Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zadanie Specjalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zadanie Specjalne. Pokaż wszystkie posty

17 czerwca 2019

Zadanie Specjalne - James von Alwas

 Dla Jamesa cała miniona doba nie była najłatwiejsza i z pewnością nie należała do ulubionych (oczywiście, jeśli tylko były jakiekolwiek, które lubił). Zaczęła się dyżurem nocnym w jednym ze szpitali, później nastąpiło kolejne szkolenie Veeli, któremu chcąc nie chcąc musiał poświęcać czas. Mimo tego, że widział postępy w jej tresurze, nie stanowiło to najprostszego zadania, jakie kiedykolwiek wykonywał. Jedząc powoli wafle kukurydziane z guacamole ruszył w kierunku wyjścia z bazy szkoleniowej Code:W, gdy zatrzymał go jeden z pomniejszych pracowników:
— Panie Von Alwas! — rzucił do niego, uśmiechając się przesadnie. James zaczął się zastanawiać, czy tak wesoła mimika nie jest przypadkiem niezdrowa na dłuższą metę, jednak nic nie powiedział, a jego mimika, poza minimalnym uniesieniem brwi, niemal się nie zmieniła. — Pan Jung Eun Byung prosił, bym przekazał panu list. Mówił, że to coś niezwykle ważnego — wydawał się nieprzyzwoicie wręcz zainteresowany całą sprawą. Von Alwas skinął głową w ramach podziękowania i wyciągnął z zaciśniętych palców posłańca, po czym ignorując presję, którą ten próbował w nim wywołać po prostu odwrócił się na pięcie i wyszedł z bazy. Na zewnątrz wiał chłodny wiatr, wprawiając w ruch jego nieco zmaltretowane już po całym dniu włosy i wdzierając się zimnym podmuchem pod elegancką marynarkę. Mężczyzna nic sobie jednak z tego nie robił i po krótkim spacerze dotarł do swojego auta. Wsiadł do środka i, gdy już był pewny, że nikt podejrzany nie kręci się dookoła otworzył list.
Szanowny panie Jamesie von Alwas — czytał. Zaczynał się wyjątkowo poważnie i oficjalnie, co skłaniało go do myślenia, że słowa ciągle przesadzającego posłańca mogły nie być tak dalekie od prawdy. 
 Jak Pan zapewne wie w dniu 03.09.2033 został przeprowadzony zamach na główną siedzibę rządu Ainelysnart - Wieżę. O dokonanie tego haniebnego czynu podejrzewa się grupę terrorystyczną, znana jako "Wataha", której członkowie rzekomo są posiadaczami wilczego genu. Zatem sprawa podlega pod jurysdykcję SJEW-u.
  Chcę, aby zajął się Pan tą sprawą. Winowajcy mają zostać schwytani, chcemy też wiedzieć, w jaki sposób zdołali sforsować zabezpieczenia Wieży, kim dokładnie są i dla kogo pracują. Jeśli zdarzy się Panu przy okazji natknąć na jakiś trop Władysława Leniniewskiego proszę dopilnować, by nikt inny na żaden trop dotyczący jego nie trafił. Jest to jednak cel drugorzędny.
  Misja jest ściśle tajna, zatem wskazane jest, by Pan nie rozmawiał z nikim na jej temat. Oczywiście, jeśli się Pan sprawdzi możemy rozważyć Pańską obecną sytuację i nieco na nią wpłynąć.
Życzę panu powodzenia.
Jung Eun Byung
  Skończył czytać list i skinął głową w geście zrozumienia. Była to rzeczywiście sprawa niecierpiąca zwłoki. Odłożył list na siedzenie pasażera i zapalił silnik. Wolał zacząć rozwiązywać całą zagadkę w domowym zaciszu: tak z pewnością było i lepiej, i bezpieczniej. Gdy już zamknął za sobą drzwi na klucz, jeszcze raz powtórzył sobie treść listu, by jeszcze lepiej zapisać go w swojej pamięci. Następnie wyjął z kieszeni czarną zapalniczkę i szybko pozbył się dowodów. Paląca się kartka była widokiem dość satysfakcjonującym dlatego też czekał do momentu, gdy płomień niemalże sięgnie jego palców i dopiero wtedy go ugasił. Strząsnął popiół do zlewu, nad którym wykonywał całą operację i przeniósł się do swojego gabinetu. Usiadł wygodniew fotelu przy biurku i złączył palce, opierając łokcie na stole. Przymknął oczy, rozważając co powinien zrobić. Znał kilku ludzi pracujących w Wieży i choć większość z nich zmarła, nie stanowiło to dla niego żadnego problemu. Uznał, że najpierw zacząć właśnie od nich: od tych, którzy już nie przemówią. I warto byłoby przy okazji sprawdzić, czy były premier nie stał się jednym z nich. Chwila skupienia wystarczyła, by przeniósł się do Zaświatów. Potoczył beznamiętnym wzrokiem po otaczającej go krainie ciemności. Od razu ułożył sobie w głowie nazwiska osób, które chciał znaleźć. Bezgłośnym, ale zdecydowanym krokiem podszedł do grubej księgi znajdującej się przed nim. „Księga Śmierci” jak głosił optymistyczny tytuł. Przyłożył do niej dłoń, tym samym odblokowując ją, by w ogóle dało się ją otworzyć i gdy już to się stało przeniósł się do litery „L”. Mimo ciągle zmieniającego się spisu, co zdecydowanie utrudniało poszukiwanie (w końcu zmarłych przybywało), udało mu się ustalić że Władysław na niej nie figuruje (a przynajmniej nie ten, którego szukał). W miarę zadowolony z tej konkretnej części pracy zabrał się do poszukiwania reszt, tym razem już na pewno zmarłych, osób, by dowiedzieć się, w którym miejscu tak właściwie powinien ich szukać. Gdy i to udało mu się ustalić, zamknął księgę i przez krótki moment obserwował jak tom z każdą chwilą się powiększa. Następnie przeniósł wzrok na drogę, przed nim i ruszył w jej stronę. Była to rzecz niesamowita. Gdy miał dokładnie określony cel, podróż trwała krótko. Gdyby nie wiedział, dokąd zmierza, szedłby dalej i dalej, aż w końcu niechybnie dołączyłby do grona błąkających się bez sensu duszyczek. Zerknął w stronę pierwszego pomieszczenia i uniósł dłoń do klamki. Znalazł się w doprawdy pięknym otoczeniu – życie ofiary musiało być wyjątkowo dobre. Wiedział, że ten go nie zauważy – zbyt oderwany był od swego świata. Podszedł do niego i dotknął swoją żywą dłonią zimnego i twardego jak marmur policzka. Przeglądał jego myśli. Jak to z duszami bywało, niektóre wspomnienia były uszkodzone. Wspomnienia z momentu oderwania duszy od ciała nie było wcale. Widocznie Śmierć usunął je, by nie powodować jego cierpienia. Tak więc trzeba było znaleźć osobę, która nie zasługiwała na nic dobrego — myślał von Alwas, opuszczając szczęśliwego mężczyznę i udając się do najciemniejszych, najbrzydszych drzwi, jakie udało mu się znaleźć we fragmencie Zaświatów należącego do ofiar upadku Wieży. Odsunął ciężką, metalową zasuwę i z pewnym trudem otworzył drzwi. Krajobraz za nią był zgoła inny. Panowała ciemność rozjaśniona jedynie blaskiem ogniska. Tutaj nie było już ciszy. Wypełniały ja rozdzierające wrzaski. James podszedł do przywiązanego do wielkiego patyka, przypalanego więźnia. Dla niego płomienie były zimne - to nie dla niego przeznaczona była kara. Zaczął zastanawiać się, jak on skończy, jednak odgonił rozpraszające go myśli i zbliżył dłoń do odkrytego boku więźnia, krzywiąc się lekko, gdyż wrzaski się zwielokrotniły. Tutaj moment śmierci był nadzwyczaj dokładny: śmierdzący strachem, przesadzenie ostry i dokładny. Zatrzymał ulotną myśl starając znaleźć w tłumie twarz, która z pewnością nie należała do pracowników, co w końcu się udało. Wciągnął ze świstem powietrze odnajdując dwie twarze. Jedną, człowieka, z którym miał już przyszłość, jeśli chodzi o aspekt krymialny. Druga... druga twarz należała do tego ucznia zegarmistrza. Tego... Jak mu tam... Akiro. Akiro Ori. Puścił więźnia i wyszedł z Zaświatów. Niechętnie wstał z krzesła i podszedł do szafy z kopiami spraw, które prowadził. W końcu znalazł sprawę Josha Blueborna. Zerkając na zdjęcie upewnił się, że to był on. Niedawno opuścił więzienie, a już chce tam wracać — myślał, przeglądając kartki w poszukiwaniu miejsca zamieszkania. Przeniósł kartki na biurku i wysłał swojemu szefowi zaszyfrowanego maila. Sprawa rozwiązana — stwierdził, że nie ma czasu na uprzejmości czy tłumaczenia. Podał nazwisko i adres podejrzanego i zlecił jego przesłuchanie. Niech resztą zajmie się ktoś inny. — Jest drugi podejrzany. — dodał w mailu — możliwe, że doprowadzi do reszty członków Watahy, dlatego też będę kontynuował jego śledzenie. Żegnam. James von Alwas — zakończył i wcisnął enter, tym samym wysyłając list. Wyciągnął dłonie w górę, przeciągając się. Był pewny, że odpoczynek, na który zamierza się udać był w pełni zasłużony i nikt, ale to nikt nie miał prawa mu go przerwać.

