Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W Nowym Świecie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W Nowym Świecie. Pokaż wszystkie posty

22 sierpnia 2018

Od Camille cd. Miyashi

      Zauważyłam, że ma mokre policzki i przeszklone oczy. Gdy skłamała, już wiedziałam na pewno, że nic nie jest "dobrze".
- Spokojnie, malutka - otarłam łzy z jej policzków. - Wszystko będzie dobrze. Jestem tutaj. Ze mną nic ci się nie stanie. - dziewczynka pokiwała głową leciutko. Uśmiechnęłam się do niej uspokajająco. Po chwili do sali wszedł lekarz.
- Mam już wyniki. Zapraszam panią na korytarz - powiedział, po czym wyszedł. Miyashi drgnęła na myśl, że ją zostawię. Złapała mnie za rękę gdy wstałam.
- Hej - kucnęłam tak, że moja twarz znajdowała się tylko parę centymetrów od jej - Idę tylko na chwileczkę. Będzie mnie widać przez szybę w drzwiach. Wrócę za parę minut. Poradzisz sobie, prawda?
- T-ttak. - potwierdziła po chwili.
- No. Moja dzielna dziewczynka. - po chwili zastanowienia zbliżyłam usta do jej czoła i pocałowałam ją delikatnie. Gdy wstawałam, zauważyłam na jej policzkach rumieńce. Wyszłam z pokoju za lekarzem i stanęłam za drzwiami.
- I jak, panie doktorze? - spytałam cicho. Mężczyzna westchnął.
- Szczerze mówiąc. Nie tak dobrze - zmarszczyłam brwi. - Ma kilka obrażeń wewnętrznych... czy... czy ktoś ją pobił? - spytał lekarz.
- Z tego co mi wiadomo, nie - powiedziałam cicho, łapiąc się ściany by nie upaść.
- Zauważyliśmy także sporo obrażeń zewnętrznych. Blizn, siniaków. Zastanawiam się, czy nie przydzielić jej psychiatry, który nadzorowałby jej poczynania.
- Nie! - zaprotestowałam gorliwie - Sama się tym zajmę.  Proszę tego nie robić.
- Hm... No jak pani uważa. Proszę - wręczył mi kartkę - Tutaj jest wykaz leków. Jutro wypuścimy ją ze szpitala. Potem przez parę tygodni powinna odpoczywać, najlepiej leżeć. Nie powinna być także narażona na stres. To tyle - skinął mi głową. Jeszcze przez chwilę stałam sama na korytarzu, trzymając kurczowo kartkę. Zajmę się nią. Sprawię, że znowu będzie potrafiła się cieszyć. Że pozbędzie się swoich demonów. Obiecałam to sobie. Ale... czy mogłam to zrobić walcząc z własnymi?
(Miyashi?)

13 sierpnia 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Dalej czułam na swoich policzkach łzy. Wprawdzie już otworzyłam oczy, ale dalej mi z nich ciekły łzy. Widziałam tylko Camille, ale nie byłyśmy w jej domu. Na pewno było to inne miejsce. Ale jej obecność działała na mnie uspokajająco. Jeszcze jak trzymała mnie za rękę to już nie bałam się tego miejsca tak bardzo. Chociaż i tak się bałam… Gdzie byłyśmy? Jeszcze chwilę temu pamiętam, jak byłyśmy w domu. Camille spała i lekko mnie tuliła. Ja też się do niej zaczęłam tulić.
Pomieszczenie było małe, dużo w nim było bieli. Przy próbie wtulenia się troszkę mocniej w Camille poczułam szarpnięcie – była to aparatura, do której ktoś mnie podłączył. Czyli… byłam w szpitalu? Miałam tylko nadzieję, że Camille ze mną zostanie... Nie dałabym tu sama rady. I bez tego boję się, ale obecność dziewczyny pomaga mi się uspokoić. A przynajmniej dzięki niej tu wytrzymuję. Wtulałam się w nią dalej, a swój ogon owinęłam wokół niej, ale ostrożnie, by jej nie obudzić. Spokoju nie dawało mi tylko to, że słyszałam zmieszane głosy wielu ludzi wokoło. Różne, ale były głośne. Wydawało mi się, że wokoło nas ktoś jest, choć nikogo nie widziałam. To spowodowało, że wtuliłam się mocniej. Poczułam jeszcze jak Camille się budzi.
- Jak ci się spało, kruszynko? – szepnęła.
Przetarłam tylko oczy z resztek łez, po czym odpowiedziałam:
- D-dobrze…
Tak naprawdę nie chciałam jej martwić. Nie powiedziałam jej wszystkiego, bałam się, że przeze mnie się znowu gorzej poczuje. Chociaż nie mogłam ukryć tego, że moje oczy jeszcze są przeszklone.

(CAMILLE?)

11 sierpnia 2018

Od Camille cd. Miyashi

      Otarłam łzy i ponownie spojrzałam na dziewczynkę. Trzymała się za główkę, a po jej policzkach płynęły strumienie łez.
- Miyashi - zbliżyłam się do niej kawałeczek, jednak nie zareagowała. Po chwili skuliła się jeszcze bardziej. - Kochanie, co się dzieje? - dziewczynka powoli opuściła głowę. Spodziewałam się, że mi odpowie, ale ona zachwiała się i niemalże spadła z kanapy. Złapałam ją i wtedy zauważyłam, że zemdlała. Przestraszona wzięłam ją na ręce i pobiegłam do samochodu. Musiałam ją zabrać do lekarza, Wsadziłam ją na siedzenie koło kierowcy i zapięłam jej pasy, po czym błyskawicznie wsiadłam za kierownicę i z piskiem opon opuściłam podjazd przed swoim domem. W międzyczasie wyjęłam telefon i wybrałam numer zaprzyjaźnionego lekarza. Pokrótce wyjaśniłam sytuację i wymogłam na nim obietnicę, że nie powie nikomu o uszach i ogonie mojej podopiecznej. Podjechałam pod klinikę i zgasiłam silnik. Ponownie wzięłam leciutkie jak piórko dziecko na ręce i niemalże wbiegłam po schodach kliniki. Przy drzwiach czekał na mnie mężczyzna, do którego przed chwilą dzwoniłam.
- Błagam... błagam, musisz jej pomóc.
- Zobaczę co da się zrobić - zabrał ode mnie dziewczynkę i poprowadził mnie na drugie piętro do pomieszczenia, które przypominało nieco izolatkę. Cieszyłam się jednak, że dziewczynka będzie sama i że nikt nie dowie się o niej.
- Zaraz zajmę się badaniami, jednak muszę uwzględnić pacjentkę w papierach. Imię i nazwisko proszę.
- Miyashi - zaczęłam, ale potem przerwałam na chwilę. Jeśli ludzie, którzy ją porwali mają wtyki w klinice, to na pewno poznają ją po nazwisku... - Miyashi Belcourt - rzuciłam po chwili.
- Dobrze. Proszę tu zaczekać. - Skinęłam głową. Minęła jedna godzina, druga, trzecia. W końcu lekarz wyszedł. Na jego twarzy malował się spokój.
- Sytuacja została opanowana. Jutro otrzyma pani dokumentację. Może pani wejść do pacjentki, jednak chwilowo nie jest ona "dostępna". - nie zastanawiałam się nawet, co ma znaczyć to słowo, tylko po prostu weszłam do środka. Dziewczynka leżała podłączona do jakiejś aparatury. Jej włosy były rozsypane po poduszce, była niemal tak biała jak prześcieradło. Usiadłam na krześle obok łóżka i złapałam ją za wolną rękę.
- Martwiłam się, wiesz? - zaczęłam cicho, nie wiedząc, czy Miyashi mnie słyszy, czy nie. - Martwiłam się jak nigdy wcześniej. Nie rób mi tak więcej, proszę. I... pozwól sobie pomóc. Chcę ci pomóc. Może potrafię ci pomóc... Ale ty też musisz tego chcieć. - Oparłam czoło o jej dłoń leżącą na prześcieradle, równocześnie trzymając się jej lekko. - Błagam Miyashi. Wróć do mnie. Damy sobie radę... razem. Tylko do mnie wróć... Nie zostawiaj mnie samej. - Nie wiedziałam, ile tak siedziałam, jednak z każdą minutą byłam coraz bardziej zmęczona. Nie wiedziałam nawet, w którym momencie usnęłam, nadal nie puszczając malutkiej rączki.
(Miyashi?)

