Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Somniatis Tenebris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Somniatis Tenebris. Pokaż wszystkie posty

28 października 2020

Od Somniatisa cd. Gabriela do Akiro - Pod piaskami pustyni

Somniatis obserwował, jak Gabriel wsuwa naszyjnik do otworu w drzwiach. Wszyscy byli podnieceni, jednak on nie podzielał entuzjazmu. Wrota rozwarły się i archeolodzy jeden po drugim wsunęli się do środka. Akiro chciał ruszyć za nimi, jednak Zegarmistrz go powstrzymał.
- Zaczekaj - mruknął, wpatrując się przenikliwie w wejście do katakumb.
- Co? - Chłopak wyglądał na zdziwionego. - To może być to miejsce, Som. Musimy sprawdzić.
  Czarnowłosy pokręcił przecząco głową, po czym opadł na cztery łapy, przemieniając się w wilka i zaczął węszyć. Futro na jego grzbiecie było nastroszone i czuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.
- Czuję coś ze środka. Psowate. Ale nie do końca. Ludzkie. Też nie całkiem. - Gwałtownie oczy basiora rozszerzyły się do granic możliwości i cofnął się gwałtownie, opadając na zad. - Boskie. Tak, rozpoznaję boską woń. To katakumby jakiegoś bóstwa, Akiro.
- I nie bez powodu były zamknięte. - Obaj mężczyźni niemal podskoczyli, gdy dobiegł ich melodyjny, damski głos tuż zza ich pleców. Odwrócili się gwałtownie tylko po to, by zobaczyć poruszenie piasku i rozmazaną plamę, która śmiegnęła w stronę wejścia. - Co raz zamknięte, zamknięte ponownie być powinno. 
  Rozległ się dźwięk zgrzytania kamienia o kamień i masywna płyta ze sprasowanego piasku przykryła wyłom, powstały po zniknięciu w środku archeologów.
- Nie! Tam są ludzie! - Somniatis rzucił się w stronę płyty, jednak drogę zagrodziła mu smukła, drobna postać szakala, szczerząca zęby. Piasek wokół jej łap wirował niespokojnie i basior wycofał się powoli, kuląc ogon i kładąc uszy po sobie.
- Ich wina! Otworzyli grobowiec. Sami to na siebie sprowadzili. Ty z tyłu! Nie ruszaj się. Widzę, że coś kombinujesz. Jedna nieprzemyślana decyzja i moja wataha rozszarpie was na strzępy.
- Nie możesz ich zostawić z jakimś pogrzebanym bóstwem - zaoponował Somniatis dość słabo. Dopiero teraz jego zmysły zaczęły dostrzegać zamaskowanych dotąd w piasku przeciwników. - To był przypadek!
- Przypadek? - prychnęła samica szakala. - Wasz basior miał jeden z naszych kluczy. Skradziony. Nie będę z wami gadać. Odpowiecie za to przed Alphą. 
- Ostatnio często odpowiadam za rzeczy przed Alphą - mruknął pogodnie Akiro, zaplatając ręce na karku. Zegarmistrz rzucił mu ponure spojrzenie. Nie specjalnie było mu do śmiechu. - Dobrze, to prowadźcie nas, gdzie tam chcecie.
(Akiro? Deus ex machina xd)

7 października 2020

Od Lorema cd. Tiffany

  Dziewczynka kończyła swoją kąpiel. To dobrze. Kathleen wyszła, już chwilę temu mówiąc, że podrzuci mu kontakt do Somniatisa. Serce Lorema drgnęło lekko. Wkrótce nastąpi czas na punkt kulminacyjny opowiadania. Stanie twarzą w twarz z celem, za którym podążał od kilku ostatnich akapitów i w jego dłoniach będzie leżało zakończenie tej historii. 
  Zaszedł do kuchni, by zalać przygotowaną wcześniej herbatę. Z parującym napojem udał się do salonu i zasiadł tempo w fotelu. A więc czekać. Spojrzał na niewielki ekran telefonu, leżącego na blacie. Był ciemny i nieruchomy. 
  Drzwi od łazienki zaskrzypiały cicho i na korytarzu rozległy się ciche kroki. Tiffany weszła do salonu i opadła na kanapę naprzeciw mężczyzny. Wyglądała dość żałośnie w niedosuszonych włosach i niedopasowanym ubraniu. Koszula była dla niej trochę za duża, a spodnie zdecydowanie za długie, jednak po podwinięciu nogawek i rękawów sytuacja nie przedstawiała się aż tak fatalnie. Szczupła sylwetka Lorema na pewno pomagała, a jeszcze bardziej pomagały szelki.
  Miała czerwoną twarz, jakby kąpała sie we wrzątku, jednak teraz przynajmniej dobrze pachniała. Jasnowłosy wstał bez słowa i sam udał się do łazienki. Szybki, zimny prysznic pozwolił mu pozbyć się odoru ze skóry i włosów, a ubranie świeżego stroju jak zawsze sprawiło, że przebiegł go przyjemny dreszcz po plecach. Ludzie mimo wszystko przyzwyczajają się do luksusów, choć nie wahałby się oddać tego wszystkiego, gdyby to przywróciło mu jego Pana.
  Gdy wyszedł z łazienki, dziewczynka podskoczyła i zrobiła gwałtowny ruch w stronę stolika. Podszedł bliżej. Herbata przestała już parować, jednak jego wzrok skupił się na ciemnym ekranie telefonu, odłożonego niedbale na płaskiej powierzchni. W zupełnie innym miejscu niż sam go zostawił. Sięgnął po urządzenie i odblokował ekran. Jak się spodziewał, była wiadomość od Kathleen. Przeleciał wzrokiem po jej treści i spojrzał na dziewczynkę. Czerwień z jej twarzy wciąż nie zeszła, wyglądała też na nieco bardziej podekscytowaną. Musiała przeczytać podgląd wiadomości na zablokowanym urządzeniu. 
- Jutro spotkamy się z Ochrą - oznajmił. - Ponoć ma kontakt z twoim opiekunem. 
  Niefortunnie. Z treści wiadomości wynikało, że zastępczyni premiera nie miała bezpośredniego kontaktu z Somniatisem, a jej "znajomy" był poza zasięgiem. Wszystko może się skomplikować, jeśli Ochra jest współpracownikiem Zegarmistrza i będzie go krył. Loremowi przebiegło przez myśl, że powinien poszukać szerszej informacji o tym wilku i jego sojusznikach, nim się z nim spotka. Będzie musiał położyć dziewczynkę spać i w nocy spotkać się z kilkoma kontaktami. I to jeszcze przed spotkaniem z owym Ochrą.
(Tiffany?)

15 września 2020

Od Somniatisa cd. Gabriela do Akiro

Towarzysze z wdzięcznością wsiedli do pojazdu, choć Somniatis czuł się nieco niezręcznie po tym, jak Akiro przedstawił ich dwójkę biednej, przestraszonej dziewczynie. Wydawało mu się też trochę dziwne, że Gabriel zachowywał się tak, jakby się nie znali, jednak znajomi Akiro często pozostawali dla niego zagadką.
  Pojazd ruszył przez piaskową zadymę. Czarnowłosy pochylił głowę i strzepnął okruchy złotego pyłu z włosów, po czym wyjął z kieszeni chusteczkę i z uwagą zaczął pozbywać się go również ze wszystkich otworów na twarzy.
- To musiała być akurat pustynia - mruknął ni to do siebie, ni to do Akiro, zgrzytając piaskiem w zębach.
- Nie poradzę ci, że akurat na pustyni się to znajduje - odparł chłopak, wzruszając ramionami. On nie wyglądał na ani odrobinę skrępowanego sytuacją. - Zresztą lepsze to, niż Antarktyda.
- Chyba wolałbym śnieg od piasku. - Somniatis wypluł nieco pyłu z ust, jednak ten dalej zgrzytał mu w zębach. Otarł z rezygnacją usta, starannie złożył chusteczkę i schował do kieszeni. Spojrzał dość niepewnie na pozostałych pasażerów wozu. Nachylił się do przyjaciela.
- Dlaczego Gabriel zachowuje się tak... dziwnie? - spytał szeptem. - Wydawało mi się, że od dawna się przyjaźnicie.
  Akiro uśmiechnął się tajemniczo.
- Ludzie porywani przez nas często są czyszczeni z pamięci, żeby nie mogli donieść o naszym istnieniu władzom planety - oznajmił konspiracyjnym szeptem. Biedna dziewczyna wtuliła się jeszcze mocniej w jej chłopaka. Zegarmistrz spiorunował spojrzeniem Akiro.
- Mógłbyś już z tym przestać. To żałosne tak straszyć biedną dziewczynę - skarcił towarzysza, po czym spojrzał w stronę tamtej i uśmiechnął się przepraszająco. - Nie powinnaś brać tego, co mówi Akiro tak bardzo do serca. Czasem najpierw mówi, potem myśli.
- Wprost przeciwnie, mówię co myślę - zaoponował chłopak.   
(Akiro? Gabriel?)