1 grudnia 2018

Od Akiro cd. Akiro do Somniatisa "Poker" cz.2

    Akiro schodząc z pokładu statku czytał zawartość karty, którą dostał od tajemniczej osoby.
- "Lovely club, 4: 15" - Som spojrzał na brązowowłosego chłopaka.
- Coś mówiłeś? - Spytał czarnowłosy, patrząc pytającym wzrokiem na towarzysza, Aki podniósł głowę, by spojrzeć na Som.
-Nie. Jeszcze trochę i dojdziemy na umówione miejsce. - Mężczyźni skręcili już za kolejnym zakrętem i już po chwili ukazał im się napis „Herbaciarnia Kuri". Towarzysze weszli do Herbaciarni i zajęli miejsce, niedaleko okiennicy. Po chwili podeszła do nich, piękna kobieta o figurze klepsydry, ubrana w białą koszule, spódniczkę, czarne podkolanówki i lakierowane buciki. Włosy spięte miała dobrze uczesany kucyk, a w ręce trzymała mały notes i długopis.
- Dobry, na co się państwo zdecydowali?
-J a poproszę herbatę zieloną i kakao.
- Dobrze, a dla pana.?
- Herbatę z cytryną. - Kobieta zanotowała zamówienie i ruszyła je zrealizować.
- Jeszcze dziesięć minut.
- To może partyjkę? – spytał towarzysza, by zabić czas. Lecz bardzo szybko dostali swoje zamówienie, Aki pierwsze sięgnął po ciepłe kakao, które naprawdę było gorącą czekoladą do picia, tuż po chwili podeszło do nich czworo mężczyzn i dwie kobiety. Som wytłumaczył, że muszą się przenieść, gdy Akiro kończył pic kubek herbaty. Poszli do mieszkania jednego z członków tam zaczęło się przesłuchiwanie. Gdy została jedna osoba Aki zwrócił się do Soma.
- Poradzisz sobie? Bo muszę coś załatwić. - Powiedział naciągając kaptur na głowę, a jego aura ochłodziła się powodując ciarki u osób trzecich. Som pokazał mu kartkę z miejscem spotkania. Aki opuścił pokój przesłuchań, od razu wyczuł ich wzrok na swojej osobie, lecz szybko zdusił ich swoim spojrzeniem, po czym opuścił pomieszczenie. Skierował się do klubu z karty. Gdy wszedł do środka, od razu zauważył go ochroniarz, który zagrodził mu drogę.
- Dzieciaki nie mają tu wstępu. - Odparł grubaśnym tonem.
- Nie jestem dzieckiem. - Odparł, a następnego pokazał dowód, ochroniarz go przeprosił. Ciemnowłosy wszedł do środka i się rozgościł się, o podanej godzinie znajdywało się paru mężczyzn. Po obserwacji zauważył, jednego blondyna który się zabawiał, postanowił użyć na nim iluzji. Bo zniknięciu za kulisami, wydusił z niego każdą informacje. Po czym udał się na miejsce spotkanie, gdzie Som i Argo już na niego czekali.
(Somniatis?)

16 listopada 2018

Od Akiro - "Zemsta"

    Dzień jak co dzień, ale nie tym razem. Zaczęła się jesień i już na samo przywitanie dnia, z nieba zaczęły się sączyć słodkie krople niebiańskich łez. Chłopak otworzył okno, by świeże powietrze owiane mgiełkom wypełniło każdy zakątek domowego zaciszu. Brązowowłosy chłopak spojrzał na wyświetlacz swojego telefonu. „Ul. Binera między trzydzieści cztery, a trzydzieści sześć o 15:00" Chłopak spojrzał na wiadomość, a następnie na godzinę. Usiadł na ciemnobrązowym fotelu, oparłem ramię o oparcie, a następnie o nią głowę. W drugą rękę chwycił czarnego pilota i włączył telewizor. Po upływie godziny brązowowłosy przyszykował się do wyjścia i opuścił mieszkanie. Skierował swoje kroki do miejsca spotkania, w połowie drogi zaczęło padać, wiec podniósł prawą rękę, palcem wskazującym i kciukiem naciągnął kaptur na głowę. W ciemnej uliczce stała dziewczyna o brązowych włosach spiętych w kok, z których powoli opadały krople chłodnego deszczu. Kobieta spojrzała na niego z małym zaskoczeniem.
- Czego potrzebujesz?!
- Ty jesteś.... - Chłopak przerwał dziewczynie, mroźnym tonem.
- Tak. - Dziewczynie po plecach przeszły ciarki.
- Chciałabym, żebyś kogoś dla mnie zbił...
- Ile? - Zapytał od razu po usłyszeniu prośby.
- Trzy.  -Chłopak wydal z siebie dźwięk niezadowolenia, dziewczyna spojrzała na niego.
- Cztery? - chłopak dotknął swojej twarzy, w geście podejmowania decyzji. - Pięć.
- Niech będzie. Kiedy, gdzie i kogo?
- Anne Royar, za tydzień mają ostatnią próbę przed występem. Ta szmata zapłaci mi za zabranie mojej roli.
- Ręka wolna?
- Tak, rób co chcesz.
- Świetnie. - Jego usta utworzyły się w wąski złośliwy grymas, wziął kartkę z danymi celu i włożył ręce do kieszeni i ruszył przed siebie. Przechodząc koło słupa informacyjnego, wypatrzył reklamę spektaklu. - Ciekawie, może się wybiorę po robocie. - Było już późno, chłopak wrócił do domu i zaczął się relaksować przy swoim ulubionym zadaniu, czyli mieszaniu różnych składników w swoim laboratorium. Następnego dnia, po popołudniu Akiro siedział w teatrze, w którym za niedługo miała odbyć się kolejna próba. Chłopak podniósł się z siedziska i wszedł na scenę.
- Ej! - Głos mężczyzny, dobiegł z drugiego końca sceny. - Dzieciaku, co ty tu robisz? - Akiro się odwrócił, a jego oczy iskrzyły czerwienią. Mężczyzna podszedł do niebieskowłosego chłopczyka, przynajmniej tak mu się wydawało.
- Szukałem toalety, ale tu jest tak pięknie, że straciłem poczucie czasu. - Mężczyzna wyjątkowo zaskoczony, odpowiedział.
- Chcesz może być przy kolejnej próbie?
- Oczywiście! - Mężczyzna wyciągnął kartkę i dał ją chłopakowi. - Przyjdź jutro z podpisaną kartką przez opiekuna.
- Oczywiście. - Aki opuścił budynek i trafił na swój cel, wpadł na nią specjalnie, a dziewczyna przewróciła się na ziemię. - Przepraszam.
- Nic się nie stało. - chłopak wyciągnął rękę, do dziewczyny, a ta go złapała i wstała.
- Jeśli pani się nie spieszy, z chęcią zaproszę panią na kawę. - Dziewczyna spojrzała na mężczyzn, który przez jego moc wydawał się niezwykle przystojny.
- Z chęcią się wybiorę z panem na kawę. - Kobieta nie zdawała sobie sprawy, co ją czeka po wypowiedzeniu tych zadowalających słów. Wiec poszli do najbliższej kawiarni, zamówili dwie kawy. Akiro pod iluzją przyniósł jej kawę, a z rękawa wsypała się niewielka ilość przygotowanego proszku.
- Proszę. - Powiedział, kładą napój, przed dziewczyną. Rozmawiali tak przez około godzinę, po czym opuścili kawiarnie. Akiro pożegnał się z dziewczyną i udał, że idzie w innym kierunku, a tak naprawdę ją śledził. Ludzie nie zwracali na niego uwagi, bo kto by zwracał uwagę, na „zwykłego" czarnego kota. Kobieta dochodziła do ozdobionego mostu, zwróciła żółć żołądkową.
- Ale boli mnie głowa. - Wymruczała coś pod nosem, kot wskoczył na barierkę, a następnie skoczył w kierunku kobiety, zrywając jej naszyjnik z szyi i parę kosmyków włosów. Blondynka zrobiła dwa kroki do przodu i straciła równowagę i przeleciała przez barierkę, na oczach kierowców, przelatując przez barierkę, zaplątała się, we wcześniej zerwane lampki, które zawdzięcza wcześniejszej wichurze. Kobieta nawet nie zdążyła wydać dźwięku, a zawisła jak marionetka teatralna w teatrze, w którym grała. Kot wydał ciche miauknięcie i zniknął w cieniu wielkiego miasta. Następnego dnia spotkał się ze zleceniodawcą i wręczył jej kopertę z dowodem. Ta ją otworzyła, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- To nie jest dowód. - Akiro się wnerwił, przyłożył jej do krtani ostrze.
- Chciałaś, to masz! Tu swój dowód a drugi w wiadomościach. Myślisz, że się nie zabezpieczyłem? Jeśli nie zapłacisz, podzielisz jej los i twój syn też, albo zobaczysz jego śmierć i dopiero ty zginiesz. -posiedział oschłym tonem, mimo że niema w zwyczaju zbijać dzieci, ale taki argument wystarczył, by trafić w słaby punkt kobiety.
- Dobrze, mam je przy sobie.  -kobieta wyciągnęła z torby kasę, chłopak obliczył czy się zgadza.
- Miło się ubija z panią interesy. - odparł, po czym rozpłynął się, w tłumie. Minęły kolejne dni i nadszedł czas wystawiania sztuki, która okazała się wielkim hitem miesiąca.