25 czerwca 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Patrzyłam się w jej oczy bez słowa próbując powstrzymać się od płaczu. Bezskutecznie... Nie byłam w stanie, chociaż zaskoczyło mnie to, że i ona płakała. Ale dlaczego...? Czy ją skrzywdziłam? Beze mnie by na pewno tego nie robiła. Jeszcze przepraszała, ale kogo i za co...? Zaczynałam się czuć okropnie. Czułam się winna jej złego nastroju. Wtuliłam się w nią bardzo mocno, próbując powstrzymać się od oddychania. Bez zatykania nosa było to dużo, dużo cięższe. Wtuliłam się w nią jeszcze troszkę mocniej.
- Proszę… daj sobie pomóc… - powtórzyła przecierając sobie oczka. Cały czas trzymała moje ręce bez zamiaru puszczenia ich.
Co to znaczyło…? Co miałam zrobić, by już nie płakała, nie była smutna? Nie potrafiłam sama przestać, a może to by pomogło... Nagle zaczęłam słyszeć śmiech kilku osób. Jeden to był ten, co zawsze. Drugi był Koreańczykiem, nie wiem jednak skąd on był, na pewno spoza rodziny, gdzie byłam. Kolejny to znowu Koreańczyk, a jeszcze było kilka osób z mojej szkoły, starszacy. Wszyscy wpatrywali się na nas wytykając nas palcami.
- Jesteście obie żałosne... - powiedział pierwszy mieszkaniec kraju spod góry Paektu z pogardą w głosie. Był on zasłużonym dla Wodza dygnitarzem, przynajmniej tak wyglądał.
- NIEPRAWDA! - wydarłam się w jego stronę, po koreańsku, by zrozumiał. - Ona nie jest! To, że ja jestem, nie znaczy, że ona też!
Dotknęło mnie to jak ją obraził. Przecież była wspaniała! Nie mogłam dopuścić do tego, by o niej tak mówił.
- Jak się wyrażasz, ty mały pasożycie?! - warknął i podszedł do mnie szykując się, by mnie uderzyć. Na pewno to zrobi...
Już uderzył. Z całej siły w policzek, ale przy okazji zabolały mnie nos i lewe oko. Drugi jego towarzysz też podszedł. Ból mnie paraliżował, nie mogłam się ruszyć by się nie wzmocnił. Wtedy zaczęłam też się dusić od silnego ścisku na szyi.
- Jeszcze raz podniesiesz na mnie głos... A pożałujesz że ona cię przygarnęła...
Uderzył wtedy raz jeszcze. Skuliłam się mocno, Camille dalej trzymała moje ręce. Wyglądała na przestraszoną.
- Miyashi... Kochanie, co jest? - spytała odwracając moją głowę lekko.
- Jak w ogóle ona mogła cię do siebie wziąć? - prychnął ktoś z mojej szkoły. - Ile twoi rodzice musieli w Fukushimie siedzieć, że takie wadliwe coś urodzili?
Reszta wybuchła śmiechem, on też. Koreańczycy już się cofnęli idąc z powrotem w tamto miejsce gdzie byli wcześniej. Jeszcze chwilę się pośmiali. Chciałam w tym momencie zniknąć, przestać istnieć... Nie chciałam zostawiać Camille, ale wytrzymać ich obecności nie byłam w stanie. To bolało już... Już przyzwyczaiłam się do tego, co o mnie mówili, ale to, że ją obrażali, przerastało mnie. Nie zasłużyła sobie na bycie poniżaną. Wtuliłam się w nią mocno. Mówiła, że oni kłamią, ale dla mnie niemal wszystko to wydawało się być prawdą. Nie pamiętam o niczym wcześniejszym, ale to, co teraz powiedział, nie powinno być powiedziane o niej.
- Przestaniesz ty kiedyś tak ryczeć? - powiedział. - Przecież wszystko widzę, jesteście siebie warte. Jedna i druga... Teraz nie dziwię się czemu ciebie przygarnęła.
To też zabolało bardzo mocno. Wtulałam się mocno w Camille, a ona lekko mnie głaskała.
- Oni nic ci nie zrobią... Nie słuchaj ich, kłamią...
Nie mogłam już... Po tym, co powiedziała Camille, kolejne słowa zlewały mi się w niezrozumiały bełkot. Nawet nie byłam w stanie rozpoznać nawet w jakim języku. Do tego rozbolała mnie głowa. Rozbolała? To słowo było niewystarczająco mocne. Jedyne co mogłam to się skulić i czekać, aż przejdzie. Nie wiedziałam ile czasu mija, ale dla mnie dłużył się on okropnie. Lekko drżałam, byłam w stanie wyczuć też coś na policzkach, co było łzami.

(CAMILLE?)

13 czerwca 2018

Od Camille cd. Miyashi

    Zauważyłam, że dziewczynka sięga dłonią do miejsca tuż pod prawym nadgarstkiem (tam, gdzie wcześniej były już rany, a pozostały po nich tylko blizny), jakby chciała rozerwać skórę na drobne kawałeczki, poczuć jak najwięcej bólu. Nie myśląc dłużej, złapałam ją delikatnie za dłonie. Uniosła głowę i spojrzała na mnie ze łzami w oczach. Na ten widok kroiło mi się serce.
- Miyu - zaczęłam cicho - cokolwiek ta... osoba - nie wiedziałam jak inaczej określić wyimaginowanego rzez nią stwora - ci mówi, to wiedz że to nieprawda. Nie krzywdź już siebie więcej, proszę. Bo... robiąc to, krzywdzisz również ludzi, którym na tobie zależy. Musisz po prostu pozwolić mi sobie pomóc. Razem damy radę pokonać twoje problemy, uda nam się cię wyleczyć... pomóc ci... Naprawdę tego chcę, ale bez twojej zgody niewiele mogę zdziałać. Ten potwór cię okłamuje. Wszystko co mówi o mnie lub o tobie jest nieprawdą. Jesteś mądra. Jesteś piękna. A co najważniejsze: jesteś ważna. Dlatego proszę. Pozwól mi choć spróbować ulżyć ci w cierpieniu. Pozwól mi znaleźć osoby, które będą mogły jak najlepiej nam pomóc. Błagam - podniosłam wzrok znad jej rąk i spojrzałam przeciągle w oczy.  No i szlag trafił mój plan na silną Camille, ponieważ poczułam, jak po policzkach spływają mi łzy, a następnie skapują na nasze złączone dłonie.
- P-Przepraszam - wydukałam, chcąc zabrać ręce i odsunąć się.
(Miyu?)

9 czerwca 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Nie wiem czemu jej to pokazałam. Czułam coś dziwnego. Chciałam resztę poukrywać, ale z drugiej strony nie mogłam. Coś kazało mi jej powiedzieć o wszystkim, ale wiedziałam, że on może mnie za to znowu uderzyć. Patrzyłam w jej oczy widząc, jak robią się bardziej szkliste niż normalnie u ludzi. Czy ona... jest bliska płaczu? Cały czas na nią patrzyłam. Chciałam jej obiecać, że tego więcej nie zrobię, ale przerastało mnie to. Nie potrafiłam obiecać jej czegoś, co nie zostanie spełnione. Chociaż wyjątkowo zależało mi na niej, nawet to nie pomogło.
- A może zrobisz to raz jeszcze, jak tego nie zostawisz? - spytał prześmiewczo.
- Nie! Na pewno nie jak mi każesz! - odkrzyknęłam po japońsku. Próbowałam mu się przeciwstawić, by mnie zostawił. Zamiast tego tylko był gorszy.
- Nie drzyj się! Bo cię stłukę, mały pchlarzu!
Wtedy się skuliłam i niemalże rozpłakałam, niemal przekraczając granicę płaczu. Nie mogłam płakać, i tak, że Camille mi pozwoliła na kilka razy zapomnienia o zakazie to coś niezwykłego. Zatykałam nosek, zaciskałam usta i zagryzałam policzki, byleby się nie rozpłakać.- Ona i tak cię nie chce. Prędzej czy później cię odrzuci, jesteś tylko ciężarem dla wszystkich.
Wtedy bańka pękła. Zamiast powstrzymywać się, ryczałam bez opamiętania. Próbowałam schować głowę, by zagłuszyć wszystko, ale nie wyszło mi. Czułam tylko mocne przytulenie, a poza swoim płaczem słyszałam jeszcze pociąganie noskiem. Wtuliłam się, sądząc po wszystkim co czułam, w Camille i próbowałam się zmusić do przerwania płaczu jak najprędzej.
- Cichutko, promyczku... - mówiła. Ale jej głos się łamał. - Jestem tu... Nie dam... cię skrzywdzić...
Nadal nie mogłam przestać. Przeze mnie płakała, a ja, zamiast ją pocieszyć czy uspokoić, sama to robiłam. Jeszcze chciałam zrobić to, czego robić nie miałam...
- Zrób to... Pokaż co umiesz, skoro tak bardzo tego chcesz - znowu czytał mi w myślach? Wiedział co chciałam zrobić... Ale jak to?
- Nie zrobię! - odpowiedziałam mu.
- To zrób teraz, przecież widzę jak się czujesz. A ona... - zaśmiał się. - A ona tylko będzie skakać z radości. No, dawaj...
Jeszcze głośniej płakałam. Miałam go dosyć... Chciałam by Camille mnie lubiła, a on mnie namawiał do robienia czegoś, za co mnie może znienawidzić. Chociaż chciałam tego tak bardzo, że nie wiedziałam, czy tego nie zrobię nawet paznokciami czy zębami. Cała drżałam walcząc ze sobą, by chociaż, jak to nawet zrobię, nie musiała na to patrzeć.
(CAMILLE?)

