerzyłam zęby. – No, ale masz szczęście, że lubię robić dobrą kawę i podjadać ciasta.
Dziewczyna przewróciła oczami.
– I że masz kursy baristyczne, i że mnie lubisz też, wiem, wiem, bezgraniczne szczęście – ironizowała. Pokiwałam głową z przekonaniem.
– Dobra, w takim razie wypad z mojej rezydencji zanim się rozmyślę. – Zaśmiałam się. – I przyślij tu kogoś do kelnerowania za mnie.
– Już wypadam. Przynieś tylko ciasta, i przeparz wszystko. A ja szklanki powycieram. Reszta w miarę ogarnięta. – Zamyśliła się, wychodząc zza baru. – I śniadania przynieś.
– Jasna sprawa – powiedziałam, zamieniając się z nią miejscami. Rozejrzałam się po biało-zielonej przytulnej przestrzeni. To było aż niewiarygodne, że ta sala też należała do Mojito. Uśmiechnęłam się, wykładając dzisiejsze ciasta. Co by nie mówić, lubiłam pracować w kawiarence. I byłam w stu procentach pewna, że Fionnowi i Camille również udzieli się jej nastrój. 
(CAM?)

Od Camille cd. Calii

Było naprawdę niewiele rzeczy na tym świecie,  których byłam całkowicie pewna. Mniej więcej za świadomością zbliżającej się nieuchronnie śmierci czy faktu, że któregoś dnia dosięgnie mnie kara za wszystkie moje występki klasyfikowała się wiedza o nieobliczalności mojej przyjaciółki - Calii Ace. Ścisnęłam telefon w dłoni, aż pobielały mi kłykcie. Sama nie wiedziałam czy jestem bardziej wściekła czy pełna podziwu dla jej umiejętności, jednak wolałam się trzymać pierwszej, bezpieczniejszej opcji.
— Jesteś już martwa, wybieraj sobie wieniec — dodałam jeszcze słodszym tonem, obiecując sobie, że na następnym spotkaniu ją rozszarpię. Potrząsnęłam głową, by wyrzucić tę kuszącą wizję z głowy.
— Ale o co ci chodzi, kochana? — spytała niewinnie, a ja już widziałam w myślach jej złośliwy uśmieszek. Zacisnęłam usta w cienką linię.
—A wiesz, że zupełnie nie mam pojęcia? — odparłam, czując jak cala gotuję się w środku. — Może o to, że śmiałaś nie dość że wziąć mój telefon w swoją lepką łapkę, odblokować go i bogowie wiedzą jeszcze co. I na dodatek. Napisałaś. Do. Fionna. — wycedziłam, nie mając już sił na udawanie spokoju.
— To był wyśmienity pomysł, złotko — odparł Szafir, cmokając cicho — Przecież od początku mówiłam ci że powinniście umówić się u nas w pubie i voila, cała sprawa załatwiona. — pokręciłam głową nad jej bezczelnością — Odpisał ci prawda? — warknęłam cicho w odpowiedzi. — Wiedziałam! A jeśli będzie nachalny to będziesz mieć swoją księżniczkę na białym rumaku - mnie. Ja cię uratuję, kochana.
— Te, Don Kichot. Wstrzymaj konie. To spotkanie biznesowe. Do niczego takiego nie dojdzie — niemal poczułam jak przewraca oczami. — Nie zrób mi wstydu, babo.
— Się wie — odparła wesoło. — Też cię kocham.
— Och zamknij się — żachnęłam się, po czym rozłączyłam się, wciąż lekko wytrącona z równowagi.  
  Calia Ace nie znała żadnych granic.
(Calia?)