23 sierpnia 2020

Od Somniatisa cd. Gabriela

  Przed wyjazdem z Ainelysnart Akiro chciał jeszcze załatwić kilka spraw. Nie powiedział dokładnie Somniatisowi, o co chodziło, a mężczyzna nie pytał. Będzie miał dość czasu, by się tego dowiedzieć, gdy już wymkną się ewentualnemu pościgowi. Zresztą sam mężczyzna chciał jeszcze załatwić kilka spraw. Ochrona Akiro, jego cennego przyjaciela była jednym, pozostawała jednak jeszcze sprawa Est i Tiffany. Czarnowłosy żałował, że nie był w stanie uporać się z tym wcześniej i teraz nie może z całą trójką wyjechać gdzieś... gdzieś daleko. Gdzieś, gdzie będą mogli być szczęśliwi, z dala od konfliktu rządu, artystów i wilków.
  Zamknął drzwi do warsztatu, przekręcając klucz o dwa obroty dalej, niż robił to zazwyczaj. Zamek kliknął, a gdy Somniatis wyciągnął klucz z zamka miał przed sobą pustą, szarą ścianę. Schował niewielki przedmiot do kieszeni i z cichym westchnieniem ruszył do Herbaciarni. Po drodze zaczepił o sklep ze starymi telefonami i kiosk, by zakupić sobie kilka minut rozmowy. Maszerując ulicami miasta z urządzeniem przed swoją twarzą, zastanawiał się, do kogo powinien zadzwonić. Nie miał zbyt wielu przyjaciół w Watasze, nie miał też zbyt wielu sojuszników poza nią. Wszyscy, z którymi łączyły go silniejsze więzi należeli do ZUPA-y i odwrócili od niego, gdy w świat poszły te plotki. Plotki. Żeby to były jedynie plotki. Bardziej agresywna propaganda prawdopodobnie wychodząca gdzieś od Feldgrau. Somniatis nie potrafił zrozumieć dlaczego. Rozpad sojuszu przecież nie był czymś, co powinno powodować agresję wobec drugiego stronnictwa. Podzieliły ich interesy, przynajmniej część z nich, ale nie oznaczało to, że powinni od razu całkowicie się od siebie odcinać. Czy te wszystkie razy, kiedy ratowali siebie nawzajem przed lepkimi łapami SJEW-u były tak naprawdę niczym? Przejechał kciukiem po klawiaturze, wpisując losowe cyfry, czemu towarzyszyła krótka, dysharmoniczna melodia piknięć. Skasował ciąg znaków, znów to zrobił, znów skasował. Nawet nie zauważył, kiedy znalazł się w środku Herbaciarni. Nie zauważył też, kiedy starsza kobieta ją prowadząca wzięła od niego zamówienie. A może wcale go nie brała? Spojrzał na wiszący na ścianie obraz, przedstawiający trochę kolorowych karpi i kwiatów. Jeśli liczył, że jego zawartość będzie miała dla niego jakąś symbolikę lub do czegoś go popchnie, to wyraźnie się zawiódł. Ponownie spojrzał na telefon, na którym ciąg znaków przekroczył dopuszczalną długość, zacisnął zęby i wyłączył go, odkładając na stolik. W tym samym momencie zza kotary wyłoniła się miła twarz Xianmei, trzymająca tackę z niewielkim imbryczkiem i dwiema okrągłymi filiżankami. Wyłożyła to wszystko na stolik i odeszła bez słowa. Mężczyzna nalał sobie herbaty, po czym uniósł filiżankę do twarzy, wdychając przyjemny zapach napoju. A pachniał... pomarańczami. 
  Gwałtownie odstawił naczynie na stolik, niemal wylewając jego zawartość na telefon i parząc się w dłoń. Szybko wyciągnął serwetki z pojemnika i zaczął wycierać kałużę, a gdy sytuacja została nieco zażegnana, sięgnął po telefon. Wstukał w niego numer i nacisnął zieloną słuchawkę. W pełnej napięcia ciszy słychać było tylko cichy szum nawiązywania połączenia.
- Tak? - rozległo się krótko w słuchawce. 
- Ochra? - Somniatis poczuł niemiły ucisk w żołądku. Dodzwonił się. Co dalej?
- Kto mówi? – Głos, wyraźnie kobiecy, brzmiał rzeczowo i mężczyzna zaczynał już żałować swojego wyboru.
- Pamiętasz jak podczas ucieczki ukryłaś u mnie dzieła Glacjala i Peroroncino, i nie mieli na ciebie dowodów? Chcę odebrać przysługę. – Czarnowłosy nie lubił załatwiać spraw w ten sposób. Nie wydawało się to właściwe. Ba, taki surowy sposób przemawiania w jego własnych uszach brzmiał jak groźba.
  W słuchawce przez chwilę panowała cisza i Somniatis zaczął już się martwić, że rozmówczyni się rozłączy.
- Czego chcesz, Zegarmistrzu? – rzuciła krótko.
- Spotkajmy się... – zawahał się. – Czekam w Herbaciarni. 
  Rozłączył się. 
  Przyjdzie? Nie przyjdzie? Czekać? Czy naprawdę powinien czekać na nią? Tutaj? Ujawnił swoją lokalizację. Ma go w garści. Jeśli będzie chciała nasłać na niego SJEW… przełknął ślinę. Ale musiał podjąć ryzyko. Potrzebował tego kontaktu. Bardziej desperacko, niż kiedykolwiek. Poprawił się na poduszkach. Nieprzyjemnie uwierały go w plecy, niezależnie od tego, jak próbował się ustawić. Czas płynął powoli, herbata stygła. Mężczyzna próbował odciągnąć swoje myśli od problemu. Przynajmniej na chwilę. Próbował przekierować je na wyprawę Akiro. Nie, od tego robił się tylko jeszcze bardziej nerwowy. Na kontakt z Est… zagryzł wargę, a po chwili poczuł metaliczny posmak w ustach. Nie było dobrych tematów. Nie w tym momencie. Argona będzie wściekła, na innych członkach Watahy też wolał nie polegać. Dla dobra Akiro. Skupił spojrzenie na filiżance. Jej pomarańczowy aromat przywoływał wspomnienie nieco surowej, ale w gruncie rzeczy miłej fizjonomii rudowłosej pieguski, która dawniej nieraz odwiedzała jego warsztat. Pamiętał, jakby to było ledwie kilka dni wcześniej, jak wpadła do niego rzucając na ladę rolki zwiniętego płótna.
- Przechowaj je dla mnie! – krzyknęła, a on bez słowa schował je pod ladę, drugą ręką z tego samego miejsca wyciągając dwa inne płótna.
- Niesiesz to do Olivandera, warsztat dwie przecznice stąd – powiedział szybko.
  Nie pytała, chwyciła materiały i wybiegła ze sklepu. 
  To nie było nic niezwykłego. Wiele razy wspierał artystów. Ukrywał w sklepie. Pośredniczył w rozprowadzaniu dzieł. Ale to był pierwszy raz. Pierwszy kontakt jego z ZUPA-ą. Ochra stała się potem jego głównym pośrednikiem. Byli… byli dość blisko. Do teraz Somniatis nie był pewien, czemu zerwali znajomość. Po części wydało mu się to naturalne, ZUPA chciała odciąć się od wilków. Po części… teraz uświadomił sobie to wyraźniej. Ona po prostu nie przyszła. Nie było więcej kontaktów od niej, a on bał się napisać. Potem jego sklep został zdemolowany przez bojówkę ZUPA-y. Musiał się przenieść. Zniknąć, na jakiś czas. 
  Kotara odchyliła się delikatnie, a Somniatisowi stanęło serce. Stała tam, wpatrując się w mężczyznę. Jej przenikliwe, zielone oczy wbijały się w jego dwubarwne tęczówki w milczeniu. Zmęczona, niezbyt młoda twarz, poznaczona licznymi piegami, nieco przypominającymi blizny, okolona rudymi lokami, nieco niesfornymi i uciekającymi spod sparciałej gumki. Przeplatały je drobne pasemka siwizny.
  Mężczyzna otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie umiał sformułować zdania. Ostatecznie je zamknął i zamiast mówić cokolwiek wskazał miejsce na poduszkach naprzeciwko siebie. Kobieta jednak nie wykonała żadnego ruchu. Jedyną zmianą były mocniej zaciśnięte wargi.
  Niezręczną sytuację przerwało dopiero przybycie starej właścicielki Herbaciarni, która przyniosła na niewielkim talerzyku ciasteczka.
- Pieguski – zauważyła mimochodem Ochra. A po chwili dodała: - Dlaczego, Zegarmistrzu?
  Serce mężczyzny zaczęło bić ze zdwojoną prędkością. Powinien się spodziewać, że będzie miała pytania, że nie przejdzie samo poproszenie jej o przysługę i ucieczka, że kto jak kto, ale ta kobieta miała do tego jak największe prawo. Wstał, robiąc krok w jej kierunku.
- Ochro, ja… - zaczął, ale zawahał się. Spuścił wzrok. – Bałem się.
  Zacisnęła dłonie w pięści i zrobiła coś, czego mężczyzna się nie spodziewał. Wyprowadziła cios prosto w jego głowę. Zachwiał się, ale zdołał odzyskać równowagę. Zrobiło mu się ciemno przed oczami.
- Bałeś? – syknęła, przymierzając się do kolejnego ciosu, który tym razem trafił w brzuch mężczyzny. – Bałeś?! – kolejne uderzenie w nos. Somniatis nie próbował się nawet bronić. Jak szmaciana lalka przyjmował cios za ciosem. Kolejne uderzenie w skroń niemal pozbawiło go przytomności i osunąłby się pewnie na ziemię, gdyby rudowłosa go nie złapała za koszulę na piersi. Przyciągnęła go do siebie. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Dygocząca z emocji kobieta i zupełnie spokojny, nieco poobijany mężczyzna. Puściła go. Opadł na poduszki, a ona sama obeszła stolik i zajęła miejsce po jego przeciwnej stronie. – Dobrze. Dam ci się wytłumaczyć, zanim wydam cię w ręce SJEW-u. Ze względu na naszą… dawną przyjaźń. To będzie moja ostatnia przysługa dla ciebie.
- Ochr…
- Dla ciebie pani Hivasser – przerwała mu ostro. Somniatis nigdy wcześniej nie widział tej zmęczonej życiem kobiety tak wściekłej. 
- Dobrze więc, pani Hivasser. O co jestem oskarżony? – zapytał poważnie, nie zadając sobie nawet trudu wyjęcia chusteczki i otarcia krwi, cieknącej z nosa. Kobieta wypuściła głośniej powietrze. Gwałtownie uniosła rękę zaciśniętą w pięść, a Zegarmistrz zamknął oczy i nieco się pochylił. Przez kilka sekund pozostawał w tym stanie, po czym uchylił jedną powiekę. Ochra przypatrywała się mu, marszcząc brwi,.
- Co chcesz tym ugrać? Co, zwołałeś swoich, by i mnie zabić? Po co tyle zachodu dla jednej osoby? Czyżbyś uważał, że mogę wiedzieć o tobie coś niebezpiecznego? Ha! Śmieszne. Gdybym wiedziała, już dawno byś wpadł. Więc czemu? Po tylu latach czemu? 
- Zabić. – Somniatis chciałby się zdziwić, jednak zamiast tego tylko sposępniał. – Naprawdę uważasz, że byłbym w stanie zrobić coś takiego? 
- Byłeś w stanie wcześniej – Ochra założyła ręce na piersi. To było coś, najwyraźniej nie zamierzała go dalej bić. 
- Och… pani Hivasser. Wiem, co o mnie mówi Feldgrau – zaczął ponuro – ale nie sądziłem, że ty, ze wszystkich ludzi im uwierzysz.
- Nie próbuj mnie oszukać, widziałam to. – Wbiła paznokcie w swoje ramiona. – Widziałam tych ludzi po tym, jak już z nimi skończyłeś. Vessel, Orphan, Jadeit, Nomad, Quo Vadis. Cała piątka. Jak wogle… jak wogle… - nie dokończyła, głos jej się załamał, a w kącikach jej oczu pojawiły łzy.
- Nie przekonam cię. – Somniatis wzruszył tylko ramionami i spojrzał na telefon. – Dobrze więc. – Przysunął go w jej stronę. – Dzwoń.
  Kobieta spojrzała na wysunięty w jej stronę telefon, po czym wyciągnęła własny z kieszeni. Wystukała na nim jakiś ciąg znaków. Zegarmistrz sięgnął po herbatę. Była już zimna, ale przyjemny zapach pomarańczy nadal się nad nią unosił.
- Chciałam zgłosić posiadacza wilczego genu.
  To nie był kierunek, w którym chciał pójść. Ale musiał postawić wszystko na jedną kartę.
- W Herbaciarni.
  Teraz gdy wiedział dokładnie, co wie Ochra miał jedną szansę.
- Może być niebezpieczny. 
  Musiało mu się udać.
- Nie.
  Albo Akiro będzie musiał wyruszyć bez niego.
- Nie.  
  Rozłączyła się i spojrzała na Somniatisa.
- Nadal tu siedzisz? – spytała.
- Nigdzie się nie wybieram – odparł ze stoickim spokojem. – Ochro, chciałem cię o coś prosić. Przyjmiesz chyba ostatnie życzenie straceńca? 
  Założyła tylko ręce na piersi w odpowiedzi.
- Kathleen Gregorson zobowiązała się znaleźć kogoś dla mnie. Dziewczynkę. Tiffany. Jeśli ją odnajdzie… przechowaj ją proszę do powrotu Akiro. To moja… cenna córka. Nie wybaczyłbym sobie, jeśli coś by jej się stało. Mam jej zdjęcie, gdzieś tu. – Gwałtownie zaczął przeszukiwać kieszenie płaszcza, wysypując z nich mniej lub bardziej dziwnie wyglądające śrubki i trybiki. – Jest! – Wreszcie z błyskiem w oku wyciągnął niewielki kartonik. Spojrzał na Ochrę. Wpatrywała się w niego nieruchomo. Położył go przed nią na stole. Nawet na niego nie spojrzała.
- Czy ty rozumiesz, o co mnie prosisz? W tej sytuacji? Praktycznie przyznałeś, że ona jest… wiesz czym. Po całej tej rozmowie? Jesteś zupełnie szalony, - Ostatnie słowa powiedziała innym tonem. Jej oblicze nieco złagodniało. – Nigdzie nie dzwoniłam. Chciałam wiedzieć, co zrobisz. - Wyciągnęła dłoń po karteczkę i obejrzała twarz dziewczynki. – Feldgrau faktycznie ma dość… radykalne poglądy w waszej sprawie. Wielu to niepokoi, ale wieści, jakie obiegły podziemie niepokoją wszystkich jeszcze bardziej. Co w takim razie stało się naszym współpracownikom? – Spojrzała na niego znad zdjęcia.
- Od momentu, w którym straciliśmy kontakt nie miałem również żadnych wieści od nich. Prawdę mówiąc zaszyłem się z dala od ZUPA-y. Bałem się, że będą mnie chcieli zabić po tym, jak Fledgrau zdemolował mój warsztat. Musiałem uciec.
- A ta dziewczynka? Tiffany, tak? Co się z nią stało?
- Pewnego dnia po prostu nie znalazłem jej w warsztacie. I od tego czasu nie jestem w stanie znaleźć jej nigdzie. Ale Kathleen…
- Jakim cudem w to wszystko zamieszana jest ta kobieta? – przerwała mu stanowczo Ochra.
- Przyjaciel mi zasugerował zwrócenie się z tym do niej.
- Nie wiem kim był twój przyjaciel, ale chyba nie do końca dobrze ci życzył. Ona jest prawą ręką premiera, Zegarmistrzu. Jeden fałszywy ruch i skończyłbyś na łańcuchu.
- Muszę ją odnaleźć. Za wszelką cenę. – Zamilkł na chwilę. – Nawet jeśli będzie to oznaczało, że zostanę wzięty na łańcuch. Ale chwilowo… muszę opuścić Ainelysnart. Jeśli się znajdzie, cóż, wolałbym, żeby nie zostawała zbyt długo u Kathleen, szczególnie jeśli masz racę. 
- Mam.
- Mogłabyś zająć się nią dla mnie przez jakiś czas? Oczywiście jeśli się znajdzie, jak mnie nie będzie.
  Ochra westchnęła. 
- Byle nie za długo. Nie jestem dobra w zajmowaniu się dziećmi. 
  Somniatis rozpromienił się. Wstał gwałtownie i z całej siły uściskał rudowłosą. 
- Dziękuję, nigdy ci tego nie zapomnę. – W trochę lepszym nastroju wyprostował się. – I obiecuję, dowiem się, co się stało Vesselowi, Orphanowi, Jadeitowi, Nomadowi i Quo Vadis. 
- Nie masz dość własnych problemów? – Ochra, również wstała.
- Oni są moim problemem. Byli naszymi współpracownikami.
- Skontaktuj się ze mną, jak wrócisz. – Uśmiechnęła się. – Albo nie, ja znajdę ciebie. Jak za starych, dobrych czasów.
- Jak za starych, dobrych czasów – potwierdził Somniatis.
  Pożegnali się, dość serdecznie. Mężczyzna zapłacił za przyniesione specjały. Na jego liście pozostała wciąż jeszcze jedna sprawa. Tym razem klucząc różnymi liniami autobusowymi i przesiadając się na metro udał się na Arenę 4, do kompleksu Uniwersytetu im. Władysława Leniniewskiego. Wchodząc do budynku uśmiechnął się miło do pani na portierni, przeszedł pustymi o tej porze korytarzami uczelni prosto do windy, w której wybrał jednocześnie piętro 1, 3 i parter oraz przycisk alarmowy. Kabina ruszyła do góry, po czym gwałtownie zatrzymała się między piętrami. Zgasło światło, by po chwili zmienić się w czerwone światło awaryjne. Na niewielkim panelu, wyświetlającym zazwyczaj numer piętra pojawiła się prośba potwierdzenie uprawnień odciskiem palca. Somniatis przyłożył kciuk do ekranu, który zapulsował i po chwili winda ruszyła w bok, a następnie w dół. Po kilku minutach mężczyzna znalazł się w betonowych korytarzach podziemnego kompleksu. Stojący przy wejściu strażnicy prześwietlili go laserem w okularach i pozwolili przejść dalej. Zegarmistrz skierował się prosto do pomieszczenia oznaczonego kodem #6445. Ponownie potwierdził uprawnienia odciskiem kciuka i wszedł do niewielkiego, zaciemnionego pomieszczenia, pełnego różnego rodzaju szumiących i świecących diodami sprzętów, którego jedna ściana w całości zastąpiona została przez lustro weneckie. Przy owej ścianie stał jakiś mężczyzna, notując coś w zeszycie, pomrukując przy tym cicho pod nosem. Somniatis podszedł do niego i stanął przy samej szybie, naruszając ledwie widoczną żółto-czarną linie, wymalowaną przed nią. Spojrzał na pokój po drugiej stronie. Było prawie puste, oświetlone przez przygaszone ledy, sprytnie rozmieszczone w ten sposób, by nie dawały cienia. Jedynym jego elementem było niewielkie łóżko, na którym spoczywała odziana w białą szatę nieruchoma postać. Jej spokojna twarzy z tej odległości wyglądała niemal jak woskowa rzeźba. 
- Długo jeszcze będzie spała? – spytał cicho Somniatis. Naukowiec spojrzał na niego, potem na notatnik.
- Nie mamy pewności. To zjawisko wciąż nie do końca daje się opisać w sposób matematyczny. Ale twoje działania zdają się przynosić skutek. 
  Czarnowłosy pokiwał głową. 
- Odnowię pieczęci. Przez jakiś czas nie będę w stanie się tu pojawić, ale jeśli coś by się stało… jeśli stałoby się coś, czemu nie byłaby w stanie podołać nauka skontaktuj się z Argoną Ryuketsu. To powinno sprawić, że niezależnie od wszystkiego przyjdzie. – To mówiąc podał naukowcowi niewielką figurkę skarabeusza. Tamten uniósł głowę. – Wystarczy, że wystawisz go na działanie światła, lampa wystarczy.
- Skoro tak mówisz. – Naukowiec wzruszył ramionami. – Ale nie wygląda, by coś miało się wydarzyć, nie powinieneś się przejmować. 
- To na wszelki wypadek. – To mówiąc Somniatis zajął się odnawianiem pieczęci.