16 czerwca 2018

Od Camille -> Pojedynek z kundlem

    Słowik, ach jak "miło" cię znowu widzieć - rzucił z ironią mężczyzna.
- Ciebie też, słońce, ciebie też - zapewniłam ze śmiechem.
- Dobra, koniec tych uprzejmości. Co znowu?
- Chciałabym wziąć udział w kolejnym pojedynku.
- Tak myślałem. Widzisz, zdradzę ci tajemnicę. Nikt nie bierze w nich udziału tylko raz - uśmiechnął się obrzydliwie - wciągają każdego, kto tylko spróbuje. Dlatego ja nigdy nie próbowałem. - kiwnęłam głową ze zrozumieniem, choć szczerze mówiąc miałam totalnie gdzieś, czy inni również biorą w nich udział kilkakrotnie. Zależało mi na pieniądzach, to oczywiste. Ale potrzebowałam również sławy i szacunku w tym podziemnym świecie. Tylko szanowana przez resztę społeczności z marginesu mogłam dobrze i mądrze zarządzać Pectis. Poza tym, poczucie wypełniającej mnie adrenaliny również bardzo mi się spodobało. - Więc... Co tym razem?
- Chyba zwykły kundel.
- Niech będzie. Mamy jednego... a termin... Pasuje ci jutro o północy? To pytanie retoryczne, nie interesuje mnie, czy ci pasuje, po prostu masz być.
- Tajest. Do widzenia.
- Ta. Do widzenia - odparł. Wstałam i wyszłam z przesiąkniętego zapachem grzyba, alkoholu i papierosów pomieszczenia.
***
 Tym razem miałam wątpliwą przyjemność walczyć na jakiejś ulicy. Znów ciekawskie głowy wystawały z okien okolicznych budynków, część telefonów nagrywała wydarzenie. Na szczęście moja twarz była znów zasłonięta nikabem (z powodu Calii, która zabrała mi poprzedni i zrobiła wielką awanturę byłam zmuszona kupić sobie własny). Wszyscy mówili, szmerali, chrzęścili, więc było dość głośno jak na rzadko używaną uliczkę w środku nocy. Zdecydowałam zrobić nieco inny pokaz niż poprzednio i po prostu gdy tylko kundel został wypuszczony z jednej z kamienic przeistoczyłam się w tak zwanego "orła w koronie". Ptak dumnie wzniósł się w górę. Wspomnieniami wróciłam do ostatniej walki z mutantem w ciemnych tunelach. Miałam ochotę wzdrygnąć się z obrzydzenia. Zleciałam na psa i rozcharatałam mu plecy dziobem. Kundel szczeknął cicho, próbując mnie złapać, jednak było to raczej niemożliwe. Z rany ciekła krew. Ponownie obniżyłam lot. Złapałam psa za chudziutkie już zranione plecy. Otoczyłam jego korpus swoimi szponami i uniosłam kilka, a może kilkanaście metrów w górę. Tłum krzyknął zachwycony. Gdy byłam wystarczająco wysoko puściłam psa. Z piskiem spadł na ziemię. Usłyszałam trzask kości. Szczeknął ostatni raz, ale niezbyt przekonująco, drgnął, a potem już przestał się zupełnie ruszać. Zleciałam na ziemię i płynnie z miarowego lotu przeszłam w chód. Ukłoniłam się publiczności i w glorii chwały odeszłam z miejsca zdarzenia.

"Z Calią więcej NIE pijemy, czyli Seria Niefortunnych Zdarzeń level głucha Camille Belcourt" (Utrata słuchu ♖♘ 7/7 #KONIEC)

       Nie. Nie ma mowy. Nie mogę się poddać. Przecież… przecież tak niewiele brakowało. Poprawka. Tak niewiele brakuje. NIE! NIENIENIENIENIENIE! NIE MA MOWY. To nie może się tak skończyć. Pomyślałam o Calii. Przecież ona mnie zabije, jeśli umrę. PRzed oczami przemknęła mi twarz Lorema, Eliasa, Leniniewskiego, a nawet Argony. Przecież… oni mnie potrzebują. Wróciłam do Argony. NAWET JEŚLI JESZCZE O TYM NIE WIEDZĄ. Pokusiłam się o próbę następnej, może ostatniej transformacji. Moje ciało stawało się coraz większe i większe. Nie zwracałam uwagi na coraz bardziej wbijające się zęby. To była moja jedyna szansa. Szara skóra pokryła mnie całą i dawała nadzieję na ocalenie. W  końcu szczęki potwora nie wytrzymały. Usłyszałam trzask kości. Jednak zmieniałam się dalej. W końcu skóra potwora została rozerwana w kącikach paszczy. Gdy poczułam na sobie krew, odpuściłam. Z trudem wylazłam z wnętrza potwora i zamieniłam się w mrówkę. Wdrapanie się po ścianie nie było może jakieś ekstremalnie trudne, gdyby nie to, że całe moje jestestwo skupiało się tylko na wszechobecnym cierpieniu. W końcu udało mi się dotrzeć na powierzchnię. Odmieniłam się z powrotem w człowieka, a potem… Właśnie. Co było potem? Bo ja szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia. Pamiętam tylko ból.
***
Powoli uchyliłam oczy, jakbym się bała, że je uszkodzę. Całe moje ciało było obolałe. Czułam każdą najdrobniejszą komórkę swojego ciała i każda z nich dobitnie przypominała mi o sobie za pomocą nieustannego cierpienia.
- O cholera - jęknęłam. Gdy otworzyłam oczy całkowicie zauważyłam, że jestem w jakimś białym pokoju. Umarłam? To byłoby mi wysoce nie na rękę, jednak no cóż… to chyba nie za bardzo zależało ode mnie. Na krześle obok mnie ktoś siedział. Może to anioł przyszedł mnie przywitać i wprowadzić w bramy niebieskie? Po chwili zrozumiałam, że to była Calia. Wydawało mi się, że nieco przysnęła, dlatego lekko trąciłam ją lewą dłonią.  Z tego, co udało mi się zauważyć prawa była w gipsie i bolała o wiele bardziej. Ace ocknęła się i gdy dotarło do niej, że to ja ją obudziłam rozpoczęła swoją tyradę.
- Camille Belcourt, ty żałosna… osobo! - krzyknęła. - Jak mogłaś mi wywinąć taki numer! Wychodzisz z mojego domu głucha i wściekła i po tygodniu policja znajduje cię na środku ulicy w stanie krytycznym oblaną kwasem! Czy ciebie do końca powaliło? Martwiłam się o ciebie, głupku! - gdy przestała już krzyczeć, opuściła głowę. Na jej policzkach zobaczyłam łzy. Starałam się przesunąć kawałek na łóżku mimo bólu i pogłaskałam ją po włosach.
- Ejj… - zaczęłam - W końcu nic takiego się nie stało… Nic mi nie jest… - Podniosłam się do pozycji półsiedzącej. Calia uniosła głowę, zaszlochała cicho i rzuciła się na mnie, zamykając mnie w żelaznym niemalże uścisku.
- Martwiiłam się - jęknęła. Nie wiedziałam za bardzo co mam robić, więc po prostu głaskałam ją po plecach, powtarzając, że już wszystko w porządku i że nic mi nie jest i tak dalej i tak dalej. I wtedy dotarła do mnie rzecz najważniejsza. Odzyskałam słuch. Wtedy dołączyłam do Calii i tak sobie szlochałyśmy przez jakiś czas. Czułam, że mimo wielu rzeczy nas dzielących, mimo wielu kłótni jakie przeprowadziłyśmy, w razie niebezpieczeństwa któraś z nas skoczyłaby w ogień za tą drugą. Przynajmniej taką miałam nadzieję.

"Z Calią więcej NIE pijemy, czyli Seria Niefortunnych Zdarzeń level głucha Camille Belcourt" (Utrata słuchu ♖♘ 6/7)