14 sierpnia 2019

Od Calii cd. Camille

Cześć wszystkim – rzuciłam, gdy już się przebrałam i weszłam na salę. Sprzątające stoliki kelnerki przywitały się ze mną, nie przerywając swojej pracy. – Sorki za spóźnienie.
Podeszłam do baru i oparłam się na nim. Steve popatrzył na mnie z rozbawieniem spod uniesionych brwi.
– Już myślałem, że cię nie zobaczymy przed otwarciem, skoro szefowej dzisiaj nie ma – oznajmił. Machnęłam ręką lekceważąco.
– Daj spokój, dobrze wiesz, że traktuję swoją pracę bardzo poważnie.
Steve popatrzył na mnie sceptycznie.
– Jasne – skomentował tylko.
– Ej, no, przecież jeszcze zdążę na spokojnie ogarnąć drugą salę! – zaprotestowałam. – Poza tym – uśmiechnęłam się słodko, stawiając na ladzie papierową torebkę – przyniosłam ci śniadanie.
Jego brwi powędrowały jeszcze wyżej. Popatrzyłam na niego nierozumiejącym wzrokiem.
– Uratowałam tego rogalika z czekoladą z talerza Camille, a ty nadal nie wierzysz, że zrobiłam to całkowicie bezinteresownie z własnej woli? – westchnęłam, bezbłędnie odczytując jego minę. – Ranisz mnie, Stevie, oj ranisz.
– No już, już – zaśmiał się, zgarniając torebkę z baru. – Po prostu przyjdź po niego na przerwie, jak zgłodniejesz.
Uderzyłam go przekornie w ramię i mrugnęłam porozumiewawczo.
– Wiedziałam, że odpalisz mi połowę.
Blondyn przewrócił oczami.
– Jakbym cię nie znał.
Wyszczerzyłam do niego zęby.
– Dobra, ale teraz serio idę ogarniać drugą salę. W końcu niedługo otwieramy.
– Aham, masz godzinę, moja droga.
Machnęłam dłonią lekceważąco.
– To aż za dużo czasu.
Już chciałam odejść od baru, gdy z kieszeni mojej koszuli dobiegł charakterystyczny dzwonek telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz, marszcząc brwi, a po krótkiej chwili wahania odebrałam połączenie.
– No co tam, Cam? – rzuciłam nonszalancko, opierając się o ladę, przy której Steve przypatrywał mi się z zainteresowaniem.
– Calio Ace – Usłyszałam przesłodzony głosik mojej przyjaciółki. – Już na wstępie zapowiadam, że cię utłukę.

(CAM?)

8 lipca 2019

Od Camille cd. Calii

  Przymknęłam oczy, wzdychając zirytowana. Gdy znowu je otworzyłam, zobaczyłam wyszczerzoną jak głupi do sera twarz mojej przyjaciółki.
— Nie spóźnisz się aby, złotko? — zapytałam troskliwie.
— Niewykluczone — przyznała, jednak nie ruszyła się ani o milimetr, a z jej twarzy nie schodził głupi uśmieszek — ale każda reprymenda za to jest warta oglądania minutę dłużej twojego cierpienia i żałosnych prób wyparcia się miłości do Fionna — zamrugała niewinnie, a ja zirytowana wstałam z miejsca. Wyciągnęłam z szuflady torebkę i zapakowałam w nią jednego rogalika z czekoladą, po czym wepchnęłam go Calii w dłonie.
— Masz dziecko, jak zgłodniejesz — rzuciłam, uśmiechając się miło — czyli za jakąś plus minus godzinę. — prawie siłą podniosłam ją z krzesła i wyprowadziłam z mojego domu, machając jej na pożegnanie z nieco złośliwym wyrazem twarzy. — Dziękuję za sukienkę, pa pa! — dodałam tylko, po czym zamknęłam za nią drzwi i westchnęłam ciężko.
— Ja i tak swoje wiem! — usłyszałam rozbawiony głos dziewczyny z ich drugiej strony, parsknięcie śmiechem i odgłos schodzenia po schodach. Parsknęłam zirytowana, na wszelki wypadek zamykając drzwi na klucz (choć w gruncie rzeczy nie sądziłam, by jakikolwiek zamek był w stanie powstrzymać moją przyjaciółkę przed ponownym włamaniem mi się do domu). Wróciłam do kuchni i sprzątnęłam po naszym śniadaniu, wciąż rozmyślając nad głupimi insynuacjami Calii. Ta dziewczyna naprawdę nie znała żadnych, absolutnie żadnych granic jeśli chodziło o żarty (zwłaszcza z mojej osoby). Zaczęłam powoli poddawać pod wątpliwość sens całej naszej przyjaźni, jednak pomimo jej wszystkich głupich akcji zrobiłabym dla niej wszystko. Po raz kolejny tego dnia westchnęłam cierpiętniczo. Nie dam nikomu jej skrzywdzić, ale bogowie mi świadkami, że któregoś dnia sama ją zamorduję.
(Cal?)