4 czerwca 2018

Od Camille cd. Miyashi

       -Sama... to zrobiłam... - te słowa mną wstrząsnęły. Oczywiście, liczyłam się z tym, że padną, jednak z pewnością nie byłam na nie przygotowana. Zasłoniłam usta dłonią, czując, jak do moich oczu napływają łzy. Dziewczynka, cofnęła się przerażona, jakby bała się, że za chwilę ją uderzę. Zamrugałam szybko, żeby się na dobre nie rozpłakać, po czym przyciągnęłam małą do siebie i przytuliłam ją mocno do serca. - Błagam - wyszeptałam - pozwól mi się sobą zająć... Chociaż tymi bliznami. Choć tyle pozwól mi zrobić... - przez chwilę myślałam, że udusiłam dziewczynkę swoim napadem nieokiełznanej troski, jednak po chwili poczułam, jak kiwa głową. Położyłam ją delikatnie na kanapie. - Mogę? - upewniłam się, jednak mój błagalny ton chyba ostatecznie przekonał dziewczynkę, bo kiwnęła powtórnie głową. Najpierw dotknęłam delikatnie jej nogi. Drgnęła, ale nie oponowała. Uniosłam ją i przyjrzałam się jej dokładniej. Wokół kostki zobaczyłam ślady po cięciu się, jednak były one już zabliźnione i widocznie stare. To samo na drugiej nodze. Potem ostrożnie wzięłam w dłoń jej rękę. Tutaj śladów było naprawdę dużo. Te stare tylko obejrzałam, a ten nowe, które były jeszcze ranami, zamknęłam i zmieniłam w blizny. Były już tylko wspomnieniem. Złym wspomnieniem. Druga ręka też miała wiele śladów, z którymi zrobiłam tak samo. Na szyi również było ich kilkanaście, część jeszcze czerwonych, część już dużo bledszych. Zagryzłam policzki od środka, a następnie tymi również się zajęłam.
- Kochanie - zaczęłam cicho - Czy... Czy to już wszystkie? - czekałam na odpowiedź kilkanaście sekund, po czym powtórzyłam pytanie. Wtedy Miyashi zaczęła cicho szlochać...
- N-nie - wyjąkała. - Jeszcze... Jeszcze na brzuchu... - rzuciła cichutko, po czym dodała, chyba po japońsku - Nie... przestań, proszę! - zerknęłam na nią zmartwiona, ale dopóki sama mi nie powie co się dzieje, to nic nie mogłam zrobić. Na razie postanowiłam zająć się leczeniem jej ciała, mając nadzieję, że przyjdzie czas również na duszę. Zbliżyłam powoli dłonie do jej koszulki i zaczęłam ją powoli podwijać. Nagle Miyashi pisnęła i wyrwała się zwijając się w kłębek kawałek dalej.
- Proszę - zaczęłam znowu - daj mi skończyć... Nic ci nie zrobię, obiecuję. Tylko... tylko pozwól mi sobie pomóc - po kolejnej minucie zbliżyłam się do dziewczynki znowu, a ona położyła się na kanapie. Delikatnie podwinęłam jej koszulkę i położyłam dłonie na jej posiekanym, jak od noża, brzuszku. Drgnęła.
- Wybacz zimne dłonie. - uśmiechnęłam się kojąco i przepraszająco zarazem, po czym zabrałam się do roboty. Miyashi patrzyła jak zaczarowana w moje, zapewne teraz złote, oczy. Gdy skończyłam i uniosłam dłonie, blade blizny były na niemalże całym jej brzuchu. Zsunęłam jej koszulkę z powrotem na brzuch, po czym spojrzałam jej nieco poważniej w oczy.
- Błagam cię, kochanie. Nie rób tego więcej. Wiem, że to będzie trudne, ale po prostu spróbuj. Proszę. Dla mnie albo dla kogokolwiek na kim zależy ci tak, jak mi w tym momencie na tobie. - spuściłam wzrok i objęłam się dłońmi, znowu starając się nie rozpłakać...
(Miyu?)

Od Miyashi C.D. Camille

    Wtedy popatrzyłam na nią niepewnie. Jednocześnie próbowałam przypomnieć sobie wszystko, co Camille chciała wiedzieć.
- P-przyleciałam tu... - powiedziałam cicho. - Z... Korei...
- To daleko... Jak to możliwe? - wtedy spytała i mnie pogłaskała. - Rodzice puścili cię tu samą?
Gdy usłyszałam o rodzicach, w moich oczach pojawiać się zaczęły znowu łzy. Byli wspaniali, a teraz ich zabrakło... Chciałam by znowu tu byli, ale to było niemożliwe. Kiedy ich zabili... wyglądało to okropnie...
Czułam mocne przytulenie, jeszcze głaskanie. W pierwszej chwili chciałam się wyrwać, ale widok dziewczyny mnie od tego powstrzymał. Wręcz wtuliłam się mocniej, bo to była ona.
- No już, spokojnie... - szepnęła i głaskała mnie, jednak nie powstrzymało to mojego płaczu. Chciałam przestać czym prędzej, więc zatkałam nosek. Nie wytrzymałam długo bez powietrza, jeszcze głośniej się rozpłakałam zamiast przestać. Próbowałam raz jeszcze, ale nie wychodziło.
- Ale kochanie, oddychaj... Nie rób tak... - mówiła i złapała mnie za rączki lekko. Następnie im się przyjrzała, przejechała palcami po prawej z nich. - A to... Jak to się stało?
Nie odpowiedziałam jej. Nie mogłam się odezwać. Próbowałam, ale za każdym razem mi nie wychodziło.
- Nagle mowę ci odebrało? - zaśmiał się on znowu.
Słysząc go odwróciłam się nagle w jego stronę. Przerażał mnie... Znowu się pojawił... Chciałam od niego uciec, ale Camille przytrzymała mnie mocniej i wtuliła w siebie.
- No już... nie bój się, malutka... Ja tu jestem i nic ci się nie stanie.
Nie mogłam się uspokoić. Serce mi bardzo mocno waliło, aż zaczęło to boleć. Wciąż nie wydałam z siebie ani sylaby, ale czułam, że mogłam mówić.
- I tak jej to nie obchodzi, po co masz jej mówić? - powiedział znowu.
- Zapytała... - odpowiedziałam mu cicho. - Dlaczego nie odpowiedzieć...?
- Bo coś przekręcisz...
- Ale mówię prawdę! - pisnęłam, znowu zaczynając płakać głośniej.
- Malutka... Z kim rozmawiasz? - spytała cicho, wyglądała na trochę zaskoczoną i zdezorientowaną. - Przecież tylko ja tu jestem... To było... to po japońsku?
Wtedy wskazałam na niego, patrząc jej w oczka i przytakując. Nagle poczułam mocny ból, jakby ktoś wykręcał mi palec.
- Się palcem nie pokazuje... To niegrzeczne. - powiedział pouczająco. - Przecież i rodzice, i rodzeństwo cię tego uczyli. Nie pamiętasz już? Tak słabą masz pamięć?
Przypominanie sobie wszystkiego bolało. Nie chodzi tylko o ból fizyczny, o jakim on mi nie dawał zapomnieć, ale też psychiczny. Każde zdarzenie, o którym pamiętałam, albo było złe, albo powodowało, że przypomniałam sobie jedno z gorszych. Chciałam choć na chwilę zapomnieć chociaż o tych złych. Na chwilę...
- Co jest, skarbie? - złapała mnie za rękę i ją obejrzała. Lekko ją podmuchała i pogłaskała mnie jeszcze raz. - Jestem tu, nic ci nie grozi... Może powiesz mi... Wychodziłaś gdzieś z rodzicami?
- Tak... Czasami... - cicho odpowiedziałam, ciągając noskiem co jakiś czas. - Rzadko mieli czas na to...
- Możemy gdzieś wyjść razem niedługo, jeśli chcesz. Ale powiesz mi coś jeszcze?
Niepewnie przytaknęłam patrząc na nią. Bałam się tych pytań... Ale musiałam na nie odpowiedzieć, tak jak Camille chciała.
- Więc... Skoro to nie rodzice cię tu przywieźli... kto to był? Porwali cię? - zapytała. Bojąc się o to, że znowu się rozpłaczę, tylko przytaknęłam. Usłyszałam też kolejne pytanie.
- Pamiętasz może ich wygląd?
Na to pokręciłam głową. Znałam tylko kilka nieprecyzyjnie określających ich cech wyglądu. Poza tym było wtedy ciemno. Pamiętałam tylko koreańskiego właściciela i jego rodzinę. O nich mogłam powiedzieć więcej... Nagle znowu poczułam jej delikatny dotyk na moich rękach. Na przedramieniu, od wewnętrznej strony, a potem i z zewnętrznej. Robiąc to czułam każdą bliznę lub resztkę rany, a nawet bywały niedawno zrobione rany. Różnego kształtu miałam obrażenia, między innymi otarcia, siniaki, zdarzyło się i oparzenie. Spośród tego wyodrębnić się dało całe przestrzenie pokryte bliznami, jak i świeżymi cięciami. Czasem jedne blizny i rany nakładały się na drugie.
- Spróbujmy jeszcze raz... Skąd ci się tyle tego wzięło? - popatrzyła uważnie na każdą. Przypadkiem dotknęła jednej z najświeższych, sprzed dnia, a to bolało. Pisnęłam wtedy. - Kto ci to zrobił?
- T-to... - już chciałam powiedzieć, ale zostałam uderzona mocno po policzku, krzyknęłam, a oczy zaczęły mi się znowu szklić.
- Nawet nie próbuj! - krzyknął na mnie. - Po prostu ci się należało! Powiedz jej to!
- A-ale... - popatrzyłam na niego. Skończyło się to drugim uderzeniem.
- RÓB CO CI KAŻĘ! - wydarł się. Byłam wtedy skulona i cicho powiedziałam:
- Ja... sobie...
Przy tym byłam przerażona, a głos mi drżał. Nie chciałam dostać jeszcze raz. Bolało to dużo bardziej niż jak inni to robili.
- Możesz po angielsku? Nie zrozumiałam... Wybacz, malutka.
Przez to, że musiałam mówić raz w jednym, raz w drugim języku, myliły mi się. Nie byłam pewna co mówię, czy czegoś nie przekręcam, czy nie przeplatałam ich ze sobą. Na pewno coś dodawałam z japońskiego. Ale on mówił po japońsku, był też ten, co mówił po koreańsku... A w rzeczywistości w użyciu był angielski i polski, z czego rozumiałam wyłącznie ten pierwszy. Ale spróbowałam jeszcze raz, słówko po słówku powiedzieć to samo po angielsku.
- Sama... to zrobiłam...