      Gdy znów usiadłam na mojej “żerdzi” zrobionej z drabiny, wciąż czułam pulsujący ból w prawej ręce (lub po prostu w prawym skrzydle, jak zwał tak zwał). Po pomyśleniu o tym skrawku bezpiecznego miejsca jako o żerdzi poczułam się przez chwilę jak wypalona kura domowa, jednak gdy opuściłam wzrok i spojrzałam na płaczącego krwawymi łzami potwora uczucie błyskawicznie minęło mimo bólu, który coraz bardziej dawał o sobie znać. Wszystkie emocje zostały natychmiastowo zastąpione przez determinację i satysfakcję z oślepienia potwora i wyrównania szans. Moje zwycięstwo było coraz bliżej. I nie zamierzałam z niego rezygnować. Postanowiłam przekształcić się w nieco innego ptaka. Transformacja nie wyglądała spektakularnie. Nie została też zresztą przeprowadzona na taką skalę jak poprzednio. Czarna wrona siedziała z dumnie wypiętą piersią na drabinie i obserwowała sytuację. Wiedziałam, że nie mogę siedzieć tu dłużej. Każda minuta przybliżała mnie do otwarcia włazu i załatwienia tematu (to jest mnie) w normalniejszy sposób. Ale… zaraz zaraz. Co jeśli w głównym pomieszczeniu były kamery? Jeżeli zauważyliby, że zbyt dobrze sobie radzę, może stwierdziliby, że warto jednak uciec się do zwyczajnych metod i wykończyliby mnie pistoletem?! Wtedy nie miałabym żadnych szans. Dlatego postanowiłam zakończyć sprawę w tunelach. Było tam ciemno, na czym zdecydowanie traciłam ja, jednak jeżeli w głównej sali naprawdę były kamery to i tak mogłabym się żegnać z życiem. Zapikowałam więc po raz trzeci i potwór dostał w boczek. Musiałam przekształcić się znowu, gdyż okazało się, że moje umiejętności latania drastycznie spadały im dalej od momentu zranienia. Miałam coraz mniej czasu, gdyż czułam, jak moje ciało przesiąka wręcz trucizną. W postaci jaguara, wilka, czy czego tam z czterema łapami pognałam ciemnymi korytarzami. Nadal bardzo bolała mnie przednia łapa, jednak nie było to tak uciążliwe, jak w przypadku lotu. Czułam jak wypełnia mnie trucizna. W palcach straciłam już czucie, a wiedziałam, że zatrucie będzie tylko postępować. Zegar tykał, a ja nie byłam bliżej wyjścia niż wcześniej. Ruszyłam plątaniną ciemnych tuneli widząc, jak wszędzie rozchlapuje się woda. Niemalże czułam obecność wielkiego cielska tuż za mną. Starałam się zgubić nagonkę w kolejnych korytarzach, jednak nie za dobrze mi to szło. Czułam się coraz słabsza. Po raz kolejny skręciłam w lewo, potem w prawo, musiałam kolejny raz przeciskać się przez kratę. Wiedziałam, że ten labirynt wciąga mnie w siebie coraz głębiej, pochłania mnie całą. Możliwym jest, że kilka razy wracałam w to samo miejsce, ciężko powiedzieć. Nie potrafiłam zapamiętać całego rozkładu tuneli, zresztą wątpię, by ktokolwiek był w stanie to zrobić, zwłaszcza gdyby znalazł się w tak stresującej sytuacji jak ja. Furknęłam cicho, mając nadzieję, że kolejnymi kratami wykupię sobie jeszcze trochę czasu. Sam pomysł wywleczenia potwora w tunele był całkiem dobry, jednak jeszcze nie byłam pewna, jak się z nim rozprawić. W końcu dotarłam do ślepego  zaułka. Odwróciłam się i zobaczyłam, że wąż jest coraz bliżej. Cofnęłam się kilka kroków, aż promyk światła “wpadł” mi do oka, oślepiając mnie lekko. Uniosłam głowę. Zaplombowana studzienka kanalizacyjna. Potwór na pewno by się nią nie wydostał. A ja? No cóż. W tej postaci również nie. Właśnie zamierzałam przeobrazić się w coś mniejszego, gdy nagle. Trafiłam w całości do przepastnej jamy potwora. I to ugruntowało mnie w przekonaniu, że w ogóle nic, co się wydarzyło w ciągu ostatniego czasu na pewno pomysłem dobrym nie było. W paszczy potwora panowała nieprzenikniona ciemność. A ja, czując w swoim ciele zęby nasączone trucizną, byłam gotowa na śmierć.

"Z Calią więcej NIE pijemy, czyli Seria Niefortunnych Zdarzeń level głucha Camille Belcourt" (Utrata słuchu ♖♘ 5/7)

     Kajdanki lekko wpijały mi się w dłonie. Zimny metal drażnił skórę na nadgarstkach.  Nie były elastyczne. I to właśnie było moją szansą. Widziałam jak wąż pojawia się na końcu tunelu. Widać postanowił wyważyć kratkę, którą ja się przecisnęłam. Cieszyłam się, że byłam od niego mniejsza, a przecież ta różnica mogła się zmienić jeszcze bardziej.  Uśmiechnęłam się i podskoczyłam. Czułam jak całe moje ciało unosi się w górę. Nogi skróciły mi się drastycznie. Na całym ciele poczułam znajomą miękkość. Kajdanki opadły z hukiem na ziemię, po tym, jak moje ręce przekształciły się w pióra. Twarz zdeformowała mi się na tyle, że uwydatnił się dziób. Mój skok przeobraził się w lot ptaka. Ruszyłam w kierunku sufitu, czując jak moje szanse wzrastają. Transformacja przebiegła pomyślnie. Moje jastrzębie ciało było dużo lżejsze od zwykłego ludzkiego (nie żeby coś, ale no… takie są fakty), więc z łatwością umknęło na tyle wysoko, że stwór nie dał rady do mnie sięgnąć. Widząc frustrację węża zaśmiałam się, co z zewnątrz musiało brzmieć doprawdy komicznie. Usiadłam na złożonych już szczeblach drabiny, starając się z góry ocenić sytuację.Wąż chyba nie umiał wchodzić po ścianach, co zdecydowanie było dla mnie na korzyść. Ja nadal nie byłam w stanie usłyszeć niczego, Drogi ucieczki nie było widać żadnej. Skoro ziemia była pokryta cienką warstwą wody wnioskowałam, że musiała się ona skądś brać. Niemalże hermetycznie zamknięty właz pozwalał mi mieć nadzieję, że jest tutaj jakieś wyjście. Choćby najmniejsze. A jeśli jest… to ja je znajdę. Jednak moim największym aktualnym problemem był ten wąż. Chciał sobie po prostu zjeść i kto jak kto, ale ja byłam w stanie to zrozumieć, jednak ja nie zamierzałam zostać jego obiadkiem. No bardzo mi przykro wężu. Żeby na spokojnie znaleźć wyjście obawiałam się, że będę musiała rozprawić się jakoś z żyjącym tu stworem.  Jednak na razie nasze szanse były dość nierówne. Musiałam jakoś je wyrównać. Tutaj miałam jakieś szanse. Nikłe, bo nikłe, ale jednak. Wydawało mi się, że w tej postaci stałam się bardziej… zwrotna? Szybsza? Także mój plan miał szansę się udać. Gdy opuściłam głowę (a może już łebek?), zauważyłam, że wąż zainteresował się moimi kajdanami. Musiały przesiąknąć zapachem mojego strachu. Pychota. Prawdziwa gratka dla takiego węża. Póki jego uwaga przestała się skupiać na mnie to co zamierzałam zrobić stawało się bardziej realne. Zapikowałam jak jastrząb (cha cha, zabawna jesteś Cam) i niemalże spadłam na potwora. Ułamki sekundy dzieliły kolejne czynności. Wbicie dzioba w oko stwora było obrzydliwie proste (jak w galaretkę, fu), a wyjęcie również nie stanowiło problemu. Problem stanowił natomiast sam wąż, którego paszcza zacisnęła się w miejscu, gdzie jeszcze milisekundę byłam. Wzleciałam znów w górę, by ocenić swoje dzieło. Potwór zdecydowanie był wściekły, a krew płynąca z dziabniętego oka na policzek (?!) węża jasno sygnalizowała, że jest już w połowie ślepy. Pozostawało tylko to samo zrobić z drugim okiem i wszystko zgodnie z planem. Zaśmiałabym się złowieszczo, jednak ograniczała mnie moja ptasia powłoka. Korzystając z tymczasowej paniki potwora zapikowałam po raz kolejny. Tym razem wiedziałam z grubsza czego się spodziewać, więc w teorii było prościej. Wyobraziłam sobie, że naprawdę wkładam dziób do galaretki, co co prawda niezbyt pomogło, ale zawsze coś, prawda? Niestety tym razem miałam trochę mniej szczęścia, gdyż końcówka jednego z zębów potwora drasnęła mnie po skrzydle. “A co jeśli to koniec?” przemknęło mi przez głowę. “Nie.” zaprotestowałam “Nie mogę się poddać. I co więcej nie zamierzam.“

"Z Calią więcej NIE pijemy, czyli Seria Niefortunnych Zdarzeń level głucha Camille Belcourt" (Utrata słuchu ♖♘ 4/7)

    Szybki bilans jasno wykazał, że moje szanse są jeszcze mniej niż niskie. Dłonie w kajdankach, na ustach taśma, żadnej broni i brak słuchu nie rokowały za dobrze. A wąż w wielkiej paszczy na pewno miał zęby wypełnione jakimś czymś trującym. Długie, pokryte zieloną łuską cielsko mówiło mi, że dość szybko potrafi przemieszczać się po otaczających nas tunelach, a czarne, matowe (i przepełniające mnie grozą [ale to już mniejsza{bo przepełniało mnie grozą także wszystko inne w kreaturze}]) oczy, wręcz krzyczały: “Zjem cię, mój gościu”. Ciężko było powiedzieć co to dokładnie jest, może jakiś mutant, może maszyna (w co raczej wątpiłam, patrząc po tym jak niebezpiecznie i drapieżnie wyglądał), ale i w takim, i w takim wypadku, moje magiczne umiejętności były raczej bezużyteczne. Moja reakcja na pojawienie się stwora nie była może najmądrzejsza, ale proszę, musicie zrozumieć, że nie byłam przyzwyczajona do takich sytuacji i byłam po prostu po ludzku przerażona. Krzyknęłam nieludzko, co z innej perspektywy mogło być próba przejścia na ultradźwięki, odwróciłam się na pięcie i wbiegłam w jeden z korytarzy. W korytarzach panował niemalże mrok. Na ziemi stała woda, która moczyła mi buty i rozchlapywała się dookoła. Musiałam robić mnóstwo hałasu, jednak na szczęście (lub nie) to nie ja musiałam tego słuchać. Biegłam i biegłam, aż dotarłam do rozwidlenia. Nie wiedziałam, w którą stronę biec dalej. Moja kondycja nie była też najlepsza, więc wiedziałam, że długo tak nie pociągnę. Zauważyłam, że niektóre korytarze są wyłożone nie tylko betonem. Gdzieniegdzie leżały także kupki kamieni, jakby naprawdę była tam kiedyś kopalnia. Uniosłam kilka z nich i zaczęłam rzucać w potwora. Łapał je po kolei w pysk i rozgniatał na wielkim podniebieniu.
- Żryj kamole, debilu wężowy - wydarłam się. Wąż zasyczał w odpowiedzi. Rzuciłam kolejny kamień i biegłam dalej. Dotarłam do czegoś w rodzaju kratki ściekowej. W jednym z jej boków była dziura, dość duża. Stwierdziłam, że ja się przez nią przecisnę, a wąż będzie miał z tym drobny problem, więc może go to spowolni. Zerknęłam nerwowo do tyłu. Miałam tylko kilka sekund zanim mnie dopędzi i po prostu zeżre. Decyzja była prosta. Z wykonaniem trochę gorzej. Z trudem przecisnęłam się przez szczelinę. O cal minęły mnie zęby potwora. Odetchnęłam z ulgą (chyba po raz kolejny) i po prostu gnałam dalej. Miałam ochotę kląć na czym świat stoi, gdy zdałam sobie sprawę z tego, co uczyniłam. Cała moja droga, którą przebyłam biegnąc jak powalona poszła na marne, gdyż z powrotem znalazłam się w ogromnej komnacie z drabiną. Zauważyłam, że została ona podczas mojej nieobecności w górę tak, że teraz była kilkanaście metrów nad moją głową i nie było opcji, bym do niej sięgnęła. A wąż zapewne niedługo mnie odnajdzie. No pięknie. Po prostu pięknie. Miałam ochotę zakląć głośno, jednak to by raczej przypieczętowało mój los, niż mi pomogło, a tego nie chciałam. “Myśl Camille, do cholery” poganiałam samą siebie “MYŚL BŁAGAM CIĘ. Szybko, szybko, szybko, szybcieeeej.” Wiedziałam, że najpierw muszę pozbyć się kajdanek. Super, tylko co z tego. Nie były elastyczne, ani nic…. Właaaaaśnie. Usta rozciągnęły mi się w uśmiechu, a w mojej głowie zaczął kształtować się plan oscylujący na granicy geniuszu i szaleństwa. Płomień nadziei ponownie zatlił się w moim sercu i tym razem nie zamierzałam pozwolić go zgasić.