25 czerwca 2019

Od Calii cd. Camille

Pracujesz dziś? – zapytała Cam po chwili w przerwie między jednym rogalikiem a drugim, najwyraźniej chcąc odciągnąć moją uwagę od jej przyszłego związku z Fionnem.
– Mhm. – Pokiwałam głową, przeżuwając swoją część śniadania. – Zaraz idę.
Camille zmarszczyła brwi.
– To po co ty tu w ogóle przychodziłaś?
Wzruszyłam ramionami.
– Żeby się z ciebie pośmiać, to chyba oczywiste. Ej właśnie, mogłaś się umówić z Fionnem u mnie w pubie!
Brunetka uniosła brwi.
– Oświeć mnie proszę, czemuż to?
– Dałabym ci zniżkę, w razie gdyby miał zamiar cię wystawić. – Wyszczerzyłam zęby. Cam przewróciła oczami.
– Nie wystawi mnie, Calia. To jego interesy.
– Mhmmmmmmm.
– Calia.
– Mhmmmmmmm.
Camille westchnęła ze zrezygnowaniem, przykładając dłoń do czoła.
– Naprawdę cię nie znoszę.
– Naprawdę mnie uwielbiasz! – Klasnęłam w dłonie radośnie. – Kto ci sukienkę pożyczył? Kto cię wyszykował na milion dolarów? Dzięki komu masz randkę z O'Reillym? Kto ci taką dobrą kawę zrobił? Poza tym, ciesz się, mogłam do ciebie przyjść o siódmej.
– To nie jest randka. Poza tym, nie wstałabyś na siódmą – zauważyła Camille sceptycznie.
– Fakt. Ale mogłam.
– Ja nie wiem, dlaczego ja się z tobą jeszcze przyjaźnię – mruknęła, mieszając swoją kawę. Wyszczerzyłam zęby.
– Ja wiem. Dlatego, że jestem cudowna, fenomenalna, najlepsza i takie tam.
Camille spojrzała na mnie jak na wariata.
– Dobra, weź już. – Machnęła ręką. – Idź do tej pracy. Same głupoty wygadujesz.
(CAMILLE? <3)

18 czerwca 2019

Od Camille cd. Calii

  Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, złotko — rzuciłam cierpkim tonem, czując jak moja irytacja wzrasta z każdym wypowiedzianym przez Calię słowem wzrasta. Kochałam ją jak siostrę, ale momentami miałam ochotę ją zamordować. To był zdecydowanie jeden z tych momentów — Ale jedyna osoba, która dotąd mi się podobała od kilku miesięcy wącha kwiatki od spodu i to z mojej winy — zakończyłam. — Także prosiłabym o zaprzestanie takich komentarzy, bo nie zamierzam na pewno z nikim brać ślubu, w przeciwieństwie do ciebie. A teraz wybacz, ale muszę wykonać ważny telefon. Wzięłam urządzenie z parapetu i wykręciłam wczoraj zapisany numer. Po kilku sygnałach połączenie zostało nawiązanie.
— Witam — rzuciłam ciepło, wciąż mordując Calię wzrokiem, jednak ta niewiele sobie z tego robiła i dalej w spokoju popijała kawę. — Mam nadzieję, że to nie za wczesna pora — dodałam uprzejmie.
— Nie, skądże. Idealna rzekłbym wręcz — głos Fionna po drugiej stronie był tak samo radosny, jak poprzedniego dnia.
   Była to rzecz, która wyjątkowo mnie ucieszyła. Było mi miło, że jego grzeczność jest prawdziwa, a nie spowodowana wczorajszymi okolicznościami. Calia słysząc głos mężczyzny uniosła wysoko brwi, patrząc na mnie wyjątkowo wymownie. Wolną ręką pokazałam jej wyjątkowo obelżywy gest, a ta w odpowiedzi pokazała mi język.
— Cudownie — odparłam. — Chciałam zaproponować spotkanie związane z tematem, który poruszaliśmy już wczoraj.
— Tak, tak, pamiętam, oczywiście.
— Czy odpowiada ci czwartek o siedemnastej w kawiarni "Lete"? — wyrzuciłam z siebie. — Jeśli nie, to oczywiście jestem skłonna...
— Nie trzeba, spokojnie. To wyjątkowo dobrze dobrany termin.
— Cieszę się. W takim razie... Do widzenia
— Do widzenia, Camille. — rozłączył się, a ja odłożyłam telefon z powrotem na parapet. Calia ponownie rozwaliła się łokciami na stole.
— Więc mówisz, że nie zamierzasz się z nikim wiązać, taaak?
— Och zamknij się — żachnęłam się, wstając i odkładając rzeczy na zmywarkę — najpierw twój ślub, a potem ewentualnie zaprzątaj sobie tą śliczną główkę moim.
(Cal?)