[...]Dwie z trzech najważniejszych na tą chwilę spraw zostały załatwione. Akiro czekał już na towarzysza z torbą na ramieniu.
- Wyglądasz, jakbyś wdał się w jakąś bójkę, to do ciebie niepodobne, Som. W każdym razie, skończyłeś, co miałeś skończyć? – spytał, a Zegarmistrz pokiwał głową. – Doskonale. Zatem do Egiptu.

[...]- Jesteś pewien, że to tutaj? – Somniatis próbował utrzymać wokół nich bańkę energetyczną, jednak gwałtowne podmuchy i drobinki pyłu raz za razem szarpały jej powierzchnię i przebijały na wylot.
- Nie specjalnie coś widzę przez tą burzę – oparł Akiro.
- A tam? – Zegarmistrz wskazał kierunek, w którym w piaskowym pyle pojawiło się kilka ludzkich sylwetek. – Chyba muszę zdjąć barierę…
(Akiro? Gabriel?)

7 lipca 2020

Od Somniatisa cd. Akiro

~ Zawalił Wieżę, nie jest już naszym przyjacielem Somniatisie
Surowa twarz Argony przypominała wykutą z żelaza.
~ Musisz pozwolić mu odejść inaczej zniszczy nas wszystkich. Spójrz na niego, jest potworem.
Obraz potoczył się łagodnie w stronę jaskini, której brzeg podmywany był przez morską wodę, a w której leżało zdeformowane ciało o cechach na wpół wilczych, na wpół demonicznych... być może wężowych? Somniatis podbiegł. Poznawał je, mimo deformacji. Wiedział, był pewien, kto to.
~ Akiro, tak się cieszę... 
Pochylił się, jego dłoń delikatnie powędrowała do ramienia przyjaciela. W głębi klatki piersiowej czuł to nieprzyjemne uczucie, coś jest nie tak. Jaskinia zatonęła w mroku, a postać gwałtownie obróciła się.
~ Nie potrafiszszszsz uratować niiiic.
Wysyczała nieznajoma twarz Akiro, której wężowy język smagnął twarz Somniatisa. 
~ Jedyne co możeszszszsz to ucieeeec. Wsssstawaj! Wssssssssstawaj...
- ...musimy iść. 
  Somniatis niemal uderzył czołem w twarzy przyjaciela, który na szczęście w porę odskoczył. Zamrugał gwałtownie.
- Wybacz Akiro, miałem... zły sen. - Czarnowłosy uśmiechnął się z zakłopotaniem, pocierając lewą skroń. - Nie powinno się spać... Jak tylko wrócimy... - Sposępniał. - Jeśli mamy wogle dokąd wracać...
  Chłopak przyglądał się Zegarmistrzowi z dziwnym wyrazem twarzy, ten jednak tego najwyraźniej nie zauważył, pogrążony w ciężkich myślach. Wreszcie jasnowłosy wyciągnął do towarzysza dłoń, by pomóc mu wstać i stanowczo wyprowadzić przed jaskinię. 
- Nie zamartwiaj się zbytnio. Mam plan. - Uśmiechnął się pod nosem.
- Nie, żebym w ciebie nie wierzył... jednak może być naprawdę ciężko. Teraz gdy polują na nas obie strony.
- Nie tak zaprojektowałeś warsztat, by łatwo było się ukrywać? - Chłopak dał znać Boniemu, że ruszają. 
- Niby tak, ale Argona będzie w stanie prześledzić sygnatury magiczne. No i na pewno będzie w stanie dotrzeć do Mewy i reszty. Będzie wiedziała, gdzie byliśmy, a potem ruszy za zapachem. Choć nad morzem trudno go wyśledzić... - Zmartwiona twarz Somniatisa wydawała się zupełnie oderwana od rzeczywistości. Mężczyzna zupełnie zdał się na prowadzącą go rękę Akiro.
(Akiro? To dokąd idziemy?)