"Z Calią więcej NIE pijemy, czyli Seria Niefortunnych Zdarzeń level głucha Camille Belcourt" (Utrata słuchu ♖♘ 3/7)

      Obudziłam się przywiązana do krzesła.
- Co do kur… - zaczęłam, ale przerwało mi uderzenie w brzuch. Na palcach wyczułam pierścień, więc byłam umiarkowanie spokojna (oczywiście jak na zaistniałą sytuację). Z cienia wyłonił się jakiś mężczyzna. Otworzył usta i wiedziałam że coś mówi, jednak nie miałam pojęcia co.
- Straciłam słuch - rzuciłam spanikowana, bojąc się trochę kolejnego uderzenia - nie wiem, co pan do mnie mówi. - widziałam jak mężczyzna opuszcza ramiona, jakby wzdychał z rezygnacją. Po chwili pod nos została mi podstawiona kartka. “Gdzie jest Władysław Leniniewski?”
- Nie wiem - skłamałam, starając się odzyskać zimną krew. Domyśliłam się, że mężczyzna również stwierdził, iż nie mówię prawdy, bo poczułam jego pięść na policzku. Zakręciło mi się w głowie, a moje usta opuścił krzyk zaskoczenia i bólu. - Naprawdę nie wiem - jęknęłam. Kolejne uderzenie. Poczułam kolejny cios. Kolejny raz plułam sobie w brodę, że dopuściłam do tej sytuacji.
- PRZESTAŃ! - krzyknęłam. Kolejne uderzenie nie nadeszło. Mężczyzna poruszał ustami, a ja wyłowiłam z nich jedno słowo. “Czarownica”. No pięknie. Po prostu pięknie. Poczułam dłoń na ustach. Nie zdążyłam ugryźć napastnika, bo ktoś zakleił mi usta taśmą. Kolejna kartka. “Nie chcesz mówić, czarownico, to nie mów. Po jednej nocy w walce o życie przestaniesz się tak stawiać. Do zobaczenia. Jeśli przeżyjesz, Wiedźmo.” Pewnym pocieszeniem było to, że napisał “wiedźma” z wielkiej litery. Może nie byłam jeszcze stracona. Może miałam jeszcze jakąś szansę. Jednak moja nadzieja umierała z każdym działaniem moich porywaczy. Odpięli mi nogi i ręce, na które natychmiast zostały nałożone kajdanki (na szczęście z przodu, a nie z tyłu, co zdecydowanie było na plus w zaistniałej sytuacji) i zaczęli gdzieś prowadzić. Próbowałam się wyrywać, ale było i ich kilku i trzymali mnie mocno, więc opór był bezcelowy. Westchnęłam ciężko. Ale bigos. Wlekli mnie jakimiś korytarzami, coraz niżej i niżej. Z każdym krokiem traciłam nadzieję na wydostanie się stamtąd w jednym kawałku. W końcu wprowadzili mnie do kamiennego pomieszczenia. Na pokrytych wodą ścianach rosła jakaś wariacja na temat grzyba i mchu, co napawało mnie lekkim obrzydzeniem. Na podłodze znajdował się właz przypominający mi wyglądem stare wejście do statków podwodnych.  Zachichotałabym na ten widok, gdyby nie sytuacja. Dwóch z prowadzących mnie mężczyzn opuściło na chwilę posterunek i odkręciło naziemne drzwi jak śrubę. Zaczęłam się gorączkowo wyrywać, jednak poczułam przy skroni pistolet. Mężczyzna, właściwie jeszcze chłopiec, wskazał mi drabinę umieszczoną w środku. Z duszą na ramieniu podeszłam tam i, co było znacznie utrudnione ze związanymi rękami, zaczęłam schodzić jeszcze niżej. Czułam się jak w kopalni i w gruncie rzeczy również tak pachniało. Zmarszczyłam nos, ale byłam coraz głębiej. Gdy moje stopy dotarły do ziemi, właz nade mną zasunął się. No pięknie. Nagle, spora lamp led na suficie zabłysło jasnym, zimnym światłem. Gdy w pokoju zapanował półmrok, zauważyłam że jestem w czymś w rodzaju podziemnej sali, z której odchodziło wiele tuneli. Na środku stały ciemne, metalowe drzwi. Mimowolnie przeszedł mnie dreszcz. Co się za nimi kryje? Na ścianie wyświetliła się informacja “ Nie karmiliśmy go od tygodnia. Albo od miesiąca. W każdym razie, powodzenia. :)” Uśmiech na końcu wyglądał wyjątkowo ironicznie. Aż się wzdrygnęłam. Drzwi się otworzyły. Wypełzła z nich kreatura przypominająca ogromnego węża. Nie mam pojęcia ile miał metrów ale nie to było najważniejsze. Na pewno był krwiożerczy i cholernie niebezpieczny. A ja byłam głucha i związana. Cudownie. Po prostu cudownie.

"Z Calią więcej NIE pijemy, czyli Seria Niefortunnych Zdarzeń level głucha Camille Belcourt" (Utrata słuchu ♖♘ 2/7)

     Gdy dotarło do mnie, co się stało, myślenie co zrobić następnie nie zajęło mi długo. Po prostu rzuciłam się na Calię i zrzuciłam ją z kanapy. Trzymając ją za szyję waliłam nią w podłogę z wściekłości.
- Co ty mi podałaś?! - wrzasnęłam. Potem dorzuciłam jeszcze kilka epitetów, których nie zamierzam przytaczać. Potem wszystko działo się zdecydowanie za szybko. Calia otrząsnęła się z początkowego zaskoczenia i już po chwili role się odwróciły. Jakimś cudem to ona trzymała kolana na mojej piersi, a przy mojej szyi trzymała nóż, który nie mam pojęcia skąd wytrzasnęła. Odetchnęłam głęboko kilka razy, przestając wić się jak piskorz, a następnie uniosłam ręce w geście kapitulacji.
- No złaź ze mnie. Już mi przeszło - poleciłam. Cali posłusznie wstała. - przepraszam - burknęłam po chwili niezręcznej ciszy. Wzruszyła ramionami, co uznałam za gest oznaczający wybaczenie. Wzięła z szafki telefon, po czym wystukała coś w notatkach. Podstawiła mi telefon pod noc “Ja też przepraszam” głosił dumnie napis “Naprawdę nie wiedziałam, że tak to się skończy. Przykro mi.” Kiwnęłam głową.
- Co się stało? - spytałam w końcu. Spojrzała na mnie dziwnie, po czym znów zaczęła coś stykać na telefonie. “Podejrzewam, że to skutki uboczne tego czegoś na kaca”
- Nie no serio?! - zapytałam ironicznie - Brawo, Sherlocku. - kobieta nie zwracała uwagi na moje zrzędzenie. Odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju w kierunku kuchni.
- Gdzie idziesz?! - krzyknęłam za nią. - Nie zostaaawiaaaj mniee… - usiadłam na ziemi i miałam ochotę zacząć płakać. Dlaczego spotykają mnie same nieszczęścia? Położyłam dłonie na twarzy, szykując się do dramatycznego szlochu. Jednak nagle moja postawa drastycznie się zmieniła. - Koniec tego jojczenia - postanowiłam. Zamiast zanurzać się w bezdennej odchłani rozpaczy, poklepałam się kilka razy po policzkach; a następnie wstałam i ruszyłam za Calią. Odnalazłam ją w kuchni, gdzie trzymała jakąś karteczkę.
- Co to? - spytałam. Zakreśliła markerem jeden z fragmentów i podała mi kawałek papieru. “Efekty uboczne:” przeczytałam “tymczasowa strata: słuchu, mowy, smaku. Ustępuje zazwyczaj po kilku dniach, jednak jakiekolwiek efekty uboczne występują niezwykle rzadko. W wypadku dłuższego ich występowania zaleca się wizytę u lekarza.” Po przeczytaniu informacji poczułam się jak opuszczają mnie wszystkie siły.
- Idę do lekarza - obwieściłam. - Do widzenia. - Musiałam mieć bardzo zdeterminowaną minę, gdyż Calia nawet nie próbowała mnie zatrzymać. Nałożyłam buty oraz płaszczyk i ruszyłam ku drzwiom. Poczułam jak Ace wciska mi coś w dłoń. Uniosłam rękę, i wyjęłam z niej zwitek papieru. Po rozwinięciu ukazał się napis. “Uważaj na siebie”. Spojrzałam na Calię i kiwnęłam głową.
- Do widzenia - rzuciłam. - Napiszę jak coś się zmieni. - dodałam, po czym wyszłam z jej mieszkania. Nie słyszałam za sobą trzasku drzwi, nie słyszałam szumiącej cicho windy, gdy zjeżdżałam na parter, nie słyszałam słów pozdrowienia, którymi obdarzył mnie mieszkający tam mężczyzna. Zobaczyłam tylko ruch jego ust, a mowa ciała dawała mi znak, że słowa były skierowane do mnie.
- Dzień dobry - rzuciłam, nawet nie siląc się na to, by mój ton brzmiał uprzejmie. Skinęłam mu głową w ramach rekompensaty za brak dobrych manier, a ten pokręcił głową z dezaprobatą. Ruszyłam powoli w kierunku najbliższej kliniki, czy czegokolwiek, co w swoim personelu posiadało lekarzy, lekko (=bardzo) powłócząc nogami. Szłam ze wzrokiem wbitym w ziemię. Oprócz ubrań i pierścienia nie miałam przy sobie praktycznie niczego. A seria niefortunnych zdarzeń już się zaczęła. Pozostało tylko czekać na kolejną tragedię. Nagle poczułam na ustach szmatkę nasączoną jakąś substancją. Po kilkunastu sekundach zamroczyło mnie. Nogi miałam jak z waty. Przestałam się wyrywać i poczułam jak powoli tracę kontakt z rzeczywistością. Zwyzywałam samą siebie w myślach za nieuwagę i głupotę. Czułam że to będzie mój koniec.