Od Calii cd. Camille

A o to – wyszczerzyłam zęby – że podoba ci się Fionn O’Reilly!
Camille prawie zakrztusiła się rogalikiem.
– On? Mnie?
– Oczywiście, że tak! – Klasnęłam w dłonie rozradowana. Zaczerwieniona jak burak Cam burknęła coś w odpowiedzi, ale średnio jej słuchałam. – Och, wyobraź to sobie. Będziecie mieli ślub jak z bajki. Kupimy ci przepiękną suknię. Dekoracje będą w odcieniach pastelowego fioletu i bieli, z zielonymi elementami. W kwiatach będą królowały magnolie! – Obserwowałam, jak z każdym moim słowem twarz przyjaciółki robi się coraz bardziej czerwona. Zastanawiałam się tylko, czy zorientowała się, że właśnie przedrzeźniam ją samą.
– Aha, chyba na twoim ze Stevem – mruknęła w końcu. Roześmiałam się głośno. – Po czym ty niby wnioskujesz, że on mi się podoba? Chociaż wcale mi się nie podoba. – Zastrzegła szybko, starając się odwrócić moją uwagę od planowania ich wesela.
– Wcaaaaleeee. – Pokręciłam głową.
– Calia – warknęła brunetka, co spotkało się z kolejnym wybuchem mojego śmiechu.
– Oj, Cam, Cam, ile my się znamy? Przecież ty się nie dajesz odwozić do domu byle komu, to po pierwsze. Po drugie, skoro chociażby przeszło mu przez myśl zaproponowanie ci odwózki to znaczy, że spędziliście ze sobą sporą część tego balu. Po trzecie, czuję, że jesteś zawstydzona, a to najlepszy znak.
– Calia! – zaprotestowała moja przyjaciółka z oburzeniem.
– No co? – obruszyłam się. – Jak tu nawet nie muszę używać mocy! Twoja twarz jest w tym momencie tak czerwona jak moja bluza! – Chwyciłam materiał w palce dla uwiarygodnienia swoich słów. – Ale spokojnie, nie ma się co dziwić. Z Fionna O’Reilly’ego jest niezłe ciasteczko. – Poruszyłam brwiami sugestywnie. Camille zamieszała łyżeczką swoją kawę.
– Powiem Steve’owi – mruknęła, a ja znów się roześmiałam.
– Powiedz, powiedz.
(CAMILLE? JAK TAM TWÓJ ROMANSIK? ;3)