11 maja 2020

Od Somniatisa cd. Akiro

To wszystko było tak dziwne. Somniatis zapatrzył się w błękitne niebo nad niewielkim molo opodal portu. Na wędkę od godziny nic się nie złapało. Choć z drugiej strony nie przeszkadzało to mężczyźnie. Może nawet lepiej. Nie był jakoś w nastroju na wyciąganie oślizgłych, szarych stworzeń z wody. Boni wędkował z drugiej strony kei. Nie rozmawiali se sobą zbyt wiele. Czarnowłosy nie czuł się komfortowo w obecności tego dzieciaka. On był... chyba zbyt dojrzały, zbyt zniszczony światem dorosłych. Dzieci nie powinny takie być. Będzie musiał o tym porozmawiać z Akiro. Później. Zacisnął wargi, a serce zabiło mu mocniej. Wyczekiwanie na ten moment robiło się coraz bardziej stresujące. Co jeśli coś poszło nie tak? Rządowi mają swoje procedury, pewne zasady. Plan chłopaka był zbyt śmiały i absurdalny, choć... skrzywił się. Odpowiednie pieniądze w odpowiednie dłonie. Niby by ratować przyjaciela, niby w słusznej sprawie, ale na myśl o tym robiło mu się ciężej na sercu. Jego myśli powoli zaczynały już schodzić na tory "czym ja się stałem" i "kiedy zatraciłem moje ideały" oraz "jak daleko tak na prawdę mógłbym się posunąć wystawiony na próbę", gdy rozległ się strzał. Somniatis tak głęboko utonął w oceanie własnych myśli, że ten zupełnie wytrącił go z równowagi i czarnowłosy wylądował na podłodze łodzi, przewalając opartą obok niego wędkę i mocząc sobie spodnie zalegającymi na deskach niewielkimi kałużami.
  Baks spojrzał na niego, a w jego oczach pojawiło się coś na kształt politowania. Bez zbędnego pośpiechu zebrał sprzęt wędkarski i część cięższych pakunków podał towarzyszowi. Nieco zmieszany czarnowłosy przyjął je z uśmiechem. 
- Wygląda na to, że się udało - powiedział cicho, choć jego twarz była blada.
- Wątpiłeś kiedykolwiek w Akiro? - odparł Boni, ruszając przodem po plaży w stronę groty. - Mój opiekun nie dałby się tak łatwo zabić.
- Przez chwilę byłem pewien, że właśnie to planuje. - Somniatis szedł za nim, w zamyśleniu drapiąc się po policzku. - Cóż. W każdym razie lepszym pytaniem jest: co teraz? Wataha nie przyjmie go z powrotem, już namówienie Mewy i Glooma do pomocy przy tej akcji nie było proste. Nie możemy też za bardzo pojawić się w mieście, bo ktoś może rozpoznać go jako terrorystę. Chyba widziałem nawet jak Mixi mówiła o nim we wczorajszych wiadomościach. Ciekawe co wtedy czuła... - Mężczyzna mówił w przestrzeń, wreszcie dając rozbrzmieć wątpliwością, które trapiły go od początku całej tej sprawy. - Ainelysnart zaczyna się robić dla nas może trochę zbyt niebezpieczne... stoimy teraz przeciwko rządowi i przeciwko rebelii. Jedynym wyjściem może okazać się Arena Ósma... kiepsko, na Ósmej wpływy ZUPA'y mogą okazać się dla mnie za silne. Być może, co gorsza, do wyboru zostanie nam Dziesiąta. Lub ucieczka z wyspy.
- Widzisz to w zbyt czarnych  barwach. Mamy swoje kontakty w przestępczym półświatku. - Dzieciak wzruszył ramionami. - Jakoś to będzie.
- Mówisz o tych ludziach, którzy pomogli w wysadzeniu Wieży? Argona prawdopodobnie ich też już ściga. Że Akiro maczał w tym palce dowiedziała się nawet chwilę przede mną, a przecież my mieszkaliśmy razem.
  Somniatis zamilkł gwałtownie orientując się, że są już na miejscu. Na piasku, mniej więcej na środku jaskini leżał Akiro, ciężko łapiąc oddech. Przy nim Mewa otrzepywał jasne futro z wody. Gloom rzucił tylko ponure spojrzenie Somniatisowi i powłóczystym, niezgrabnym krokiem powędrował z powrotem do oceanu. 
- Udało się - powiedział Zegarmistrz czując, jak olbrzymia ulga spływa na jego serce. - Udało się! - Jego twarz się rozpromieniła. Podbiegł do Akiro i ukląkł przy nim na piasku. Gwałtownie poderwał go z ziemi i mocno przytulił. - Nawet nie wiesz jak się martwiłem. 
  Gwałtownie poczuł się bardzo zmęczony. Adrenalina, która trzymała go na nogach... od jakiego już czasu? Trzech dni? Pięciu? Nagle go opuściła. Zrobiło mu się ciemno przed oczami. Puścił przyjaciela i usiadł przed nim na piasku. 
- Nie spodziewałeś się chyba, że dam się tak łatwo zabić? - zażartował nadal nieco zmachany Akiro. On również się uśmiechał.
- Osobiście nie sądziłem, że się uda - skomentował Mewa, przemieniając się w człowieka i okrywając się ręcznikiem, który jeszcze przed chwilą wisiał na pokaźnym głazie. Poza tym był w samych kąpielówkach. - Cóż, będę się już zbierał. Argona pewnie się ucieszy, że żyjecie, ja jednak wolałbym być jak najdalej stąd na wypadek, gdyby jednak chcieli poszukać trupa. Wam też to gorąco polecam.
- Cóż, w pewnym sensie - odparł Somniatis wymijająco. - Możesz wstać, Akiro? Mewa ma rację, powinniśmy się zbierać.
(Akiro?)

20 marca 2020

Od Somniatisa cd. Akiro do Gabriela

Gdy zadzwonił telefon Somniatis był właśnie w środku składania bardzo skomplikowanego zegara magnetyczno-neonowego. Niespodziewany dźwięk zupełnie wytrącił go z równowagi, rozbijając obracające się powoli pieczęcie i rozbryzgując części na wszystkie strony pomieszczenia. Jedną ręką próbując je pozbierać, drugą ręką Zegarmistrz szukał komórki, któa musiała przecież leżeć gdzieś na blacie. Wreszcie ją znalazł. 
- Jo Som będę u ciebie za jakieś dwie godziny, przyprowadzę kogoś z "rodziny". - Znajomy głos Akiro zupełnie zbił go z tropu.
- Co? Kto z... - Somniatis nie zdążył dopytać o szczegóły, bo Akiro się rozłączył. Zegarmistrz stał przez chwilę nieruchomo z telefonem w jednej ręce i częściami zegara w drugiej, nim zdążył się otrząsnąć. Spojrzał na bezwładne kawałki i westchnął. Chyba będzie lepiej zacząć robotę od nowa... miał nadzieję, że gdzieś poniewiera się jeszcze ten schemat, bo inaczej będzie w kropce.
  Nim jego współpracownik przybył, mężczyzna zdążył nieco ogarnąć rozwalone części i nawet wziął się do szukania planów, także zupełnie nie zauważył przybycia chłopaka, nim ten się nie odezwał, stając za jego plecami.
- Czego szukasz?
  Niemal podskoczył, uderzając się głową w półkę.
- Ałć. - Potarł bolące miejsce i z miłym uśmiechem odwrócił się do Akiro. - Mieliśmy gdzieś plany magnetyczno-neonowego zegara. Nie pamiętasz może gdzie? - Akiro pokręcił głową. - Szkoda... - Wzrok Zegarmistrza padł na nieznajomego. - To zapewne musi być ten "ktoś z rodziny", o którym mówiłeś?
- To Gabriel Noc - przedstawił go chłopak. - Przyszliśmy tutaj, bo uznałem, że możesz coś wiedzieć o pewnym medalionie.
- Medalionie? To nie do końca moja specjalizacja... - Uśmiech Somniatisa zrobił się nieco przepraszający. 
- Ale może jednak. - Akiro dał znać swojemu towarzyszowi, by ten pokazał Zegarmistrowi co ma. Tamten niechętnie wyciągnął niewielkie zawiniątko i podał nieznajomemu. Gdy czarnowłosy odwinął je, jego oczy zaświeciły się z niedowierzaniem.
- Niesamowite, nie sądziłem, że jakiś jeszcze się ostał. Skąd go masz, chłopcze? - spojrzał z entuzjazmem na Gabriela. 
- Należał do mojej matki - powiedział i zrobił krótką pauzę. - Chcę odnaleźć moją rodzinę.
- Ah rodzinę. - Somniatis skrzywił się lekko, po czym szybko zreflektował i uśmiechnął. - Jestem przekonany, że Alpha mojej dawnej watahy nosił identyczny medalion. Zapewne możesz być z nim spokrewniony...
- Wiesz co się z nimi stało? - chłopak ożywił się nieco.
- Wiem, że przeżyli... - odparł niechętnie Zegarmistrz. - Wiem też, gdzie można zacząć poszukiwania. Ale to dość daleko.
- A dokładniej?
- Grecja.
(Gabriel? Akiro?)