"Z Calią więcej NIE pijemy, czyli Seria Niefortunnych Zdarzeń level głucha Camille Belcourt" (Utrata słuchu ♖♘ 1/7)

     Zerknęłam niepewnie na Calię Ace.
- No dalej - wykonała zachęcający ruch dłonią. Jej szyderczy uśmiech zapewniał mnie, że picie tajemniczej substancji nie jest cudownym pomysłem. - No hop-siup. Mówię ci, zadziała świetnie!
- Nie byłabym taka pewna - burknęłam, łapiąc się za pulsującą od bólu głowę - poza tym na litość Boską ciszeej… - rozwaliłam się na jej kanapie, czując, że za chwilę zwymiotuję. Cal przezornie podstawiła mi wiadro, ale i tym razem dziękowałam swojemu żelaznemu żołądkowi za wytrwałość. Starając się zachować resztki godności, podniosłam się do pozycji siedzącej. Wspominając poprzednią noc, czułam coraz większe zażenowanie. Ace była pierwszą osobą, która ostatni raz przekonała mnie do picia w takich ilościach. Cieszyłam się, że po naszym “wieczornym wypadzie” nie obudziłam się bez nerek w cudzym mieszkaniu. Przynajmniej tyle dobrego.
- Ale mnie głowa nawala, raany - jęknęłam. - Nie schlałam się tak od kiedy… nigdy się tak nie schlałam. Co to było… To wódka?
- Na litość boską, królowo - odparła Calia, cytując. Najwidoczniej świetnie bawiła się patrząc na moje cierpienie. - Czy ośmieliłabym się nalać damie wódki? To był czysty spirytus. - zachichotała z własnego żartu, po czym zrobiła ustami motorek, po czym dodała - No już, już, słońce. Wypijesz to i od razu poczujesz się lepiej, zapewniam.
- Nie wierzę ci - rzuciłam, chowając głowę w ramiona jak żółw - Już nigdy ci nie uwierzę. Moje zaufanie do ciebie umarło wraz z kolejną butelką z, jak podejrzewam, czystym etanolem.
- Już nie dramatyzuj. Ja wypiłam i patrz: nic mi się nie stało, a wyglądałam jeszcze gorzej niż ty.
- Dzięki, zdrajco.
- Ależ nie ma za co, nie ma za co. No już, pij, pij. - wsadziła mi w dłoń kubek z jakąś intensywnie niebieską cieczą. Była tak gęsta, że wątpiłam, czy po odwróceniu szklanki w ogóle by się coś wylało.
- Jesteś żałosna - rzuciłam, po czym uniosłam szklankę do ust. Napój spływał po ściance powoli, co napawało mnie lekkim obrzydzeniem. Gdy wypełnił moje usta, od razu zmieniłam zdanie co do jego wartości. Poczułam, jak przez całe moje przechodzi dreszcz. Na języku czułam smak kawy i czekolady, co bardzo mi odpowiadało. Moc, którą przynosił przypominała mi połączenie kilkunastu energetyków z litrem kawy. Bałam się, że moje serce tego nie wytrzyma, jednak na kac z pewnością działał cudownie. Zerwałam się na nogi i w podskokach przemierzyłam pokój.
- Biorę dziesięć takich - rzuciłam pewnie. - Na wszelki wypadek. Gdzie mogę takie kupić? - zachichotałam, czując jak wszystkie objawy, z którymi musiałam się mierzyć od wstania z łóżka, minęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Odpowiedziała mi cisza. Żadnego szmeru. Kompletnie nic. Zdziwiona brakiem reakcji ze strony Calii, odwróciłam się. Siedziała na kanapie, zgięta w pół. Gdy się wyprostowała otarła wyimaginowaną (a może nie) łzę i spojrzała na mnie. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na nią dziwnie. Otworzyła usta i poruszała nimi bezgłośnie.
- Calia, koniec żartów. Powiedz wreszcie co masz do powiedzenia, a nie machasz ustami jak ryba. - rzuciłam sucho. Ace natychmiast spoważniała. Niemal widziałam, jak przez jej głowę toczy się proces myślowy. Gdy dotarło do niej, co się stało, kolejny raz ruszyła ustami. Nawet nie słysząc, byłam w stanie zrozumieć co powiedziała. “O kurwa”. A wtedy i ja zrozumiałam. Byłam głucha jak pień.

30 maja 2018

Od Camille cd. Calii, czyli co tam strata nogi, do wesela się zagoi (Quest ♙)