Od Camille cd. Calii

 W końcu z żałobnym jękiem zwlekłam się z łóżka. Praktycznie nie otwierając z oczu ruszyłam do kuchni, kierując się jedynie roznoszącym się po domu zapachem kawy. Usiadłam na krześle, nie zwracając najmniejszej uwagi na swoje włosy, znajdujące się aktualnie w największym nieładzie w życiu, czy to, że byłam samej koszulce do spania i krótkich spodenkach. Calia praktycznie podstawiła mi pod nos kubek, a ja z przyjemnością wdychałam przyjemny zapach. Po wypiciu paru łyków napoju zdecydowałam się na definitywne otworzenie oczu. Dziewczyna siedziała naprzeciwko mnie z rozbawioną miną i smarowała sobie croissanta dżemem. Widząc jak rozkosznie wygląda cała operacja zdecydowałam się pójść w jej ślady. 
— No i? — spytała Calia, patrząc na mnie wyczekująco.
— No i co? — oderwałam na chwilę wzrok od swojego pączka, by zerknął na nią zdziwiona. Westchnęła cierpiętniczo.
— No i jak było? — dościśliła.
— Dobrze — wzruszyłam ramionami. Dziewczyna przewróciła oczami, słysząc moją zwięzłą wypowiedź.
— Przyniosłam ci śniadanie. Zrobiłam ci kawę. Dzięki mnie w ogóle wstałaś z łóżka — zaczęła wyliczać. — Dawaj mi konkrety. — otrzepała dłonie z okruszków i oparła brodę o dłonie, kładąc łokcie na stole. 
— No więc — odchrząknęłam — Było bardzo dobrze. Spotkałam Jamesa Von Alwasa i paru innych znajomych, poznałam też wielu ludzi. Wszyscy chwalili twoją sukienkę. Fionn O'Reilly odwiózł mnie do domu. Jest szansa na sojusz pomiędzy Menthis Corp. a Pectis. To cudownie, prawda? — aż oczy mi się zaświeciły, gdy przypomniałam sobie konkrety z rozmowy z zastępcą szefa Menthis.
— Prawda, prawda — Calia machnęła lekceważąco dłonią, na co mina nieco mi zrzedła. — Czy. Ty. Właśnie. Powiedziałaś. Że. Wróciłaś. Z. Fionnem. O'Reilly?! TYM FIONNEM O'REILLY?!
— Em... no, tak — rzuciłam niepewnie. Uśmiech Calii powiększał się z ułamku sekundy na ułamek aż stał się jednym z najszerszych uśmiechów, jakie kiedykolwiek widziałam. W jej oczach widziałam tryb, którego bałam się najbardziej na świecie. — O co ci chodzi? — rzuciłam wysoce zaniepokojona.
—...
(Cal?)

Od Calii cd. Camille

Nie no, gdzież – zaśmiałam się. – Tego nauczyłam się sama. Ale przyniosłam jedzenie. – Poruszyłam sugestywnie brwiami i zauważyłam jak jedno oko Camille powoli się otwiera.
– Jedzenie? – zapytała podejrzliwie. Wyszczerzyłam zęby. Zawsze działało. Wyciągnęłam przed siebie papierową torbę.
– Prawdziwe francuskie croissanty wraz z prawdziwymi amerykańskimi pączkami. A dżem, ser, miód i krem czekoladowy weźmiemy od ciebie z lodówki. 
Camille zmarszczyła brwi, choć obie doskonale wiedziałyśmy, że już ją przekonałam do wstania z łóżka i niezabijania mnie przy okazji. 
– A owoce?
– Już umyte, czekają w misce na blacie. 
Brunetka mruknęła w poduszkę coś niezrozumiałego. Zaraz jednak znów podniosła na mnie wzrok. 
– A zrobisz tą swoją dobrą kawę? Wiesz, taką jak u ciebie w pracy? 
Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Jakie wymagania... 
– Zrobię, zrobię. I jak nie wstaniesz, to sama ją wypiję. 
– To zrobisz jeszcze jedną. 
– Nawet nie ma mowy! – zaszczebiotałam radośnie, wychodząc z pokoju. – Rusz swoje szanowne cztery litery, Cam, czekam ze śniadaniem! I wiesz, że jestem w stanie je zjeść sama! 
Usłyszałam zrezygnowany jęk z sypialni przyjaciółki i uśmiechnęłam się sama do siebie. Po drodze zajrzałam jeszcze do łazienki, by znaleźć moją sukienkę, dokładnie tak jak myślałam, rzuconą bez żadnego szacunku na podłogę. Pokręciłam głową z dezaprobatą. 
– Będzie mi płaciła za czyszczenie – mruknęłam sama do siebie, idąc do kuchni. Sięgnęłam po kawę do zmielenia. 
Od kiedy to ja jestem rannym ptaszkiem w tej przyjaźni? 
(CAM? CZEMU NIE SZANUJESZ MOJEJ SUKIENKI? :<)