(CAMILLE?)

31 maja 2018

Od Camille cd. Miyashi

    Dziewczynka przytaknęła niepewnie. Kucnęłam przy niej i pomogłam jej wstać. Gdy podniosła główkę, zauważyłam, że spadając zrobiła sobie ranę na czole.  Nie wiem jak to się stało, ale jak widać jej się udało.
- Ajajaj - wciągnęłam powietrze ze świstem - zbierasz kłopoty, co słoneczko? - zapytałam z uśmiechem, po czym złapałam ją delikatnie pod pachami i wzięłam na ręce - Jesteś leciutka jak piórko - zauważyłam. - Zejdziemy na dół i zajmiemy się tobą, kochanie. - przytrzymałam ją bliżej siebie, gdy schodziłyśmy po schodach, a potem posadziłam na blacie w kuchni. Sięgnęłam do jednej z szuflad i wyjęłam z niej wacik, wodę utlenioną i plaster. Gdy polałam przezroczystą cieczą ranę dziewczynki, zasyczała cicho. Uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco.
- Wybacz, kochanie, ale muszę to odkazić. - po chwili starłam resztę płynu i nakleiłam małej na czoło plaster w sówki. - Wyglądasz uroczo - zachwyciłam się. Dziewczynka uśmiechnęła się, leciutko się rumieniąc, jakby spodziewała się ode mnie prędzej tego, że ją pobiję, niż komplementu. - Na pewno nie już zaśniesz? - upewniłam się.
- T-tak.
- A jedzenie?
- Nie... dziękuję. Przepraszam, że sprawiam ci tyle kłopotów.
- To naprawdę żaden problem - machnęłam ręką - nic się przecież stało. Ja też często wybrzydzam... albo nie mogę spać - wyznałam, mając nadzieję, że to jakoś zwiększy zaufanie małej do mnie. Spojrzała na mnie trochę zdziwiona, a ja puściłam jej oczko, po czy schowałam wodę utlenioną na miejsce, a wacik i opakowanie po plastrze wyrzuciłam. - W takim raaazie... - zaczęłam po chwili - Wiesz, że musimy porozmawiać. A jeśli nie chcesz póki co ani spać, ani jeść, to myślę, że to dobry moment. - Dziewczynka kiwnęła główką. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła ósma rano. - Ale nie można rozmawiać tak na sucho, prawda? Zrobię lemoniadę, co ty na to? - dziewczynka nie odpowiedziała, ale oczy jej zabłysnęły, więc zabrałam się do przygotowywania napoju. Po  chwili postawiłam dwie wysokie szklanki na stoliku w salonie, po czym zdjęłam Miyashi z blatu. Gdy usiadłyśmy na kanapie zapanowała cisza, którą zdecydowałam się przerwać:
- Proszę, kochanie, powiedz mi skąd się tu w ogóle wzięłaś, jak to się stało, że poznałyśmy się w takiej sytuacji, a nie innej - przerwałam na chwilę - Mamy dużo czasu, więc nie musisz się spieszyć, ale... W każdym razie... Wiem, że to może być dla ciebie trudne, ale jeśli mam zapewnić ci bezpieczeństwo, to chcę wiedzieć jak tu trafiłaś i co się z tobą działo, zanim się poznałyśmy. Proszę...
-...
(Miyu?)

30 maja 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Zostanie...? Chciałaby ze mną tu zostać...? Przed chwilą mało jej nie zniszczyłam dywanu, a ona, zamiast mnie ukarać, pomogła mi. Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Na jej pytanie nie mogłam odpowiedzieć. Wtedy Camille przybliżyła się i zaczęła mnie głaskać leciutko. Z każdym kolejnym dotknięciem czułam coraz mocniej, że ona nie chce źle dla mnie. Niepokój jednak pozostał... Pomimo tego, że była tak miła, bałam się, że zrobię coś, za co mnie znienawidzi. Albo że nagle i bez powodu zacznie coś robić mi... Chociaż też chciałam jej obecności. W przeciwieństwie do innych ludzi, jakich spotykałam, coś sprawiało, że odrobinkę chciałam, by została. I tak nie mogłabym jej odmówić.
- Dobrze... - szepnęłam, przecierając oczka z resztek łez.
Dziewczyna wtedy usiadła obok i głaskała mnie dalej. Naprawdę wydawała się być przyjazna. Nie mogłam uwierzyć w to, że naprawdę taka była. Nawet jeśli zaraz miałaby mnie ukarać za to co zrobiłam, i tak była bardziej przyjazna. W końcu aż zamknęłam oczy, ale nie spałam. Nie mogłam, jak już prawie spałam, nagle się budziłam, jakby ktoś mnie uderzył. Po kilku razach przestałam próbować i skuliłam się, patrząc na Camille. Dalej jednak czułam uderzenia. Odwróciłam się w kierunku, z którego to czułam i pisnęłam z przerażenia. To on... Był ze szkoły, z mojej klasy. To on najczęściej mnie krzywdził. Najczęściej w szkole, znaczy. Cofnęłam się, aż nagle spadłam z łóżka, uderzając się mocno w głowę. Wtedy już go nie widziałam.
- Wszystko dobrze, kruszynko? - spytała zrywając się z łóżka i podchodząc do mnie. Ja tylko przytaknęłam niepewnie. 
(CAMILLE?)

29 maja 2018

Od Camille cd. Miyashi

     Dziewczynka schowała się pod łóżko na mój widok. Widząc krew spływającą z jej ręki przestraszyłam się nieco i podeszłam bliżej łóżka.
- Miyashi - powiedziałam poważnie, ale i spokojnie. - wyjdź proszę spod łóżka… Chcę pomóc. Proszę, pozwól mi… pokaż się, kochanie. - po chwili ujrzałam wystające spod łóżka uszka, a potem i resztę dziewczynki. Trzymała się kurczowo za przedramię, jednak czerwona ciecz ciekła jej między palcami.
- Zabierz rękę - poprosiłam. Powoli odsunęła dłoń. Ułożyłam swoją na ranie, nie zważając na to, że krew zabrudzi także i mnie. - Spokojnie - powiedziałam, patrząc w przerażone oczy dziewczynki - Nic ci nie zrobię… - moje tęczówki zmieniły kolor na złoty, a pod palcami czułam, że krew małej przestaje płynąć. Dopiero, gdy byłam pewna, że rana jest zasklepiona, zabrałam rękę. - Już wszystko dobrze - powiedziałam, patrząc w wielkie jak spodki oczy Miyu… Dopiero wtedy dziewczynka jakby ocknęła się z letargu.
- Zabrudziłam ci dywan! Tak bardzo przepraszam!!! - wykrzyknęła, po czym zalała się łzami. No cóż… to nie była reakcja, której się spodziewałam, ale trudno. Powoli pochyliłam się nad dziewczynką, po czym ją przytuliłam, równocześnie głaszcząc ją po głowie.
- Już ciiiii - uspokajałam ją - Nic się nie stało… spokojnie, kochanie, nie płacz już. - siedziałyśmy tak w siebie wtulone ładnych kilka minut, gdy w końcu przestała płakać. - Zrobimy inaczej - powiedziałam wtedy. - poczekaj na mnie jedną sekundę - nie chciałam jej zostawiać samej, jednak było to konieczne. Szybko pobiegłam na dół, by przynieść rzeczy do sprzątania. Wzięłam je na górę i zaczęłam zmywać krew, dopóki jeszcze nie zakrzepła. Miyashi chciała mi pomóc, jednak zaproponowałam jej, by zamiast tego poszła do garderoby i wzięła sobie coś na przebranie. Widziałam jej sylwetkę przez otwarte drzwi, a nie chciałam, by robiła cokolwiek w zakrwawionym ubraniu. Gdy się już przebrała, poprosiłam, by wsadziła brudne rzeczy do kosza na pranie. W tym czasie udało mi się wyczyścić resztę krwi. Szybko pozbyłam się sprzętu do sprzątania. Wtedy wróciłam szybko do sypialni. Miyashi siedziała na łóżku, więc przysiadłam się na jego krańcu.
- Zrobimy inaczej… chcę, żebyś choć trochę się przespała, a nie chcę zostawiać samej, więc zostanę tu z Tobą, dobrze? - spytałam, przykrywając ją kołdrą.
-...
(Miyashi?)