11 stycznia 2020

Od Somniatisa cd. Akiro

Zegarmistrz był właśnie w samym środku naprawy wyjątkowo delikatnego serca małego zegarka kieszonkowego, gdy zadzwonił telefon. Pęseta, którą właśnie trzymał w dłoni wyślizgnęła mu się z palców i wpadła w sam środek skomplikowanego mechanizmu, naruszając jego strukturę. Mężczyzna ułożył usta w nieme "ups" po czym odwrócił się na pięcie i pognał do telefonu. Treść wiadomości, którą przekazał mu przyjaciel zupełnie go zaskoczyła. Nie ostatnio nie spotykał wielu posiadaczy genu, nie będących w Watasze. Zastanawiając się, kim może być nieznajomy wrócił do pracy.
Gdy zadzwonił dzwonek nad drzwiami, Somniatis właśnie kończył naprawianie uprzednio zniszczonego urządzenia. Delikatnie wyciągnął pęsetę i uniósł głowę, spoglądając na wchodzących. Wyjął chusteczkę z kieszeni i otarł w nią palce, wychodząc zza kontuaru i z szczerym uśmiechem zmierzając w stronę przybyłych. 
- Dobrze cię znowu widzieć, Akiro. – Schował chusteczkę i uścisnął dłoń chłopaka. – A my się jeszcze nie poznaliśmy. Somniatis Tenebris, Zegarmistrz i gospodarz tego skromnego przybytku. – To mówiąc zatoczył szerokie koło ręką. – Miło mi pana poznać. – Czarnowłosy wyciągnął dłoń w stronę nieznajomego.
- Jestem Gabriel – odparł zwięźle, ściskając dłoń Zegarmistrza.
- Pokaż mu to – rzucił niedbale Akiro, opierając się wygodnie o blat kasy. Przybysz sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej niewielki przedmiot. Podał go Somniatisowi, który delikatnie chwycił łańcuszek w dwa palce.
- Dawno takich nie widziałem – stwierdził, oglądając medalion ze wszystkich stron. – Gdy byłem dzieckiem były bardzo popularne. Mój Alpha nosił podobny, z tym że tamten był z kości. Ten musi być młodszy. Mogę go wziąć na chwilę? – spojrzał pytająco na Gabriela. Chłopak miał nietęgą minę i widać było, że nie chce się rozstawać z naszyjnikiem. – Jeśli go zbadam będę w stanie ci więcej powiedzieć o twoich rodzicach. Bo po to przyszliście, prawda? – Zegarmistrz spojrzał na swojego przyjaciela, który uśmiechnął się i rozłożył ramiona. 
- Niech będzie – zadecydował niechętnie właściciel wisiora. 
Somniatis położył medalion na dłoni i zamknął go w niej. Spojrzał na drzwi do sklepu. Potem na Akiro.
- Możesz zająć się sklepem? Muszę pójść z Gabrielem na zaplecze. 
- Jasne. Spodziewasz się kogoś? 
- Nikogo szczególnego – Mężczyzna już szedł w stronę drzwi do dalszej części warsztatu - choć istnieje możliwość, że zjawi się Trevor z zegarem ściennym. Narzekał ostatnio, że spóźnia się o trzy minuty.
  Akiro pokiwał głową, a Zegarmistrz uśmiechnął się po czym razem z Garielem zniknęli na zapleczu. Przez długi korytarz przeszli do składziku, który mężczyzna zwykł nazywać swoim pokojem. Somniatis zrzucił z kanapy do kartonowego pudła kawałki zębatek, sprężynek, blaszek i wskazówek oraz bliżej nieokreślonego złomu.
- Usiądź, nie jest wcale taka niewygodna, na jaką wygląda. – Czarnowłosy poklepał wyblakłą kapę i sam wykonał swoje polecenie. Nieco nieufnie przybysz uczynił to samo.
- Dobrze, zobaczmy – mruknął Zegarmistrz, wyciągając przed siebie dłoń, na której spoczywał nieruchomo medalion. Zamknął oczy. Wokół jego ręki w powietrzu zaczęły się kreślić świetlistą kreską okręgi i linie, dziwne, mistycznie wyglądające symbole  i figury geometryczne różnych kształtów poruszały się żywo, jakby szukając swojego miejsca w tym rozgardiaszu.  Po chwili wszystko zgasło, a Somniatis spojrzał na Gabriela. Jego niebieskie oko lśniło dziwnym blaskiem.
- Młody, około stu trzydziestu lat. I nie jest stąd. Powiedziałbym, że środkowo-wschodnia Europa. Srebro 32%, żelazo 67%, 1% inne materiały. Słabo nasączony magią, ewidentnie wilczą.
(Gabriel?)

8 maja 2019

Od Somniatisa i Argony cd. Akiro

    Czarna Wołga niemal bezgłośnie jechała niemal pustymi ulicami Areny Pierwszej. Argona siedziała z przodu, a Akiro wraz z Somniatisem i mężczyzną w czarnym, eleganckim garniturze zostali wepchnięci do tyłu. Nieznajomy wyglądał profesjonalnie, jakby podobne sytuacje były dla niego codziennością (co w sumie mogło być bliskie prawdy). Akiro wyglądał na beztroskiego i mimo spiętych dłoni znalazł wygodna pozycję i wyglądał, jakby słuchał muzyki, której nikt poza nim nie mógł usłyszeć. Zaś Somniatis starał się nie bawić nerwowo palcami. Jego przyjaciel prosił, by mu zaufał, nie powinien się tak denerwować, skoro ten najwyraźniej miał jakiś plan, jednak nie mógł pozbyć się myśli o publicznej egzekucji. Było to dość absurdalne, bo z tego co wiedział Wataha nie stosowała czegoś takiego... niemniej niepokoił się. Dobrze pamiętam, gdy podczas paranoi, jaka ogarnęła część podziemia artystycznego jeden z jego przyjaciół został zamordowany w kanałach i przyozdobiony symbolem wilka. Nawet najbardziej łagodna i pacyfistyczna organizacja zrobiła coś takiego. A Argona nigdy nie była łagodna i pacyfistyczna. No i Pectis. Pectis służyło Leniniewskiemu. Załatwiało za niego wszystkie jego ciemne interesy. Mogą nie uwierzyć w to, że on żyje. Mogą nie uwierzyć nawet jego mocy. Przecież jaką mają gwarancję?
  Drzwi otworzyły się ze szczękiem, wytrącając Somniatisa z równowagi. Mężczyzna spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na szofera, po czym szybko odpiął pasy i wysiadł. Zaraz za nim z pojazdu wydostał się Akiro. Przeciągnął i rozejrzał beztrosko.
- Myślałam, że pojedziemy gdzieś dalej - skomentował, gdy jadący z nimi już wcześniej prawnik wskazał im drzwi do pobliskiej kamienicy.
 Słowa chłopaka pozostały bez komentarza i cała grupa weszła do wnętrza budynku. Było ono urządzone w sposób nowoczesny, dominowały w nim czernie i biele oraz ostre, proste krawędzie i bryły. Minęli recepcję, w której młodziutka dziewczyna rzuciła im przelotne spojrzenie, po czym wróciła do rytmicznego wybijania znaków na klawiaturze.
  Weszli po schodach i skierowali się do niepozornych, czarnych drzwi. Tabliczka na nich głosiła: pokój 101. Somniatis poczuł nieprzyjemne uczucie. Kojarzył ten numer z jakiejś książki, nie mógł sobie jednak dokładnie przypomnieć z jakiej.
  Drzwi zostały pchnięte i znaleźli się w niewielkim, obłożonym materiałem tłumiącym dźwięki pomieszczeniu, na którego środku stał stolik i trzy krzesła. Przy jednym z nich stała już wysoka, ładna dziewczyna, ubrana w elegancką marynarkę i spodnie. Miała czarne włosy i pełne usta. Argona skierowała się od razu do niej z ponurym wyrazem twarzy.
- Wygrałam - powiedziała, ściskając kobiecie dłoń, po czym odwracając się tak, by stać bokiem do dziewczyny i przodem do pozostałych. - To jest Akiro Ori. I jest odpowiedzialny za upadek Wieży.
- Czyli jednak zrobił to członek Watahy? - Camille spojrzała z przekornym uśmiechem na Alphę.
- Nie zrobił tego jako członek Watahy - ucięła kobieta i dała znać Akiro, żeby usiadł. - Powiedziałabym, że pracował raczej jako twój człowiek.
- Jak to? - Camille zmarszczyła brwi.
- Przekonaj się. - Argona odsunęła jej krzesło i wskazała, żeby usiadła, a sama z założonymi rękami stanęła za jej krzesłem.
  Prawnik, który ich tutaj przyprowadził opuścił pomieszczenie, a Somniatis stał, rozglądając się na boki i nie wiedząc co z sobą zrobić. Wreszcie podszedł do Akiro i stanął za przyjacielem.
- Nie będziesz nam potrzebny, Somniatisie - oznajmiła Alpha. - Zaczekaj na zewnątrz.
(Akiro?)

30 kwietnia 2019

Od Argony i Somniatisa cd. Akiro

    Jej oczy wwiercały się w mężczyznę, powodując u niego nieprzyjemne ciarki na plecach. Somniatis zawsze czuł się niepewnie w jej obecności, gdy znajdowała się w tym stanie. Nie wyglądała tak jak zwykle. Jego prawdziwie widzące oko pokazywało mu istotę znacznie szkaradniejszą i bardziej... pustą. Jakby w miejscu kobiety pojawiał się demon, którego obecność normalnie była blokowana przez moc jej samej.
- Somniatisie - powiedziała powoli, jakby ważąc swoje słowa - jeśli próbujesz mnie...
- Argono. - Czarnowłosy przerwał jej stanowczo. - Powinnaś już wiedzieć, że brzydzę się kłamstwem. Nigdy bym tego nie zrobił.
  Zapadła cisza. Czarnowłosy opanował odruch przygryzienia wargi. Mogłaby to uznać za objaw złych intencji.
- Wiem. - Dziewczyna westchnęła, a mrok w pomieszczeni zafalował i nieprzenikniona dotąd ciemność odeszła, odsłaniając drewniany pokład ładowni kutra rybackiego. Argona odwróciła się tak, że teraz stała bokiem zarówno do Akiro, jak i Somniatisa. Zwróciła się z kolei do swojego więźnia: - Dlaczego nie chciałeś powiedzieć mi tego od razu?
- I tak uznałabyś, że kłamię - zauważył chłopak. A Alpha w duchu przytaknęła jego słowom, nie dając jednak po sobie nic poznać.
- Skoro wiesz co chciałaś, uwolnij go - poprosił łagodnie czarnowłosy. - Argono, nie możemy walczyć ze sobą teraz, gdy jest nas tak mało.
- Somniatisie Tenebris. - Czerwone oczy zwróciły się ponownie na mężczyznę. - Właśnie dlatego, że jest nas tak mało nie mogę pozwolić, by członkowie Watahy działali na szkodę naszej społeczności.
- Akiro nie działał na naszą szkodę - zaprotestował Somniatis. - Upadek Wieży miał też pozytywne konsekwencje.
- Jak na przykład? - Dziewczyna założyła ręce na piersi, a mężczyzna zająknął się. Rzucił przelotne spojrzenie na więźnia. Była w nim troska i zdenerwowanie.
- Leniniewski mógł zniknąć. Widocznie... tego potrzebował.
- Zniknął kosztem nas wszystkich. Nie wydaje mi się to żadnym pozytywem.
- Rozmawiałem z nim Argono - upierał się Atis, chwytając się tego argumentu, jak tonący brzytwy. - Sądzę... że gdyby nie odszedł w końcu stałoby się coś strasznego. Akiro działał dla dobra nas wszystkich. Wziął ten ciężar tylko na siebie, nie chcąc narażać innych członków Watahy. Sam wyruszył, by wspomóc naszego sojusznika. Argono, zamieszanie przy Wieży... być może wcale nie było czymś tak złym? Może my też potrzebowaliśmy tego?
- Zaczynasz mówić od rzeczy. - Alpha skrzywiła się, po czym westchnęła. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej nóż. Trzymając go w dłoni odwróciła się do Akiro. Somniatisowi zastygła krew w żyłach. Jak sparaliżowany obserwował kobietę, unoszącą dłoń. Coś w jego umyśle zaskoczyło i niemal bez udziału mózgu jego ciało ruszyło do przodu.
  Jednak nie był tak wolny jak lecące ostrze... które wbiło się w deski, koło kolan Akiro.
- Zmień jego więzy na jakieś kajdanki. - Argona zwróciła się do Somniatisa beznamiętnym, zimnym tonem, patrząc jednak nie na niego, a na klęczącego Akiro. - Możesz też tu zostać, jeśli chcesz.  Możesz też w każdej chwili wyjść, jeśli tak zadecydujesz. Jednak do dnia sądu Akiro nie ma prawa opuścić tego pomieszczenia pod groźbą śmierci. Zrozumiałeś?
- Tak Alpho. - W głosie czarnowłosego była pewna gorycz. Sposób, w jaki postępowała kobieta zaczynał go coraz bardziej przerażać. Zmieniła się i coś w tej zmianie mroziło mu krew w żyłach. Minęła go powoli. jej włosy lekko falowały na wietrze. Wyszła, przymykając za sobą drzwi.
  Cichy dźwięk zamka był dla Atisa jak hasło. Szybko podszedł do przyjaciela i nożem zostawionym przez dziewczynę przeciął jego więzy. Puściły zadziwiająco szybko, jak na coś, co pozostawiło tyle ran na ciele.
- Akiro, przepraszam. - Zegarmist ostrożnie wziął się do opatrywania zadrapań wytworzonymi naprędce bandażami, starając się nie patrzeć chłopakowi w twarz. - Przepraszam, że tyle mi to zajęło i że nie byłem w stanie ci pomóc. Przepraszam, że tak zareagowałem, gdy mi powiedziałeś. Czasem... czasem nie wiem, co powinienem myśleć. Nie chciałem cię zranić. A tym bardziej nie chciałem, by do tego doszło. Czy mi wybaczysz?
(Akiro?)