Od Camille cd. Calii

 Na widok swojego odbicia w lustrze nie mogłam się nie uśmiechnąć. Postanowiłam puścić mimo uszu głupie żarciki przyjaciółki, zrzucając je na karb jej złego wychowania w Noctis i również jej posłałam ciepły półuśmiech.
— Dobra robota, Cal — pochwaliłam ją. — No! A teraz lecę, bo taksówkarz już nabija mi za samo czekanie — puściłam jej oczko i wyszłam z jej mieszkania na tyle szybko, na ile pozwalały mi długa suknia i wysokie szpilki. Wsiadłam do stojącego pod nim samochodu i udałam się na miejsce.
  Całe szczęście bal przebiegał spokojnie i bez większych rewelacji. Zebrałam wiele pochwał za moją (no, prawie moją) srebrną kreację. Nawet we wzroku oziębłego Jamesa von Alwasa dostrzegłam coś na kształt minimalnego uznania, ale z jego strony akurat nie było co liczyć na nic więcej. Właśnie w czasie rozmowy z nim i tą... Lucią! Lucią Parfavro podszedł do nas irlandczyk, którego znałam jako zastępce szefa Menthis Corp.  Musiałam przyznać, że z obiektywnego oczywiście punktu widzenia można go było uznać za przystojnego. Ze swoją rzucającą się w oczy urodą i szerokim uśmiechem  byłam w stanie bardzo łatwo zrozumieć dlaczego mógł podobać się wielu kobietom. Gdy usiadłam przy stoliku, O'Reilly poczęstował mnie szampanem, który chętnie przyjęłam.
— Niezmiernie się cieszę, że przyjęła pani nasze zaproszenie. — powtórzył, patrząc na mnie przyjaźnie. Mimo że znaliśmy się krótko (wcześniej tylko z widzenia, właściwie była to nasza pierwsza dłuższa konwersacja), czułam się w jego towarzystwie dość komfortowo.
— Jest mi niezwykle miło, że je otrzymałam — również odpowiedziałam uśmiechem. — dawno nie widziałam tak dobrze urządzonego wydarzenia. Czyż to nie pan odpowiadał za organizację? — Fionn skinął głową. — W takim razie chapeau bas. — skinęłam głową z uznaniem. 
— To bardzo dobrze, że przypadł pani do gustu. No ale, pozwoli pani, że przez chwilę zajmiemy się poważniejszymi sprawami. Czy, jako aktualny szef Mafii Pectis jest pani skora do zawiązania sojuszu z Menthis Corp.? — spytał prosto z mostu. Poczułam jak krew częściowo odpływa z mojej twarzy doprowadzając mnie do stanu bliskiego omdlenia. Nie spodziewałam się takiej propozycji od organizacji będącej tak blisko nowego premiera, jednak wyczułam w tym cudowną szansę na zwiększenie wpływów mojej mafii. Zastępca Nico Von Alwasa zaśmiał się cicho, widząc moją minę.
— Wnioskuję, że nie jest to pani myśl obca. Wobec tego proponuję, byśmy spotkali się w bardziej sprzyjających warunkach i dokładniej omówili konkrety tej kwestii. Proszę tylko wyznaczyć termin i miejsce, a zrobię wszystko, by się tam zjawić. — i znów ten rozbrajający uśmiech. Odwzajemniłam go, wkładając w niego całą swoją tajemniczość i seksapil jaki tylko udało mi się jeszcze w sobie znaleźć tego wieczoru.
— Jestem pewna, że jest to najlepsza opcja w aktualnej sytuacji — rzuciłam tylko — W najbliższym czasie zadzwonię do pana. — obiecałam, nie zdejmując z twarzy uśmiechu. Sama już nie wiedziałam ile z jego zachowań było jedynie polityczną grą, w którą na urządzonym przez Menthis Corp. balu musieli grać wszyscy, a ile faktycznej radości i autentyczności.
— Cudownie — skomentował — W takim razie co powie pani na oderwanie się od pracy i zaszczyci mnie jednym tańcem? — wstał i zachęcająco wyciągnął dłoń w moim kierunku. Po krótkim zastanowieniu przyjęłam ją.
***
— Żyjesz? — ze snu wyrwał mnie głos Calii. — Nie, oczywiście, że nie. — ciemność w moim pokoju rozjaśniła się nagle, gdy dziewczyna zapaliła światło lub odsłoniła rolety (nie byłam pewna, a nie chciało mi się otwierać oczu).
— Spadaaaaj — jęknęłam — późno zasnęłam — rzuciłam wyjaśniająco, wtulając się w kołdrę. — Poza tym, czy ty właśnie włamałaś się do mojego domu i jeszcze na dodatek śmiesz mnie budzić? Chyba nie tego cię tam w tym twoim Noctis uczyli — dodałam zirytowana, czując jak marzenia senne bezpowrotnie odpływają za horyzontem racjonalnych myśli.
(Cal?)