28 maja 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Weszłam bardzo niepewnie pod kołdrę. Dziewczyny już nie było ze mną, co budziło we mnie niepokój. Całkiem sama, w cudzym łóżku, w nieznanym miejscu. Nie chodzi tu tylko o dom, który pierwszy raz widziałam na oczy. Chodzi mi o miasto, kraj gdzie przebywam. Nie byłam ani w Korei, ani tym bardziej w Japonii. Słyszałam o Polsce, ale bardzo mało, by o niej coś wiedzieć. Znałam tylko jej przybliżone położenie na mapie, nic poza tym. Może jeszcze to, że stolicą jest Warszawa...? Nie przekręciłam czasem tej nazwy? Czy tu byłam właśnie? Ale nie, przecież ta miejscowość leży na samym lądzie, jedynie rzeka jest w pobliżu, a nie całe morze. A tu, wyglądało to jak wyspa. Lotnisko na wyspie otoczonej zewsząd wodą, w oddali samotna góra... Nie poznawałam tego miejsca z mapy... Nie mogłam sobie skojarzyć czy gdzieś tak było. Mogłam być wszędzie, ale o tym, gdzie byłam, nie wiedziałam.
Spróbowałam zasnąć, przymknąć oczy choć na momencik. Nie mogłam, bo słyszałam przerażający mnie dźwięk silnika samolotu. Ciemności były wystarczające, bym się poczuła jak we wnętrzu tego samego kontenera lotniczego, w którym spędziłam bardzo długi czas.
Nagle zaczęłam słyszeć do tego coś innego. Jakbym była z powrotem w szkole.
- A ty tu czego, pchlarzu mały? - powiedział do mnie jeden ze starszych. - Tu nie ma na ciebie miejsca! Idź do lasu, może tam cię zechcą!
- Ale dlaczego tak mówisz...? - spytałam go cicho. Wokół mnie było więcej osób i nade mną stali.
- Bo tutaj nie pasujesz! - odpowiedział i zaczął mnie kopać, z nim zaczęli i pozostali. W ciągu kilku chwil poczułam ból, przeszywający całe moje ciało, tak mocny, że pisnęłam.
- Zostawcie mnie! To boli! Proszę! - krzyczałam nie mogąc się obronić ani nawet wstać czy po prostu się odsunąć by uciec. Po prostu próbowałam stamtąd uciec, bez skutku. Kiedy odeszli, nerwowo się rozejrzałam i się okazało, że byłam na podłodze.
- Co, boli? - spytał ten sam oprawca. - Może jeszcze chcesz?
- Nie, zostaw mnie już! - krzyknęłam.
- Co, tak szybko? A jakoś jak sama zadajesz sobie ból to ci nie przeszkadza... Dziwną jesteś masochistką.
Pociągnęłam noskiem będąc blisko płaczu. Przy tym wbiłam swoje paznokcie w jedne z najświeższych kresek na nadgarstku i mocno szarpnęłam, co spowodowało, że rany się połączyły i otworzyły. Krew leniwie spływała z zadrapania, powoli pokrywając moją rękę. Chciałam poprawić to, by się intensywniej wykrwawić, ale wtedy ujrzałam w drzwiach Camille. Schowałam się szybko pod łóżko ze strachu, że mnie bardzo mocno pobije, jak oni ze szkoły.
(Camille?)

Od Camille cd. Miyashi

    Spojrzałam na nią zdziwiona.
- Jak to “nie wolno”? - spytałam zdziwiona. - wyglądasz na głodną…
- Nie… nie mogę. - westchnęłam.
- W takim razie może położysz się spać, jeśli nie jesteś głodna teraz, i zjesz jak już się wyśpisz, dobrze?
- D-dobrze - wstała od stołu. Zaprowadziłam ją schodami na górę i wpuściłam do mojej sypialni. Ja nie byłam już śpiąca, a dla małej będzie lepiej, gdy wyśpi się na wygodnym łóżku zamiast na kanapie.
- Poczekaj chwilę - rzuciłam, po czym zniknęłam w garderobie, by po chwili wyjąć z niej koszulkę i dresowe szorty. - Będą na ciebie za duże, ale musisz w czymś chodzić, dopóki nie kupimy ci czegoś. Twoje rzeczy wezmę do prania, dobrze kochanie? - skinęła głową. Uśmiechnęłam się do niej. Zaprowadziłam brunetkę do łazienki i pokazałam umiejscowienie wszystkim potrzebnych rzeczy.
- Poczekam na ciebie w pokoju… mów jeśli będziesz potrzebowała pomocy.
- Dobrze. - wyszłam z łazienki i zamknęłam za sobą drzwi, po czym wróciłam do swojej sypialni. Przygotowałam jej nową pościel, a swoją zaniosłam na dół na kanapę. Czułam, że w ciągu kilku najbliższych dni to właśnie kanapa będzie moim miejscem wąypliwego odpoczynku. Wróciłam na górę i usiadłam na łóżku w oczekiwaniu na Miyashi. Po chwili weszła do pokoju. Miałana sobie moje ubrania, które ewidentnie były na nią dużo za duże. W dłoniach trzymała swoje stare ubrania. Wzięłam je od niej, po czym wrzuciłam je do kosza na pranie. W tym czasie dziewczynka wgramoliła się pod kołdrę. Przykryłam ją szczelniej.
- Wyśpij się, kochanie - powiedziałam. - będę na dole. Dobranoc - uśmiechnęłam się do niej, po czym pogłaskałam ją po głowie i wstałam, by wyjść z pokoju...
(Miyashi?)

27 maja 2018

Od Miyashi C.D. Camille

    Była wobec mnie bardzo miła, szczególnie w porównaniu do innych, którzy ze mną się kontaktowali. Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, takim było to dla mnie zaskoczeniem. W ogóle bałam się odezwać, żeby nie była na mnie zła.
- M-mogłabym...? - zapytałam, ale bardzo cicho i ostrożnie. Niby nie zaszkodziłoby, ale się bałam. Może ona nie chciała, a zapytała, by mieć powód do ukarania mnie...?
- Jasne, promyczku, to tylko zjedz spokojnie i pójdziemy.
- Nie ruszaj tych kanapek, gruba jesteś - znowu on powiedział. - Nie należą ci się. Tyle osób głoduje, a ty się będziesz obżerać. 
Odwróciłam się przerażona jego głosem. Nie mogłam go zauważyć, ale z pewnością był w pobliżu. Kiedy go zobaczyłam, chciałam uciec, aż się przewróciłam z krzesłem do tyłu, mocno się uderzając.
- Miyashi, co się stało? - Camille spytała przestraszona i pomogła mi wstać. Calutka drżałam, mając łzy w oczach. Ona mnie trzymała i wtuliła mnie w siebie. - Przestraszyłaś się czegoś...?
Nie mogąc odpowiedzieć, tylko przytaknęłam. Chociaż dalej się bałam. Coraz bardziej... Odwróciłam się, a on już zniknął. Nie wiedziałam jak on to robił, ale on zawsze był przerażający. Jednak miał rację... za dużo jadłam... Nie mogłam ich tknąć.
- To może... wróćmy do stołu... - powiedziała dziewczyna.
- N-nie... nie chcę jeść...
- Ale dlaczego? - spytała zaskoczona.
- Nie wolno mi...

(Camille?)