14 kwietnia 2019

Od Argony i Somniatisa cd. Akiro

    Mężczyzna przystanął zdyszany na kei. Z trudem łapiąc oddech zwrócił się do Mewy, a jego dłonie zaczęły żywo gestykulować w rytm słów.
- Muszę złapać Argonę z Akiro, bo ona chce go sądzić, ale on jest moim przyjacielem i muszę być przy nim w tej sytuacji i dlatego chcę ich dogonić i  muszę to zrobić teraz, a pewnie uciekli morzem, bo niebezpiecznie jest gdzie indziej, a tu nie ma za bardzo odpowiednich miejsc i... - Somniatisowi ledwie udawało się składać ze sobą słowa tak, by były zrozumiałe dla rozmówcy. Przerwał mu z uśmiechem czując, że i tak nie dowie się zbyt wiele od Zegarmistrza.
- Wskakuj.
  Atisowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Przeskoczył prze burtę i znalazł się na niewielkim kutrze. Jego towarzysz też zaraz odmotał cumę i rzucił ją zaskoczonemu mężczyźnie, po czym poszedł włączyć silnik. Chwilę później płynęli powoli po wodach przybrzeżnych wyspy.
- A teraz weź głęboki oddech. Dokąd popłynęli? - zapytał Mewa, przechodząc od razu do konkretów. Somniatis zakłopotał się. Był pewien, że płyną, jednak nie był pewien którędy. Opcji było wiele, jednak w tej sytuacji najpewniej...
- Wydaje mi się, że ruszyli w dół rzeki Styks. Argona dużo ostatnio mówiła o równości. Sądzę, że będzie chciała zasięgnąć opinii członków Watahy co należy zrobić z Akiro. Być może... - czarnowłosy zawahała się - chce zorganizować sąd.
- To by nie było głupie - Mewa pokiwał głową. - Jeśli dobrze połączyłem wątki, chodzi o upadek Wieży, tak?
  Somniatis pokiwał głową. Chłopak pokiwał głową i skręcił lekko ster, a Salamandra zaczęła powoli zmieniać kurs.
- Co robisz? - Czarnowłosy zaniepokoił się, jednak Mewa uspokoił go gestem.
- Jeśli o to chodzi, Argona będzie chciała postawić Akiro przed sądem Pectisu. W końcu są od tego specjalistami. No i Leniniewski był ich przywódcą. Jeśli dostaną winnego katastrofy nie powinni gniewać się dłużej na Watahę.
  Słowa chłopaka wydały się Zegarmistrzowi wielce prawdopodobne, aż zaczął się zastanawiać, skąd ten niepozorny dzieciak tak dużo wie. Zawsze uważał, że Mewa jest tylko żeglarzem, którego nie interesują sprawy nie związane z przypływami i odpływami, z prądami oraz połowami. A zaskakująco dobrze orientował się w sytuacji.
- Może się czegoś napijesz - z niewielkiego barku, tuż pod kołem sterowym, Mewa wyciągnął butelkę rumu. Somniatis spojrzał na niego z zaskoczeniem i przyganą.
- Dni na morzu potrafią być bardzo długie, trzeba sobie jakoś umilać czas - chłopak uśmiechnął się promiennie.

[...]Alpha przycisnęła jego twarz mocniej do podłoża, jednak chłopak nie odpowiadał. Zmrużyła oczy i cofnęła się, zakładając dłonie na pierś. W ten sposób nic z niego nie wydusi, nie mogło być o tym mowy. Przyklękła przed próbującym zebrać się z ziemi Akiro i uniosła jego głowę na wysokość swojej głowy. Jej oczy rozjarzyły się na złoto, a twarz chłopaka zaczęła stopniowo zmieniać swój wyraz, coraz bardziej blednąc.
- Jeszcze raz zapytam - głos Argony był ledwie słyszalny, jednak w zalegającej ciszy był doskonale zrozumiały - Kto. Ci. To. Zlecił.
  Lodowate spojrzenie kobiety wbiło się w chłopaka z jeszcze większą mocą, aż ten zaczął zwijać się z bólu, choć fizycznie nie było mu zadawane żadne cierpienie. 
(Akiro? Jeszcze chwilę wytrzymaj! Somniatis leci z odsieczą~)

2 kwietnia 2019

Od Somniatisa i Argony cd. Akiro

    Mężczyzna poczuł, że ucisk na jego klatce piersiowej słabnie i może się poruszać, gdy Alpha wraz z Akiro zniknęli mu z oczu. Był w jeszcze większej emocjonalnej rozsypce, niż przed chwilą. Oparł się o ścianę, opierając dłoń na rozpalonym od emocji czole i parsknął chrapliwym, przerywanym śmiechem. Z jego oczu ciekły niepowstrzymane łzy. Co wtedy myślał? Prawdopodobnie nic. Ocuciła go dopiero zimna bryza znad morza, gdy słońce schowało się za horyzontem. Jego oczy były opuchnięte, a mankiety przemoczone. Zawinął je i wyciągnął chustkę z kieszeni. Przetarł nią twarz. Miał nadzieję, że nikt go nie widział ani nie zobaczy przez najbliższą chwilę. Musiał wyglądać koszmarnie.
  Za to czuł się lepiej. Ostatnio miał ciężki okres. ZUPA, siedząca mu na ogonie, zaginięcie Tiffany,  problemy ze SJEW-em, zawalenie Wieży, przymusowe przesłuchania, wyznanie Akiro, a potem to. Argona potraktowała chłopaka, jakby był nic nie wartym śmieciem, a przecież Somniatis wiedział, że mimo iż zachowanie Akiro czasem wydaje się podejrzane i nie do końca przemyślane, to jednak jest godnym zaufania przyjacielem. W końcu... ostatecznie się przyznał.
  Czarnowłosy odepchnął się od budynku i chwiejnym krokiem, wyczerpanych od stania nóg ruszył do warsztatu. Idąc zastanawiał się, dokąd Alpha mogła zabrać swego jeńca. Mówiła o sądzie, więc pewnie będzie chciał go gdzieś przetrzymać przez jakiś czas. Jednak wszystkie bezpieczne kryjówki długo bezpiecznymi nie pozostawały. Przemieszczać się z nim? Nie, to nie brzmiało jak dobry pomysł. Musiała znaleźć coś... stosunkowo blisko. W końcu w porcie nikt nie jest w stanie kontrolować wszystkiego. Statki przypływają... odpływają. Statki! Somniatis prawie zachłysnął się ze szczęścia. Był przekonany, że Argona wypłynie z chłopakiem na morze. Ten sposób gwarantował mobilność, mogła też zasięgnąć opinii członków Watahy.
  Mężczyzna przyśpieszył. Mewa. Musi złapać Mewę. Na Salamandrze zdołają ją dogonić. Musi być przy Akiro w tej trudnej chwili. Musi go wesprzeć, nie ważne jak głupio postąpił. W końcu byli przyjaciółmi, tak?

[...]Czarnowłosa stanęła nad klęczącym chłopakiem. W mroku tego pomieszczenia jej złote oko lśniło niczym odłamek słońca. W jej postawie było coś dziwnego, coś trudnego do uchwycenia, co jednak nie pasowało do sylwetki Alphy. Pochyliła się i chwyciła podbródek Akiro lewą dłonią, unosząc go do góry. Żyłki mocniej wbiły się w skórę chłopaka, tworząc na niej krwawe pręgi. Trudno było stwierdzić, jaki wyraz miała twarz Argony, jednak klęczący mógłby przysiąc, że się uśmiechała. Jej twarz pochyliła się w kierunku ucha jasnowłosego.
- Już tak dawno chciał cię schwytać - powiedziała nawiedzonym szeptem kobieta, po czym powoli wycofała się, a jej dłoń wycofała się powoli, opuszczając chłopaka na ziemię. Jej oko przybrało swój zwyczajny kolor, a ręce zaplotły się na piersi. - Dlaczego? Po co wysadziłeś Wieżę? - zapytała krótko, zimnym, monotonnym tonem osoby, której odpowiedź wcale nie interesuje.
(Akiro?)