        Otworzyłam usta i wrzasnęłam tak przeraźliwie, że Calia musiała zatkać uszy, żeby nie ogłuchnąć. Gdy z powrotem je zamknęłam i spojrzałam na Ace, czułam, że opuściły mnie wszystkie emocje. Została mi tylko pustka.
- Zabiję cię - oświadczyłam, nawet nie próbując wstać z ziemi - Już jesteś martwa - zaśmiałam się tak, że nie powstydziłaby się tego żadna postać z horrorów. Calia zbladła i nawet nie próbowała do mnie podejść.
- Ja może lepiej pójdę po Weatherby'ego - wymamrotała i szybko wyszła z pokoju.
- Jasne, jasne! - wydarłam się za nią - Pewnie! Uciekaj sobie. Wstałabym do ciebie, ale zgadnijmy przez kogo nie mogę! - na ile to możliwe zwinęłam się w kłębek i załkałam bezgłośnie. Dlaczego zawsze coś musiało pójść nie po mojej myśli? I dlaczego to zawsze ja na tym cierpiałam?!
***
15 minut wcześniej
 Mężczyzna odchrząknął i odwrócił się w moją stronę.
- Panno Belcourt? Czy mam zaprowadzić panią do Firebirda?
- Nie - odparłam stanowczo - to jest... proszę dać mi i mojej kuzynce chwilę... Proszę.
- Oczywiście, oczywiście. Wrócę za dziesięć minut. - rzekł tamten, po czym wyszedł z pokoju. 
- Co ty sobie myślałaś - zapytałam Calii, patrząc na nią wrogo. Jeszcze bardziej rozwścieczał mnie ten jej głupkowaty uśmieszek dziecka z piaskownicy, które właśnie postanowiło walnąć inne łopatką i cieszyło się, że nie otrzymało reprymendy od matki - Mogłaś wszystko zwalić!
- Ale nie zwaliłam. Wszystko jest dobrze.
- Nie jest! Nie znam Londynu za dobrze, a zwłaszcza Londynu z Twoich czasów!
- Hohohoho, z moich czasów, jak to brzmi! Jakbym miała jakieś sto lat.
- No na pewno nie umysłowo. Jeśli chodzi o tę strefę, to masz ich z pięć.
- O co ci właściwie chodzi. Taka byłaś podjarana pomysłem powrotu do przeszłości, do sobie lata. Ja mam chorobę lokomocyjną. - zakaszlała teatralnie. Myślałam, że nie wytrzymam i jej po prostu przyłożę, jednak w ostatnim momencie porzuciłam ten pomysł.
- Świetnie. W takim razie cofnę się do przeszłości i jeżeli się okaże, że jesteśmy siostrami to sama siebie porwę. Nie mogę pozwolić, by taka wspaniała osoba jak ja, miała zwalone dzieciństwo przez kogoś takiego jak ty - zaczęłam się nawet zastanawiać nad możliwością wykonania tego planu, jednak zrezygnowałam i z tego przedsięwzięcia. - Jeżeli coś mi się stanie... To już jesteś martwa - zagroziłam.
- Jasne, jasne - Calia wyszczerzyła zęby. - Już pędzę. Uratuję cię jak rycerz na białym koniu. Chociaż na wieżę raczej nie będzie chciało mi się wdrapywać.
- Zrzucę na ciebie cegłę - odparłam - To będzie dopiero satysfakcjonujące. - Calia już otwierała usta, żeby się odgryźć, jednak szybko zamknęła je, gdy gospodarz miejsca, w którym przebywałyśmy wrócił do swojego gabinetu.
- Już? - spytał.
- Owszem. Dziękujemy z góry za podarowany nam czas. I za pomoc.
- Ależ nie ma za co... Nie ma nawet o czym mówić - Proszę za mną. - Ostatni raz rzuciłam zdenerwowane spojrzenie na Ace, po czym wyszłam za Weatherbym z gabinetu. Po krokach za sobą wnioskowałam, że najemniczka również postanowiła zobaczyć, jak powracam do innego miejsca, dwadzieścia lat wcześniej. Zeszliśmy schodami i ruszyliśmy plątaniną korytarzy i stopni. W końcu weszliśmy do kamiennego pokoju. Na ścianach wisiało coś w rodzaju pochodni, a na środku, na niewielkim stoliku stał dziwny, drewniany przedmiot z małym, świecącym na niebiesko sześcianem, umieszczonym po środku.
- Źle to wygląda, jeśli mam być szczera - rzuciłam.
- Proszę się nie martwić, pani Belcourt, wszystkie testy idą po naszej myśli. Prawdopodobieństwo, że coś się pani stanie jest niskie, a nawet jeśli, z pewnością będzie to odwracalne. Ma pani moje słowo.
- Eh... No dobrze. Co mam zrobić?
- Firebird jest nastawiony na miejsce i czas... Ja będę niedaleko... Dam się paniom pożegnać. - No cóż. Jeśli mam byś szczera, to nie zabrzmiało to zbyt dobrze. Wyszedł z pokoju, a ja westchnęłam i odwróciłam się do Calii.
- No cóż... Masz, czego chciałaś cwaniaro.
- No już, już. Uratujesz świat, odkryjesz tajemnicę, cokolwiek. Ależ ja tu się będę nuuudziiić - przeciągnęła się jak kot.
- Pardon? - zamrugałam ze zdziwieniem - A zresztą - machnęłam ręką - czep się jeża, jest robota do zrobienia.
- Pa paaa, słońce. - parsknęłam, po czym dotknęłam sześcianu. Poczułam, jak przez całe moje ciało przepływa prąd. A potem... poczułam, jak spadam na ziemię. Calia podeszła do mnie szybkim krokiem i kucnęła przy mnie, a wyraz jej twarzy dość jasno mówił mi, że coś jest bardzo nie tak.
- Co się stało? - spytałam jej cicho. Ace przełknęła głośno ślinę, zanim odpowiedziała:
- No cóż...
- Gadaj.
- Częściowo ci się udało - zatrzymała się na chwilę, jakby próbując dobrać odpowiednie słowa. - Choć nie sądzę, by jedna twoja noga, niezależnie jak ładna, mogła cokolwiek sama zdziałać w Londynie dwadzieścia lat temu - powiedziała szybko, po czym odsunęła się kawałek, jakby bała się, że ją uderzę. Przez chwilę musiały mi się połączyć synapsy, bym zrozumiała, co właśnie powiedziała. Uniosłam się na ramionach i spojrzałam na swoje nogi. I o ile jedna była całkowicie w porządku, o drugiej nie mogłam tego powiedzieć...
***
 I w ten oto sposób wróciliśmy do momentu, w którym leżę samiuteńka jak palec, w oczekiwaniu aż ktoś się nade mną zlituje albo mnie pocieszy. Cokolwiek. Zaklęłam cicho. Postarałam się chociaż usiąść, więc pomogłam sobie nieco, robiąc sobie z nogi stolika, na którym leżał Firebird podparcie. Wtedy do pokoju wróciła Calia wraz z Weatherbym. Mężczyzna ukląkł przy mnie.
- O mój Boże, tak bardzo panią przepraszam - zaczął błagalnym tonem - wszystko odkręcę, obiecuję, proszę mi dać tylko kilka godzin... - nie mogąc odnaleźć odpowiednich słów, kiwnęłam głową. - Przetransportujemy panią na górę do archiwum, przez czas oczekiwania będzie pani mogła poszukać informacji, może czegoś się panie dowiedzą, na interesujący panie temat - kolejne kiwnięcie. Po kilku minutach oczekiwania otrzymałam coś w rodzaju laski, dzięki której mogłam próbować przemieszczać się o własnych siłach. Na początku szło mi to wyjątkowo opornie, jednak chwilę później zaczynałam rozumieć jak poruszać się w ten sposób. Dzięki pomocy gospodarza i Calii udało nam się dostać do wielkiej sali z kilkudziesięcioma ciągnącymi się przez całą jej długość dość wąskimi regałami sięgającymi mniej więcej do piersi.
- Postaramy się załatwić to jak najszybciej - powiedział Weatherby, a następnie wskazał na jeden z regałów - Londyn powinien być gdzieś tam. - rzekł, a następnie wyszedł z pomieszczenia. Pokuśtykałam w tamtą stronę, a Ace niechętnie ruszyła za mną. Po kilkudziesięciu minutach, gdy już niemalże cała byłam pogrzebana w wycinkach z gazet i aktach, a resztka nogi, pomimo siedzenia na ziemi bolała mnie niemiłosiernie, usłyszałam głos.
- Nuuuuuuuuudziiii miiii sięęęęę. - uniosłam wzrok i zobaczyłam Calię leżącą na jednym z regałów.
- To mi pomóż.
- Nie aż taaaak - spojrzała na mnie jak na idiotkę. Przez chwilę panowała cisza, jednak nie znalazłam niczego ciekawego. Calia była przez chwilę cicho, miałam nawet pewne wątpliwości, czy żyje, jednak zdałam sobie sprawę, że postanowiła uciąć sobie drzemkę. Westchnęłam ciężko. Aż nagle znalazłam coś, czego tak długo szukałam.
- Calia - rzuciłam - Calia wstawaj. - Jednak zostałam całkowicie olana. - Aha. Super. Masz czego chciałaś - uniosłam laskę i z całej siły pchnęłam Ace w bok, zrzucając ją po drugiej stronie regału. Zachichotałam złowieszczo, gdy usłyszałam przekleństwo.
- Musisz mieć bardzo dobry powód, żeby mnie budzić - rzuciła Calia, wychylając się znad regału.
- Mam. Spójrz na to... 
 W momencie w którym sięgałam po fragment, który chciałam jej pokazać, usłyszałyśmy głos:
- Już wszystko gotowe. - niedaleko nas zmaterializował się majordomus Weatherby'ego. Drgnęłam lekko. Czy ten człowiek się teleportuje?! Pomógł mi wstać, a ja szybko zwinęłam fragment gazety i schowałam go niepostrzeżenie do kieszeni. Gdy zeszliśmy z powrotem do pokoju z krwiożerczym sześcianem, zauważyłam, że jego kolor się zmienił. Teraz lśnił na czerwono.
- Zeżarł twoją nogę i pacz jaki błyszczący - rzuciła Calia zapewne wciąż zirytowana tym, że ją obudziłam.
- Wszystko gotowe - powiedział nasz gospodarz. - proszę położyć rękę na sześcian. - Spojrzałam na niego nieufnie, ale położyłam rękę we wskazanym miejscu. Miałam nadzieję, że tym razem wszystko zadziała. Poczułam ten sam prąd, jednak teraz skumulował się w miejscu mojej nieistniejącej nogi. Po chwili poczułam, że stoję prosto. Wróciła! Niemalże rozpłakałam się ze szczęścia. Jest! Wszystko dobrze... Odłożyłam laskę i spróbowałam zrobić sama kilka kroków. Na początku się chwiałam, jednak już po chwili odzyskałam pełną sprawność. Wtedy spojrzałam na Calię wzrokiem, który miałam nadzieję, że zrozumiała. "Zmywajmy się stąd, błagam, bo dłużej tu nie wytrzymam". Przez chwilę patrzyła na mnie, jakby myślała o tym, czy tym razem nie zabrało mi mózgu, jednak po chwili kiwnęła głową.
(Calia? :>)

23 kwietnia 2018

Od Argony - Pojedynek z Pitbullem

    Argona przekazała żetony organizatorowi.
- Więc gdzie ten twój pies? - spytał rzeczowo, ostentacyjnie rozglądając się, jakby oczekiwał, że wspomniany kundel pałęta się gdzieś w okolicy.
- Przywiozę go w umówione miejsce. Możesz mi uwierzyć, człowieku, że nie chciałbyś się z nim poznać z odległości mniejszej niż dziesięciu metrów, będąc w żelaznej zbroi. - Głos Alphy był nieco zniecierpliwiony. Chciała jak najszybciej załatwić tą sprawę i wziąć się do roboty. Była znudzona. Bardzo znudzona. Dnie spędzone na próbach ogarnięcia sytuacji spełzły na niczym i teraz miała ochotę tylko wyładować nieco energii.
- Obojętne. Tylko dotrzymaj umowy, nic więcej mnie nie obchodzi.
- Możesz być tego pewien.