Od Camille cd. Miyashi

    Czułam jak trzymana przeze mnie ręka dziewczynki lekko drży. Szłyśmy w ciszy, aż postanowiłam ją przerwać:
- Jak masz na imię? - spytałam po angielsku, cały czas pilnując tonu, którego używałam. Dziewczynka przez chwilę nie reagowała, więc zaczęłam się o nią martwić, jednak po chwili usłyszałam cichutką odpowiedź:
- Miyashi… Miyashi Kamitsuruyoshi. - miała cieniutki, ale dość miły dla ucha głosik… Kiedy na nią patrzyłam, doszłam do wniosku, że nie mogłaby mieć więcej niż dziesięciu lat… chociaż… ciężko powiedzieć jak było naprawdę.
- Ślicznie - uśmiechnęłam się do niej ciepło - pasuje do ciebie. Ja jestem Camille. - zamilkłam na chwilę po czym dodałam - Ale możesz mówić na mnie jak tylko chcesz. Poza tym, za chwilę dojdziemy do mnie do domu. - skręciłyśmy w ulicę, na której był mój dom. Niestety nie było to takie proste, jak na początku myślałam. Po chwili zobaczyłyśmy zbliżający się do nas patrol SJEW-u.
- Trzymaj się mnie - powiedziałam cicho do dziewczynki, wciąż trzymając ją za rękę. Podjechał do nas radiowóz. Kierowca opuścił przednią szybę ze strony pasażera.
- A co to za spacerki podczas godziny policyjnej? - zapytał, unosząc brew. Po raz drugi tej nocy musiałam swojej zdolności.
- Już wracamy. Właściwie nic się nie dzieje. Nic pan nie widział, nikogo pan nie spotkał.
- Nikogo?
- Nikogo, nic. Zupełnie nic się nie wydarzyło, proszę mi wierzyć.
- Hm… ma pani rację. Do widzenia.
- Do widzenia. - zasunął szybę i odjechał. Odetchnęłam głęboko, ale gdy spojrzałam na dziewczynkę, uśmiechnęłam się kojąco.
- Już niedaleko - powiedziałam. - Będzie dobrze - Ruszyłyśmy dalej. Po krótkiej chwili wpuszczałam małą do swojego miejsca zamieszkania. Szła niepewnie i była ostrożna. Czułam, że wciąż się mnie boi. Nie miałam jej tego za złe, zwłaszcza po tym, co jej się przydarzyło, jednak nie chciałam, by źle się u mnie czuła. Gdy zamykałam drzwi, odruchowo wyjrzałam przez szybę w ich górnej części. Lampy właśnie gasły, słońce wschodziło, ulica była spokojna jak zwykle.
- Jesteś głodna? - spytałam Miyashi - Jest dobra pora na śniadanie. - kiwnęła główką - Mogą być zwykłe kanapki? - znów kiwnięcie - Nie jesteś zbyt rozmowna, co? - kiwnięcie. Uśmiechnęłam się i wzięłam się do roboty. Po chwili postawiłam przed nią talerz pełen kanapek. Dla siebie zrobiłam tylko kawę w sporym kubku i usiadłam naprzeciwko swojego gościa.
- Witam cię w moim domu… czuj się tu jak u siebie. Naprawdę nie zamierzam Cię skrzywdzić i mam nadzieję, że po jakimś czasie mi uwierzysz… jesteś śpiąca?
- T-troszkę…
- W takim razie położymy cię spać i dopiero jak się wyśpisz porozmawiamy na poważnie, dobrze? A może przed snem chcesz też się umyć?
-...
(Miyashi?)

Od Miyashi C.D. Camille

    Dziewczyna mówiła spokojniej niż wtedy, jak go skrzyczała i przegoniła. Pomimo tego się jej dalej bałam. Lekko przybliżyła rękę do mojej głowy i zaczęła delikatnie głaskać. Patrzyłam na nią dosyć zaskoczona, zwykle, jak ktoś tak unosił rękę, chciał mnie uderzyć. Poczułam też bardzo przyjemne drapanie za uszkiem. Chociaż się okropnie bałam, nie uciekałam. Potem do mnie coś powiedziała, ale nie mogłam tego zrozumieć. To chyba było po polsku, którego nie rozumiałam. Ale było to mówione spokojnym głosem, chyba się nie denerwowała na mnie... Chyba... Po chwili mnie ostrożnie podniosła i o coś zapytała. Nie słysząc odpowiedzi spytała jeszcze raz, ale tym razem po angielsku, co byłam w stanie już to zrozumieć.
- Gdzie są twoi rodzice, malutka?
Już otworzyłam usta by odpowiedzieć, ale nie mogłam z siebie wydobyć ani jednej sylaby, czy choćby dźwięku. Tylko poczułam, jak oczy zapełniają mi się łzami. Rodzice... ja ich... ledwo pamiętałam... Byli wspaniali, tylko tyle... I widziałam, jak leżeli, gdy... gdy oni... gdy oni mnie stamtąd zabrali...
- No już... nie płacz... - wtedy powiedziała. Lekko głaskała mnie dalej, ale nie działało to.
- Przynajmniej mają teraz od ciebie spokój... Nie zasłużyłaś na nich, byli dla ciebie zbyt wspaniali - powiedział to znowu. Dlaczego on zawsze chodził za mną? Nie mógł mi dać spokoju? I co zrobiłam moim rodzicom? Chciałam go zapytać, ale nie mogłam się w ogóle odezwać. Ani do niej, ani do niego – wcale.
- Lepiej chodźmy stąd... - powiedziała i wzięła mnie za rękę, dokądś prowadząc. Każdy krok stawiałam niepewnie i ostrożnie, dalej drżałam. Dopiero po chwili dowiedziałam się dokąd - do jej domu. Bałam się tamtego miejsca powoli coraz bardziej… Czy ona też mnie będzie bić, a jest miła bym nie stawiała oporu? Chociaż nie opierałam się, mając jeszcze iskierkę nadziei, że będzie choć odrobinę lepsza niż poprzedni moi właściciele.

(Camille?)

25 maja 2018

Od Camille cd. Miyashi

      Byłam wściekła. Naprawdę wściekła. Nawet po ciężkim dniu pracy nie miałam szansy się wyspać. Nieeee, poooo cooo. Mój umysł po prostu stwierdził "Hej, a może znowu obudzimy ją o czwartej nad ranem nasyłając jej chore koszmary? Tak! To jest to!" Wiedziałam, że już nie zasnę, więc ubrałam się w dżinsy i luźny t-shirt, na wierzch narzuciłam bluzę, wzięłam mój pistolet i scyzoryk (nikt nie wie co się może zdarzyć) i wyszłam ze swojego domu. Chodziłam tak przez dość długi czas, aż skierowałam swe kroki do parku, który znajdował się niedaleko.  Usiadłam na ławce, przymknęłam oczy i rozkoszowałam się ciszą. Została jednak ona dość szybko przerwana przez cichy krzyk. Brzmiał jak krzyk przerażonego dziecka, więc zerwałam się z ławki i ruszyłam w stronę, z której dobiegał. Wkrótce ujrzałam obraz doprawdy... obrzydliwy. Niska brunetka z czymś co wyglądało jak uszy i ogonek była właśnie obmacywana przez jakiegoś... pedofila. Udało jej się wyrwać, jednak przebiegła tylko kilka kroków w moją stronę, bo potknęła się i przewróciła. Gdy zobaczyłam straszny uśmiech na twarzy tego mężczyzny podeszłam jeszcze kilka kroków, wyjmując broń i odbezpieczając ją. Stanęłam przed wciąż leżącą na ziemi dziewczynką, wciąż trzymając prawie gwałciciela na muszce.
- Ani kroku dalej - rzuciłam zimno. - Bo cię zabiję. - Mężczyzna zatrzymał się i spojrzał na mnie tak, że aż ciarki przeszły mi po plecach. Jednak nie zamierzałam zostawić tu tego dziecka na pastwę jakiegoś degenerata, dlatego nie opuściłam broni ani o milimetr.
- Może zrobimy tak. Ty zajmiesz się swoimi sprawami ja swoimi i wszyscy zadowoleni?
- Ona nie jest twoją sprawą. To nie przedmiot, który może być czyjąś własnością.
- To moja córka. - zmarszczyłam brwi i niemalże warknęłam.
- Kłamiesz. Lepiej stąd odejdź, zanim cię przestrzelę na wylot - zagroziłam. Napastnik nie wyglądał na przekonanego, więc postanowiłam użyć siły perswazji. - Odejdź - powtórzyłam - I nigdy. Nigdy. Więcej. Nie. Próbuj. Tknąć. Jakiegokolwiek. Dziecka. Bo. Cię. Kur... - zaczęłam, ale nie skończyłam ze względu na kulącą się tuż przede mną nieletnią - Zabiję. Zabiję. Jak. Psa. Idź. Sobie. Do. Cholery. Zanim. Stracę. Cierpliwość - mężczyzna widocznie bardziej już przekonany odwrócił się na pięcie i odszedł dość szybkim krokiem. Dopiero, gdy zniknął mi z oczu, odetchnęłam z ulgą i schowałam broń. Kucnęłam nad dziewczynką i powiedziałam możliwie najbardziej kojącym i spokojnym głosem jaki byłam w stanie z siebie wydobyć w tej sytuacji:
- Hej... Spokojnie, kochanie. Już po wszystkim. Nic ci się nie stanie. Zaopiekuję się tobą - zadeklarowałam, po czym zamilkłam na chwilę sama będąc zdziwiona swoją propozycją - Możesz wstać sama czy ci pomóc? Tak w ogóle, to jak masz na imię? - wyciągnęłam powoli rękę w jej stronę do uściśnięcia, czekając na reakcję z jej strony. Nie chciałam jej przestraszyć. I tak wiele już zapewne przeszła. Po chwili podniosła na mnie wzrok i spojrzała na moją dłoń.
(Miyashi?)