22 marca 2019

Od Somniatisa cd. Akiro

    Mężczyzna wyszedł, nie do końca wiedząc, co myśleć. Ostatecznie... Akiro powiedział mu prawdę. I była ona tą złą prawdą. Tą, której czarnowłosy wcale nie chciał usłyszeć. A jednak była prawdą. Tym razem. Powinien to docenić, prawda? Mimo to był rozdarty. Być może chłopak udzielił mu swojej pomocy w zakładzie, przy poszukiwaniu winnego upadkowi oraz... podczas spotkania z Kathleen, jednak... czy to wszystko miało sens teraz, gdy wiedział, że to on za nim stał?
  Stanął nad brzegiem oceanu. Był tak odległy i tak spokojny. Zupełnie inny, niż dusza mężczyzny w tamtym momencie. Somniatis zwrócił swoja uwagę na dryfującą na wietrze mewę. Cudownym byłoby oderwać się od wszystkich problemów tego świata i po prostu odlecieć. Dlaczego nie urodził się ptakiem, tylko wilkiem?
  Próbował oczyścić myśli, jednak te ciągle wracały do twarzy Akiro w momencie, w którym wyznawał mu prawdę.
  Mężczyzna nie wiedział, jak długo tak stał. Wtem do jego rozważań wkradła się macka prawdziwego niepokoju.
  Argona będzie wściekła - przemknęło Somniatisowi przez myśl. Alpha miała ostatnio męczący okres i zapewne ta wiadomość spowodowałaby ujście wszelkich frustracji i niepowodzeń w gwałtownym wybuchu złości. I czarnowłosy wolałby, by nie wylały się one na biedną skórę Akiro. Mimo wszystko przecież...
- Somniatisie, możemy porozmawiać? - z cienia magazynu wychynęła czarna postać. Od razu ją rozpoznał. Któżto inny mógł być, jak nie ona. Mówi się "nie wywołuj wilka z lasu" i czarnowłosy miał nieprzyjemne wrażenie, że właśnie to zrobi.
- Oczywiście - zgodził się niechętnie, podchodząc do dziewczyny i zanurzając się w cieniu, który wydał mu się głębszy i bardziej lepki niż zazwyczaj. - Coś się stało?
- Tak. Dotarłam do grupy, która zorganizowała zamach na Wieżę - oznajmiła kobieta, zakładając ręce na piersi. - Zgadnij, kto nimi przewodził
  Somniatis westchnął i spuścił głowę. W oczach Argony pojawił się niebezpieczny błysk.
- Wiedziałeś? - syknęła, gwałtownie chwytając go jedną ręką za klapy płaszcza i przyciągając do siebie. Była silniejsza, niż mężczyzna pamiętał, choć zauważył, że jej ręka drży z wysiłku zmuszana do ruchu tylko przez silną wolę właścicielki.
- Dzisiaj mi powiedział - wyznał, nie chcąc okłamywać Alphy. Nawet, gdyby chciał pozostać wierny przyjacielowi nie miało to sensu, skoro ona i tak wiedziała.
- Tu jesteś, Somniatisie - zauważył czyjś głos od strony morza.
Obaj rozmówcy spojrzeli w tamtym kierunku. Argona puściła frak czarnowłosego i wyciągnęła pistolet z pochwy, celując w czoło chłopaka.
- Akiro, będę cię sądzić za zbrodnie przeciwko Watasze. Możesz ze mną pójść dobrowolnie lub też otrzymać przyspieszony wyrok - powiedziała lodowato.
  Somniatis zastąpił jej drogę, stając na torze kuli.
- Argono, posłuchaj... - zaczął jednak został odepchnięty przez lepką i ciemną masę w kierunku ściany magazynu. Alpha minęła go, wychodząc z cienia i robiąc krok w kierunku Akiro.
(Akiro?)

19 marca 2019

Od Somniatisa cd. Akiro

    Zegarmistrz westchnął. Wiedział, że nie może tego ukrywać wiecznie. Że im dłużej nosi to w sobie, tym bardziej poczucie winy rośnie. Zachowywanie takich rzeczy dla siebie nie było grzechem, jednak mężczyzna czuł... je w pewien sposób okłamuje przyjaciela.
- Dobrze. Zrobię - powiedział, po czym powoli wstał ze swojego miejsca. Odwrócił się do Akiro. Zamknął oczy i przełknął ślinę. Odetchnął. Gdy odemknął powieki oboje jego oczu płonęło złotym blaskiem. - Akiro. Ja również uważam ciebie za przyjaciela. I chcę ci zaufać. Ale nie potrafię. Rozmawiałem z Vincentem, wtedy, gdy odciągnął mnie na stronę. Mówił, że zdołał wyrwać wspomnienia z twojego umysłu, gdy zetknęliście się skórami. Mówił, że widział ciebie z jakimiś dziwnymi ludźmi, planującego zamach na Wieżę. Ja... przykro mi Akiro, nie mogę całkowicie odrzucić tej wersji wydarzeń. Nie mogę ufać nawet moim własnym zmysłom jak się okazuje. I to jeśli chodzi o przyjaciela. Ja...
  Zwiesił głowę, a jego oczy wróciły do normalności. Gdy już to z siebie wyrzucił poczuł się lepiej. Dużo lepiej. Nie miało znaczenia, co Akiro na to odpowie. A jednak czekał. Czekał na jego odpowiedź w pełnej napięcia ciszy. Kłamstwo? Prawda? Uniósł głowę i spojrzał chłopakowi prosto w oczy. Cokolwiek ten powie, Somniatis postanowił uznać to za bezprecedensową prawdę i trzymać się tego. Nie chciał wątpić w przyjaciela. Nie teraz, gdy ta relacja... no... stała się właściwie faktem. Somniatis zdobył prawdopodobnie swojego pierwszego przyjaciela.
(Akiro? Welp. Potrzebuję twojej odpowiedzi xd)

18 marca 2019

Od Somniatisa cd. Akiro

    Elegancka restauracja, w której się umówili była urządzona w stylu nieco orientalnym. Na ciemnych ścianach wisiały złote podobizny bogów, których Somniatis nie poznawał oraz znaki, których transkrypcja była mu obca. Niewielkie pomieszczenie dla VIP-ów, do którego zostali zaprowadzani przez kelnera wyposażone było w niewielki, czarny stolik oraz sześć również czarnych krzeseł wyposażonych w złote poduszki, ustawionych dookoła niego. Poza tym był też parawan, odgradzający to miejsce od bardziej tłocznych części restauracji.
  Mężczyźni usiedli. Czarnowłosy poprawił krawat i nerwowo spojrzał na wyjęty z kieszeni zegarek. Zwykle nie przywiązywał wagi do czasu, teraz jednak było inaczej. Spotkanie z Kathleen Gregorson, prawą ręką premiera, napawało go przerażeniem. Nie był też pewien czy to dobrze, że Akiro jest tutaj z nim. To, co zamierzał zrobić... mogło boleśnie w niego ugodzić. Nie chciał tego, jednak nie wiedział, jak to powiedzieć chłopakowi. Ostatecznie zdecydował się zaczekać na odpowiedni moment i poprosić go, by zostawił ich samych.
  Siedzieli w milczeniu, czekając na przybycie kobiety. Akiro nie wyglądał na ani trochę spiętego, jakby takie spotkania zdarzały mu się codziennie. Cóż, może się zdarzały, skoro udało mu się załatwić audiencję u Kathleen w tak krótkim czasie. Somniatisa zaczęło wręcz zastanawiać, co takiego powiedział jego towarzysz, że zgodziła się tu przyjść. Z drugiej strony nie był pewien czy chce słyszeć odpowiedź.
  Parawan zaszurał cicho i do pomieszczenia wmaszerowała  szczupła, elegancko ubrana kobieta o... niezwykle jasnych, blond włosach, spiętych w kok i przeszywających, szarych oczach, skrytych za okularami. W dłoni trzymała czarną teczkę.
  Somniatis poderwał się gwałtownie ze swojego miejsca i uśmiechnął uprzejmie.
- Dzień dobry, pani musi być Kathleen Gregorson. Zapraszam panią do stołu. - Obszedł mebel i odsunął jej krzesło. Kobieta podeszła i usiadła, a czarnowłosy wrócił na swoje miejsce. Dłonie mu nieco drżały, gdy odsuwał swoje krzesło, by znaleźć się na przeciwko tej kobiety. Jakaś część percepcji Atisa zauważyła z goryczą, że Akiro zdawał nic sobie nie robić z obecności doradczyni i siedział wygodnie rozparty na krześle.
- Zatem pan musi być Akiro Ori - zauważyła. - Bardzo mnie pan zaskoczył tym zaproszeniem.
- Właściwie to jestem Somniatis Tenebris, a mój towarzysz - to mówiąc wskazał na siedzącego obok chłopaka - nazywa się Akiro Ori.
- A więc to tak - kobieta pokiwała głową. - Więc?
  Utkwiła wyczekujące spojrzenie w czarnowłosym. Pod jego naciskiem mężczyźnie zdawało się, że robi się coraz mniejszy. Zaschło mu w ustach.
- Zaginęła dziewczynka - zaczął. - Moja... córka. Już jakiś czas temu. Próbowałem już wszystkiego, jednak nie mogę jej odnaleźć. Być może... pani...?
  Kathleen nie drgnęła. Nie wykonała najmniejszego ruchu.
- To wszystko? - spytała po chwili, unosząc brew. - Jeśli tak, muszę się już zbierać. Nie mam zbyt wiele czasu, by marnować go na głupstwa.
  Somniatis poczuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej. Głupstwa? Głupstwa? Zaginięcie Tiffany miało być głupstwem?
-  N-nie - wydusił wreszcie, powstrzymując się przed wybuchem. - Ma pani pozdrowienia od Władysława Leniniewskiego.
  Przez twarz kobiety przeleciał cień. Cień szczerej nienawiści. Był tylko ulotnym grymasem, jednak miał już na zawsze pozostać w pamięci Somniatisa.
- Rozumiem - powiedziała szorstko i wstała. Jej wargi zaciśnięte były w wąską linię. - Czy to wszystko, panie Tenebris?
  On również wstał. Zacisnął dłonie w pięści.
- On mówił, że pani może mi pomóc... - zaczął, jednak przerwała mu stanowczym ruchem dłoni, jakby opędzała się od namolnego komara. Ruszyła w kierunku parawanu.
- Chwila! - Somniatis prawie krzyknął. Chwycił kobietę za ramię. - Proszę. Jeśli ją odnajdziesz... ja...
  Odwróciła się i uderzyła go w twarz. Czarnowłosy zatoczył się i pewnie by upadł, gdyby nie wyrósł za nim Akiro i go nie podtrzymał.
(Akiro? Zostawiam ci zakończenie tej sytuacji^^)

6 marca 2019

Od Akiro cd. Somniatisa

    Widząc zbliżających się towarzyszy, jasnowłosy naciągnął kaptur na oczy, by ukryć swoje zapłakane oczy. Somnatis staną obok, ale w taki sposób, że znajdował się miedzy Akiro, a nagrobkiem.
- Ktoś z rodziny? - zapytał cicho, gdy zawiał wiatr, który sunął lekko czarny kaptur do tyłu. Jasnowłosy przetarł oczy spojrzał na Soma. Jego oczy były lekko opuchnięte i czerwone od słonych łez.
- Tak.. - Odparł drżącym głosem, wziął głębszy oddech. -To grób rodowy, spoczywa tu cała moja rodzina, a obok leży mój pierwszy przyjaciel, który pozbawił się życia na moich oczach. - Somnatis poczuł jak ciężka kula utkwiła mu w gardle, nie mógł uwierzyć w to co właśnie usłyszał. Ta wiadomość taka niemożliwa a jednak prawdziwa. - Gdybym dotarł tam szybciej zdążyłbym go uratować. - Podniósł się do góry i zaczął chaotycznie wykonywać gest do słów. - Dlaczego to musiało spotkać go, a ten pierdolnięty gnój żyje, ale za kratami! – po jego policzkach, w połowie zdania znowu zaczęły spływać łzy, zaczął je wycierać i kląć po cichu, mając lekko odchyloną do tyłu głowę. Somnatis powoli wziął jasnowłosego w ramiona, by mógł się uspokoić. Trwali tak w jeszcze przez jakiś czas, aż niższy chłopak, całkowicie się uspokoił. Akiro odsunął się od Somnatisa i wziął głęboki wdech i się uśmiechnął do swojego przyjaciela.
- Dziękuję. - powiedział z uśmiechem. - To dokąd teraz się wybieramy?
- Kathleen, ale nie wiem kto to jest. - Powiedział w rezygnacją w głosie, Leni zniknął gdzieś w mroku. Akiro sięgnął dłonią do brody i chwile się zastanawiał.
- Chyba wiem gdzie możemy ją znaleźć, ale to dopiero jutro. Teraz wracajmy musimy skończyć zamówienia
**po pracy*
Akiro spotkał się na chwile z Kat, by umówić się na spotkanie następnego dnia, gdy zbliżała się godzina spotkania Som i Akiro czekali na wydzielonej części dla Vipów na Kath.
(Somniatis?)