18 maja 2018

Od Miyashi

    Byłam bardzo mocno związana. Do tego stopnia, że sznury się wrzynały w moją skórę. Było ciemno, zimno i słychać było jednostajny szum. Ciemno? Mało tego, nie było nic widać. Chciałam choćby się ruszyć, ale nie mogłam. Byłam w bardzo ciasnym miejscu i nie mogłam się poruszyć.
- Tam siedzisz… - powiedział znajomy mi głos. Towarzyszył mi od bardzo dawna, nie wiem od kiedy. – Kto w ogóle na istnienie takiego czegoś pozwolił!
Nie mogłam odpowiedzieć. Na ustach miałam coś, co nie pozwalało mi ich otworzyć.
- Co, mowę ci odebrało, tak? Może ryczeć też wreszcie przestaniesz! Może wtedy byś chociaż trochę przestała być uciążliwa dla wszystkich!
Wtedy usłyszałam bardzo głośne uderzenie o coś. Takie, że sama zadrżałam. W oczach miałam łzy, bałam się tego, co ze mną zrobią. Nie wiedziałam nawet gdzie mnie trzymali, w jakim celu, jak bardzo będzie bolało...
Jeszcze przez długi czas go słyszałam. Chodził za mną od bardzo dawna ani myśląc o daniu spokoju. Czasem przychodzili jego koledzy, wtedy było jeszcze gorzej. Dzisiaj nie zapowiadało się by oni też byli, choć mogłam się mylić. Przychodzili czasem nawet wtedy, kiedy się nie spodziewałam.
Przestał dopiero jak czułam mocne uderzenie, kiedy podskoczyłam. Ale nie było to takie, jak on robił. Do tego doszło kilka innych dźwięków, które znałam, ale nie pamiętałam skąd. Kojarzyły mi się ze świstem powietrza. Wszystkie te dźwięki w miarę ucichły po kolejnej chwili. Nie wiedziałam co się dzieje, nerwowo obracałam głową raz w prawo, a raz w lewo, cała drżałam. Nie chciałam znowu być w takim miejscu.
- CO MNIE TO OBCHODZI ŻE NIE CHCESZ?! SAMA SOBIE ZASŁUŻYŁAŚ NA TAKIE TRAKTOWANIE! – znowu ten sam głos. Ale skąd wiedział o tym, co myślę? Ja tego nie mówiłam!
Nagle wszystko zaczęło drżeć i było słychać jakieś rozmowy. Nie wsłuchiwałam się w nie specjalnie, poza tym drgania metalowego czegoś, prawdopodobnie ścian miejsca, w którym byłam, nie pozwalały mi na usłyszenie wszystkiego. Było słychać też kilka samochodów, czy przynajmniej silników samochodowych. Albo podobnych? Nie wiedziałam, nie byłam w stanie ich ujrzeć. Nadal było ciemno, ale robiło się cieplej, a powoli wręcz gorąco. Kilka mocniejszych uderzeń i poczułam, jak nagle się poruszam, uderzyłam głową o ściany tej skrzyni czy czegoś, gdzie byłam. Na pewno było z metalu, który zaczynał parzyć. Cicho piszczałam, ponieważ to bolało. Minęło jeszcze trochę czasu i ponownie coś uderzyło o ten pojemnik. A nagle góra i bok tego pojemnika się otworzyły, oślepiło mnie światło wydobywające się stamtąd. Zacisnęłam powieki z całej siły, ponieważ nie mogłam zasłonić oczu rękoma.
Jeden z nich o coś spytał. Dopiero byłam w stanie ujrzeć sylwetki ludzi, chyba w tej chwili trzech. Rozejrzałam się, zaczęłam mocno drżeć. Wtedy inny wydarł się na niego jakby się zdenerwował. Następnie przez chwilę rozmawiali i mnie podnieśli, a trzeci tylko się przyglądał. Potem poszedł otworzyć kolejny kontener i wyładowywał bagaże jak gdyby nigdy nic. Mówili w nieznanym mi języku, nie brzmiało to ani trochę znajomo. Może trochę jak... rosyjski? Nie wiem...
- Ja też nie wiem czemu jej nie zabili… Ona się do niczego nie nadaje! – ktoś powiedział. Wtedy się nerwowo rozejrzałam szukając kogoś, kto to powiedział. Ujrzałam ich obu… Ale nigdy nie potrafiłam zapamiętać jak im na imię. Przeraził mnie ich widok.
- No idźże! – popchnął mnie mężczyzna, który mnie trzymał. Drugi wrócił do trzeciego rozładować resztę kontenerów, ale część z nich była pusta lub załadowana w części. Otworzył drzwi i znalazłam się w kolejnym, małym pomieszczeniu. Mężczyzna podniósł słuchawkę wiszącego na ścianie telefonu, wybrał numer i po krótkiej rozmowie odwiesił słuchawkę. Ściany pomieszczenia były białe, po obydwu stronach były drzwi. Oświetlone było przez lampy jarzeniowe u sufitu. Znajdowało się tu jedynie krzesło, nic więcej. Jeszcze telefon, ale poza tym naprawdę nic więcej.
- Macie ją, tak? – drzwi otworzyły się dość gwałtownie i takie padło pytanie od razu po ich otwarciu. Był tam wysoki chłopak, wyglądał na silnego. Miał też lekki zarost, ubrany był w garnitur.
- Jasne… Cała, nic jej nie jest. Poza tym… - odwrócił mnie i dotknął mojej ręki w miejscu, gdzie miałam kilka kresek.
- No dobra… - cicho mruknął. – Niech ci będzie. Zabieram ją.
Wtedy ten młodszy mną szarpnął i zaczął ciągnąć. Ledwo mogłam iść ze względu na sznury. Ostatecznie doszłam do kolejnych drzwi, gdzie wyszłam na zewnątrz. Wyszłam? Zostałam zaciągnięta… Następnie wrzucona do niewielkiego samochodu dostawczego. Potem samochód ruszył gwałtownie.
***
- To ona… Właśnie przyleciała. – powiedział ten sam chłopak, który mnie tu przywiózł. Był z nim kolejny, też w garniturze.
- A sprawdzi się? Co umie? – ten drugi powiedział.
- Sprzątać, gotować, prać… Wszystko.
- Doskonale… A mówi po polsku? - uśmiechnął się szeroko.
- Tego nie wiem... Zapytaj jej może...
Ten, co mnie przywiózł, zdjął mi knebel, znaczy się kawałek tkaniny przechodzący przez moje usta tak, bym nie mogła mówić. Ten drugi się o coś zapytał, ale go nie rozumiałam. Więc to był język polski...? Nie znałam takiego. Słyszałam o jego istnieniu, ale nie znałam ani słowa w tym języku. Nieznajomy zapytał jeszcze raz o coś, podwyższonym głosem.
- Skoro tak, to nie mówi. Trudno, nauczy się ją... - powiedział po próbie. Następnie odeszli.
- Ciekawe ile za ciebie zapłaci, bo ja nie dałbym ani grosza... - znowu on. Nagle poczułam mocne uderzenie w policzek, aż pisnęłam.
- No, chodź tu... - podniósł mnie nieznajomy. Zabrał mnie ze sobą do samochodu, ale ten był osobowy. Wyglądał na jeden z bardziej luksusowych. Posadził mnie na tylnym siedzeniu i ruszyliśmy znowu. Pojechaliśmy do jego domu. Jednak nie wyglądał na taki, gdzie wszystko jest ze złota. Raczej skromny, choć duży.
- No chodź, na co się patrzysz... - powiedział wyciągając mnie z samochodu. Tak zaciągnął mnie do środka. Tam oczywiście też było podobnie, chociaż było więcej zdobień. Meble były w miarę nowoczesne. Nie było też zdjęć przywódców Korei. Czyli... gdzie jestem?
- No ruszaj się! - znowu mnie popchnął. - Dzisiaj masz dużo pracy...
Nie miałam wyjścia. Musiałam iść tam, gdzie mi kazał. Wprowadził mnie do jakiegoś małego, pustego pokoju. Jedyne źródło światła tam to okno. Malutkie, bez klamki czy innego przyrządu pozwalającego na jego zamknięcie czy otwarcie. Ściany mimo tego wyglądały na białe. Właściciel mnie rozwiązał, po czym założył smycz i obrożę. Za nie pociągnął mnie dalej, do sypialni. Najpewniej jego sypialni, która wymagała posprzątania. Wtedy odpiął mi obrożę.
- Za godzinę tu wrócę. Ma być posprzątane. Zrozumiałaś? - powiedział. - Bo pożałujesz...
I zatrzasnął drzwi wychodząc. Nie miałam wyjścia... Zaczęłam sprzątać. Porozrzucane ubrania, niepościelone łóżko, trochę kurzu na półkach...
- I tak się nie wyrobisz... - prychnął ten sam człowiek. Nie wiedziałam skąd on się pojawia, ale zawsze mi towarzyszył. Czego chciał?
- Dlaczego mnie nie zostawisz...? - spytałam.
- Beze mnie byś sobie nie poradziła, dziewczynko. - odpowiedział. - Ciesz się, że się lituję nad tobą. Takie bezwartościowe istoty powinny zdychać.
- Nieprawda! - krzyknęłam, w oczach mając łzy. - To ty mi przeszkadzasz!
- Uważaj do kogo to mówisz... Lepiej ze mną nie zadzieraj...
Drzwi nagle się otworzyły.
- Nie drzyj się tak! - podszedł mężczyzna i mnie podniósł za obrożę. Lekko się dusiłam. - Nie dość, że nie zaczęłaś, to jeszcze mi przeszkadzasz tym krzyczeniem! Co ty sobie wyobrażasz, co?!
Rzucił mnie na podłogę. Lekko się skuliłam z bólu, miałam coraz więcej łez w oczach.
- Jeszcze się rozryczy... - kontynuował, wtedy mnie kopnął. Trafił w brzuch, co bardzo bolało.
Po chwili wyszedł. Nie mogłam wstać, tak mnie to bolało. Ale musiałam to zrobić... Zaczęłam od zbierania brudnych ubrań. Dość spory stosik ułożyłam w jednym miejscu. Następnie zaścieliłam łóżko, co akurat było najprostsze pomimo bólu. Jednak potrzebowałam jeszcze kilku rzeczy by móc sprzątać dalej. Pewnie były w łazience, ale gdzie ona się znajdowała? Wyszłam na chwilę stamtąd by jej poszukać. Nie mogłam jej znaleźć, a nie chciałam też zaglądać do wszystkich pomieszczeń. Nie dowiedziałam się gdzie to pomieszczenie jest.
Niecała godzina minęła. On tu wszedł, po czym mnie bardzo mocno uderzył. Kilka razy… Aż moje oczy zaczęły łzawić. Cicho piszczałam, a i tak próbowałam się powstrzymać. Skuliłam się na podłodze nie chcąc dostać mocniej. Do tego mnie mocno kopał. Kazał mi wyjść do tamtego małego i ciemnego pokoju. Zamknął mnie w nim na klucz, choć nie związywał mnie już.
Minęła ta noc, kolejny dzień, jeszcze kilka nocy i dni. Kolejne siniaki i rany się licznie pojawiały, po każdym dniu. Kolejne zadania, których nie mogłam wykonać, czyli kolejne rany się pojawiały. Już ledwo się trzymałam. Za każdą zrobioną na swojej ręce czy nodze kreskę też byłam ukarana. A jeszcze tamten chłopak, który był tam… jego koledzy, koleżanka… Zawsze mnie w nocy okropnie męczyli, w dzień też. Po kilku takich dniach, wcześnie rano, drzwi do tego ciasnego pokoju otworzyły się bardzo gwałtownie.
- Wstawaj! – wydarł się. Szarpnął mnie mocno za obrożę, którą mi nałożył na początku. Już byłam niemalże w pełni obudzona. Szarpał mnie tak, że nie nadążałam iść. Kilka razy upadałam przecierając sobie kolana na wykładzinie, która gdzieniegdzie była. Potem na chodniku przed domem, z którego mnie wyciągnął.
- Od początku do niczego się nie nadawałaś! – jeszcze krzyknął, po czym dosłownie mnie wykopał na ulicę. Wypchnął, wykopał… Akurat w tej chwili nic nie jechało, a słońce dopiero się podnosiło. Byłam tam tylko ja. Kiedy on wszedł z powrotem do domu, ja leżałam na chodniku płacząc.
- Miał rację... – znowu on. – Czego znowu ryczysz? Jeszcze się nie oswoiłaś z tym, że jesteś bezwartościowa?
- P-przecież... wiem... - płakałam.
- I trzeba pomagać ci byś ze sobą skończyła wreszcie... Wiesz, mam cię dosyć.
- To mnie zostaw! - krzyknęłam unosząc głowę lekko. - Daj mi wreszcie spokój!
- Ty chyba żartujesz, dziewczynko. Jeszcze zrobisz coś głupiego... Myślisz, że ciebie dopiero poznałem?
- Nikt ci nie kazał!
Wtedy mnie kopnął.
- Ale będę to robić! Ktoś musi pilnować takich małych idiotek jak ty! Przez ciebie ten świat jest gorszy!
- To mnie zabij skoro tak! Czemu tego wcześniej nie zrobiłeś?! Tyle czasu chodzisz za mną, a nic nie zrobiłeś w tym kierunku!
- A pomyślałaś, ty niedorozwinięty podczłowieku, kto posprząta? Ja to mam robić?
Po jakimś czasie poczułam jak ktoś mnie podnosi, zatykając usta.
Coś szepnął. Nie mówił nic więcej, tylko zabrał mnie gdzieś cały czas zakrywając mi usta. Zakrył mi też oczy i zaprowadził dokądś. Jak już mnie puścił, byłam w niewielkim zaułku. Rozejrzałam się nerwowo, a on zbliżał się, z niepokojącym mnie uśmieszkiem.
Dalej mówił, dosyć spokojnie i cicho mruczał przy tym. Nie mogłam cofać się dalej, była tam tylko ściana budynku. On mnie lekko docisnął do niej jedną ręką, a drugą dotykał mojej szyi. – Może i jesteś poraniona, ale i tak mi się podobasz.
- N-nie, ja nie chcę! Zostaw! – pisnęłam przerażona.
- Jasne... Nie chcesz się do tego przyznać, co? – powiedział. – Pierwszy raz spotykam kogoś z zagranicy jak ty…
- ZOSTAW! - krzyknęłam, a wtedy on mi zasłonił usta. Lekko drżałam, a w chwili, gdy mnie dotykał w dość dziwny sposób, wyrwałam się mocno, wtedy akurat skutecznie. Uciekłam przed siebie jak najdalej, bardzo szybko biegłam. W pewnym momencie się potknęłam, upadając na ziemię, jeszcze przejechałam trochę po chodniku. Niemal natychmiast się podniosłam, by biec dalej, szukając kryjówki. On mnie jeszcze chwilę gonił, ale odpuścił po kilkunastu metrach, coś mamrocząc pod nosem. Ledwo słyszałam, brzmiało to dla mnie jak bezsensowny bełkot. Poza tym słabo to słyszałam, był daleko. Po jakimś czasie doszłam do jakiegoś spokojniejszego miejsca, którym był park. Drzewa, ławki… Nawet ludzie się tu nie znajdowali. Jedno z drzew iglastych miało tak gęsto pokryte igłami gałęzie oraz tak długie, że sięgały do ziemi. Weszłam pod nie, ciemności dały mi chwilę spokoju. Miałam nadzieję, że nikt mnie tu nie znajdzie.
Wtedy on wrócił. Nagle się pojawił, znowu chciał mnie dotykać. Pisnęłam i zaczęłam ponownie uciekać. Przewróciłam się w pewnym momencie ponownie, a widziałam przed sobą nogi. Czyjeś nogi. Chciałam uciec od razu, ale nie miałam sił wstać. Wszystko mnie bolało po upadkach, kreskach i karach. Jak już wiedziałam, że się nie podniosę, zacisnęłam z całej siły powieki. Może ten ktoś mnie dobije...? Ale nie chciałam patrzeć jak się do tego szykuje. Bałam się... Tak bardzo się bałam... Czy to będzie bolało, tak jak wcześniej? A jeśli mocniej...? Chciałam by nie bolało wcale… Ale jeśli ma boleć teraz mocno, a potem wcale… Też by mi odpowiadało, byle krótko. Nie chciałam więcej bólu, tylko chciałam ze sobą skończyć. Czekałam na koniec, ale żyłam dalej. A może już nie? Czy jest możliwe, że to przychodzi bezboleśnie? Otworzyłam oczy by to sprawdzić. Byłam dalej w tym samym miejscu. Ten ktoś, przy kogo nogach leżałam, dalej był w tym samym miejscu i na mnie patrzył. Chciałam znowu się zerwać do ucieczki, ale byłam wciąż za słaba. 
(Ktoś?)