2 marca 2019

Od Somniatisa cd. Akiro

    Mężczyźni zostali sami w pomieszczeniu. Somniatis milczał, czując się dość niezręcznie w obecności tego człowieka, który nawet w obliczu utraty wszystkiego zachowywał się tak spokojnie. Nie tknął nawet swojej herbaty. Władysłam również milczał, popijając powoli ciepły napój z filiżanki. Nie wyglądał na skrępowanego. Nie wyglądał nawet, jakby czekał na kontynuację tematu czy jakby myślał. Jego spojrzenie było tak puste, a magiczne oczy Somniatisa ledwie odważały się na niego spojrzeć. Patrzenie tej białej postaci w twarz wydawało się zbyt przerażające. Nie białej jak świeżo położony tynk czy śnieg, który spadł o poranku. Białej, jak bezdenna pustka jego oczu. Jak niemy anioł, który tylko na chwilę opuścił niebo. Zegarmistrz nigdy wcześniej, a prawdopodobnie też nigdy później nie widział człowieka tak białego. A przy tym o tak przerażającym wyglądzie.
  Jeszcze chwilę siedzieli w milczeniu. Gdyby był tu zegar, jego tykanie stawałoby się przeraźliwie głośne. Jednak niczego takiego nie było i przez to cisza była nawet bardziej przytłaczająca. Wreszcie Atis zebrał w sobie całą odwagę, by ją przerwać.
- Nigdy nie poprosiłeś, bym zrekompensował ci się za wypuszczenie Est - zauważył powoli.
- Nie - przyznał Leniniewski spokojnie popijając herbatę. - Ale nie o to chodzi, nieprawdaż panie Tenebris?
- Szukam kogoś, myślę, że byłbyś w stanie mi pomóc... - Mężczyźnie zaschło w ustach. Nerwowo oblizał wargi. - Tiffany. Zaginęła.
- Nie przetrzymuję jej u siebie - oznajmił mężczyzna, odkładając filiżankę na spodeczek. - Ale to nie powinno cię zdziwić.
- Dlaczego Wieża? - Somniatis gwałtownie zmienił kierunek. Nie czuł się dobrze wracając do tamtych tematów przy tym mężczyźnie. Wolałby w ogóle o nich nie myśleć. Sprawiały zbyt dużo bólu.
- Jeśli chcesz odzyskać Tiffany to sądzę, że Kathleen jest odpowiedniejszą osobą. - dłoń Leniniewskiego, leżąca na stole zaczęła delikatnie stukać palcami o blat.
- Kto? - Atis zdziwił się, nie kojarzył tej osoby. Z drugiej strony nie obracał się w takich kręgach, jak były premier.
  Władysław spojrzał w okno niewidzącym wzrokiem, po czym wstał.
- Przejdźmy się - zaproponował.
  Czarnowłosy również podniósł się ze swojego miejsca. Jego herbata dawno wystygła, nietknięta w swojej filiżance. Wyszli z kuchni, przeszli przez salon. Gospodarz wziął coś z komody, a następnie opuścili wnętrze ciemnego mieszkania wydostali się na dwór. W chłodnym wietrze nocy
  Szli powoli, znów w milczeniu. Leniniewski najwyraźniej nie kwapił się do dalszych wyjaśnień.
- A jeśli chodzi o naszą sprawę... - zaczął ponownie Somniatis.
- Rozmawiasz z martwym człowiekiem, Tenebris. - Blondyn patrzył w niebo, na którym nie było gwiazd, a Atis zastanawiał się, co zatem tam widzi. - Problemy żywych nie są moimi problemami.
- A co z ludźmi, którzy na tobie polegali? Zostawisz ich? - Zegarmistrz poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Słyszał, co się stało z zaufanymi ludźmi Leniniewskiego. Zwykle ich los obejmował więzienie lub bojkot.
  Mężczyzna nie odpowiedział. W jego oczach odbiło się coś, może żal? A może tylko światło gwiazd, których Somniatis nie był w stanie dostrzec. Cisza się przedłużała.
- Dokąd idziemy? - Czarnowłosy rozejrzał się, jednak nie znał tej okolicy. Rzadko przebywał na otwartej przestrzeni. Były premier bez słowa przekazał ku niewielką karteczkę. Znajomym pismem ktoś napisał na niej tylko jedno słowo "cmentarz". Mężczyzna zmarszczył brwi. Po co Akiro miałby iść na cmentarz?
  Przez większość drogi nie odzywali się do siebie. Somniatis wolał nie dopytywać Władysława o więcej spraw. Było to dość krępujące. Nie potrafił zawczasu zgadnąć, co rozmówca odpowie. I czy odpowie.
- Jeśli spotkasz się z Kathleen przekaż jej pozdrowienia ode mnie - powiedział niespodziewanie blondyn. Somniatis nie odpowiedział. Nie bardzo wiedział jak, zresztą jego myśli zaczęły już krzątać się wokół tej tajemniczej osoby, jaką była ta kobieta. W oddali widać było cmentarz.
  Po kilkunastu kolejnych minutach dało się już rozróżnić sylwetki nieruchomych grobów, od postaci nieruchomego chłopaka. W oczach Akiro coś się błyszczało. Czyżby... nie. Nie możliwe. Leniniewski zatrzymał się, Zegarmistrz zrobił to samo i spojrzał na byłego premiera pytająco.
- Nie krępuj się. - Władysław zrobił zachęcający ruch ręką w kierunku Akiro. Najwyraźniej chciał, by to Somniatis porozmawiał z chłopakiem. Co wcale nie sprawiło, że czarnowłosy poczuł się lepiej. Wręcz przeciwnie.
  Przełknął ślinę przełknął ślinę i ruszył dalej, pozostawiając blondyna samego. Chwilę później stanął obok Akiro i spojrzał na grób, który przykuł uwagę chłopaka. Litery już dawno zostały wytarte, nie mógł więc odczytać imienia pochowanej tutaj osoby. Spojrzał z ukosa na jasnowłosego i ku jego zdziwieniu zobaczył pozostałości łez w kącikach jego oczu. Odchrząknął, czując się bardzo niezręcznie.
- Ktoś z rodziny? - spytał cicho.
(Akiro?)

24 lutego 2019

Od Somniatisa cd. Akiro

   - Nic nie mówiłem, że miałoby być źle. - Mężczyzna podniósł ręce w obronnym geście, po czy rozejrzał się, powoli je opuszczając. Pomieszczenie, w którym się znaleźli wyglądało na rodzaj magazynu czy spiżarni. Na długich pułkach leżały bliżej niezidentyfikowane przetwory z owoców, z sufitu zwieszały się suszone zioła oraz pęczki czosnku. Somniatis trącił stopą wielką dynię, leżącą luzem na podłodze. - Jesteś pewien, że to tutaj? Rozbijanie się komuś po domu nie wydaje się rozsądnym pomysłem.
- Zaufaj mi Som, wiem co robię. - Akiro podszedł do drzwi spiżarni i pchnął je. Ani drgnęły. Spróbował ponownie. Dalej nic.
- Spróbuj pociągnąć - zasugerował czarnowłosy.
  Chłopak pociągnął i drzwi z cichym jękiem otworzyły się do wewnątrz, zmuszając obu mężczyzn do cofnięcia się.
- Jaki geniusz montuje drzwi otwierane do wewnątrz w ciasnym schowku? - mruknął do siebie jasnowłosy, gdy wychodzili z ciemnego pomieszczenia w mętne światło lampki, stojącej na niewielkim, kuchennym stoliku.
- Mój architekt - rozległo się od strony drzwi. Obaj towarzysze odwrócili się w tamtym kierunku. Stał tam, częściowo skryty w cieniu. Jak zawsze w eleganckim stroju, perfekcyjnie uczesanych włosach i z tym niepokojącym uśmiechem na ustach. Wcale nie wyglądał jak osoba, której właśnie do domu włamała się dwójka nieznajomych. Nacisnął przycisk, włączający światło i ostry blask jarzeniówki na chwilę oślepił gości. - Napijecie się czegoś?
- Herbaty, jeśli można - zająknął się Somniatis, a Akiro mu przytaknął.
- Usiądźcie, proszę - zasugerował gospodarz, podchodząc do blatu i nalewając wody do czajnika. Atis nigdy nie spodziewał się, że osoba pokroju Leniniewskiego może wyglądać naturalnie w zwyczajnej kuchni, wykonując zwyczajne czynności. Zwykle patrząc na niego wydawało się, że nie brudzi swoich rąk żadną pracą, a zwykłe domowe obowiązki wykonuje służba. Ile właściwie wiedział o tym mężczyźnie? Somniatis zamyślił się, aż jego towarzysz musiał go szturchnąć, żeby usiadł. Czarnowłosy czuł się nieco dziwnie w towarzystwie dawnego premiera, jednak z jakiegoś powodu jego osoba nie robiła kompletnie wrażenia na Akiro. Chłopak bawił się leżącą na stoliku cukiernicą, usypując górki z cukru.
  Bulgotanie i ciche kliknięcie oznajmiło koniec gotowania się wody do eleganckiego dzbanka trafiła niemal cała zawartość czajnika i po chwili wraz z trzema filiżankami pojawiła się na stole. Gospodarz usiadł i oparł łokcie na stole, jednocześnie łącząc dłonie w piramidkę.
- Zatem, czemuż zawdzięczam waszą wizytę?
(Akiro? Zostawiam cię z Władysławem :P)