  Czarny wilk stał na wyprostowanych łapach na środku ogrodzonego metalowym płotem placu zabaw. Dookoła rozentuzjazmowany tłum krzyczał, sypały się zakłady. Impreza nie była zbyt kameralna, jednak mieszkańcy otaczających teren bloków zdawali się ją ignorować. Zresztą możliwe było, że teren został odpowiednio wyciszony i zabezpieczony. W końcu często tak robili.
  Od furtki rozległ się warkot. Argona odwróciła się, by ujrzeć raczej niewielkiego, silnie zbudowanego psa, któremu z pyska ciekła piana. Pitbull nie warknął. Nie szczeknął. Jak stał, tak puścił się pełnym galopem w kierunku przeciwnika. Skoczył, a jego szczęki powędrowały do gardła wilka. Publiczność ryknęła. Oba zwierzęta potoczyły się po trawie i uderzyły o ściankę piaskownicy. Wadera, która znalazła się na dole, z całej siły odepchnęła łapami małego sukinsyna i wrzuciła go prosto do piachu. Nim się zdążył pozbierać, była już przy nim i teraz jej szczęki usiłowały wgryźć się w tchawicę psa. Pitbull wykręcił się, sypiąc naokoło piaskiem. Argona uderzyła łapą w piasek i warknęła z uciechy, gdy pył wpadł do oczu psa, który zaczął się miotać jak oszalały, próbując się go pozbyć, ocierając się o co się dało i przy okazji wcierając sobie więcej piasku w czułe miejsca. Wadera pozwoliła mu jednak męczyć się jeszcze tylko chwilę. Niedługo potem ciało psa zastygło w bezruchu, a tłum zajął się rozliczaniem swoich wielkich wygranych i dyskutowaniem o jeszcze większych przegranych. W tym zamieszaniu nikt nie zauważył zniknięcia zwycięscy.

ZWYCIĘSTWO!
Otrzymujesz z powrotem swój zastaw: 2§
Przy opuszczaniu imprezy wdałaś się w niespodziewany konflikt z jednym z bramkarzy. Tak łatwo ci tego nie zapomni. Jednak nie przejmuj się, w ciągu tygodnia ma zostać zmieniony. W ciągu tego czasu za wstęp za arenę walk będziesz musiał jednak zapłacić mu dodatkowe 2§
Zyskujesz: 2000 exp i kieł
Zaliczone

11 kwietnia 2018

Walka ze zwierzęciem -> Rottweiler

    - To ma być widowisko. Ludzie mają się bawić - wychrypiał mężczyzna, po czym zaciągnął się cygarem. Poklepał palcami w stare biurko - To tylko pies. Zawszony kundel.
- Rottweiler - sprostowała kobieta, której twarz ukryta była za nikabem.
- To nie jest ważne. Ludzie mają się bawić. Na tym to polega.
- Rozumiem. Coś jeszcze?
- Tak. Walka odbędzie się jutro o dwudziestej trzeciej na Arenie Ósmej. Mój kontakt wyśle Ci dokładne wytyczne.
- Dobrze.
- Jesteś nowa w tej branży, więc zaczniemy od prostych rzeczy.
- Mhm - kobieta wstała z miejsca - Do widzenia, Vodka.
- Jestem Oddkar.
- Wszystko jedno. Do widzenia.
- Do widzenia. Powodzenia, Słowiku
***
 Camille przechyliła głowę tak mocno, że aż chrupnęły jej kręgi. W zaułku jednej z uliczek panował półcień, z okien budynków wystawały ciekawskie głowy ludzi, którzy przyszli tu oglądać rozlew krwi. Nieważne czyjej.
- Zaczynamy za dziesięć... dziewięć, osiem, siedem - Słowik dobyła niedawno kupionego noża i miała nadzieję, że jej nie zawiedzie - sześć, pięć, cztery - stanęła w pozycji niemalże bojowej. Wiele się nauczyła przez ostatnie kilka tygodni, zaczęła przykładać większą wagę do swojej kondycji i miała nadzieję, że uda jej się to wykorzystać tamtej nocy. "Za dużo nadziei, za mało pewności" pomyślała, a potem skupiła się na miejscu, z którego spodziewała się ataku - trzy, dwa, jeden. Wypuszczać!
   I prawda jest taka, że gdyby nie to, że rottweiler warczał jak porąbany, Belcourt mogłaby się pożegnać z nogą. Nie spodziewała się, że pies będzie aż tak wielki. Na szczęście w porę wycelowała kopniaka niedaleko ucha psa, po czym odskoczyła kilka kroków. Psa rozwścieczyło to jeszcze bardziej. Chcą widowiska? No cóż. Zobaczymy jak to wyjdzie. Kreatura rozpędziła się, wskoczyła na kosz na śmieci i wyskoczyła w kierunku twarzy kobiety. Ta schyliła się nieco i uniosła nóż, przez co przerył się on przez cały brzuch rottweilera. Chlusnęła na nią krew, a pies spadł na ziemię. Dla pewności wbiła mu nóż w oko, a potem wytarła ostrze o jego futro. Niespodziewanie usłyszała kolejne warknięcie. Umówili się na jednego psa. Rozwścieczona rzuciła nożem w zbliżający się cel. Nóż utkwił w gardzieli potwora. Wyjęła go ostrożnie, uważając na ostre jak brzytwy zęby drugiego rottweilera. 
- Oj Vodka, Vodka. Mnie się nie oszukuje.
Zwycięstwo!
Otrzymujesz z powrotem swój zastaw: 
Dodatkowo za oszustwo uzyskujesz od Oddkara przywilej, dzięki któremu nie będziesz musiała dawać zastawu za kolejną walkę.
Zyskujesz: 2500 exp i kieł
ZALICZONE 

24 listopada 2017

Co uknuła Chloe, czyli o tym, dlaczego biały rogal nie lubi kamieni szlachetnych


---------------------------------------------------------------

JD twierdzi, że dobrze sobie radzisz i powinnam dać ci możliwość awansu. Dobrze. Sprawdzimy czy dobrze Cię ocenił.

Chcę, żebyś włamała się dla mnie do głównej siedziby Menthis corp. i wykradła dla mnie ich plany strategiczne na najbliższe lata.

Nie spieprz tego.
Chloe

---------------------------------------------------------------

Nic mi do tego, ale JD bał się napisać, więc przekazuję ci informacje od niego. 
Powiem wprost. To pułapka! Chloe wcale nie ma ochoty nikogo awansować (chyba nawet pokłóciła się o ciebie z JD lol), jednak Yukio podpuścił ją i ostatecznie się z nim założyła, że nie dasz rady wykonać zadania. Niezależnie od tego czy ci się uda, czy nie sztorm jest nieunikniony ;_; więc się nie przejmuj i daj z siebie wszystko! :D
W Menthis na pewno będą ostrzeżeni o twoich zamiarach, a plany, które podesłała ci Chloe zapewne są fałszywe, więc lepiej będzie, jeśli sama zrobisz zwiad. 
Nie ufaj nikomu ;_; Nie wiadomo, co nasza szefowa jest w stanie zrobić dla zakładu.
Powodzenia Szafirku ^^
Kumiko

---------------------------------------------------------------


Zamknęłam z wściekłością laptopa. A więc tak Chloe zamierza to rozegrać? Postukałam palcem w kolano. Już ja jej pokażę. Menthis corp się mnie spodziewa, tak? No cóż, mili państwo, chyba jednak będziecie musieli odwołać to jakże pięknie zapowiadające się przyjęcie z przyłapaniem mnie w roli głównej. Zastanowiłam się chwilę. Chloe zna mój system działania, więc to musi być coś, czego się nie spodziewa. Hm, mówią, że najciemniej jest pod latarnią, prawda? Może i coś w tym jest, ale na początku przydałoby się zrobić porządne rozeznanie w sytuacji? Jak dobrze, że mam gdzieś w szafce stare plany siedziby Menthisu. Wiedziałam, żeby nie wyrzucać informacji zdobytych na początku mojej słabo zapowiadającej się kariery. Dobrze, że Księżyc nie wie o wszystkim, co się dzieje z jej podwładnymi. Podeszłam więc do komody stojącej na końcu salonu i wyjęłam z niej dość cienką teczkę z wielkim "M" napisanym czarnym markerem. W środku znajdowało się niewiele - jedynie plany i coś tam o przywódcy organizacji. Jednak to wystarczyło. Wyjęłam plany, które mnie interesowały i, z ciekawości, ponownie usiadłam przed laptopem. Pobrałam fałszywki od Chloe do porównania. Chciałam przekonać się, czy faktycznie wystawiła mnie dla zakładu, ale wiedziałam, że to prawie pewne. Ona nie lubi przegrywać i wyznaje zasadę "po trupach do celu". I rzeczywiście, plany delikatnie się różniły. To były niewielkie zmiany, przesunięcie niektórych pokoi, inne miejsca szybów wentylacyjnych czy alarmów, ale to wystarczyłoby do pogrzebania mojej misji zanim by się dobrze zaczęła. Prychnęłam pod nosem zniesmaczona. Wysłałam tylko odpowiedź do Kumiko z podziękowaniem za ostrzeżenie, a sama zabrałam się do obmyślania dalszej części planu. "Najciemniej jest pod latarnią" - dźwięczało mi w głowie. Świetnie. Więc zrobię coś nieprzewidywalnego. Coś, co kłóci się ze wszystkimi moimi działaniami podjętymi do tej pory. Coś, czego sama bym się po sobie nie spodziewała. I coś, co będzie wymagało ode mnie najwyższych kwalifikacji i wielkich umiejętności. Założyłam kosmyk włosów za ucho i przygryzłam wargę, rozważając dobre i złe strony moich zamiarów. Jeśli mnie złapią, skończę beznadziejnie. I wtedy to już nie będzie kwestia odsiadki w więzieniu. A bycie królikiem doświadczalnym na obcym terytorium też mi się nie uśmiecha. Jednak jeżeli pójdę za tropem Chloe, to i tak wyjdzie na to samo. Ryzyko jest duże. Ale, według mnie, warte podjęcia. Na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Tak, zaatakuję inaczej niż zwykle. I zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni.

***

Stanęłam przed lustrem pełna podziwu dla samej siebie. Ubrana byłam w obcisłą kremową spódnicę i lekko błękitną koszulę. Na stopy założyłam czarne szpilki, które podwyższały mnie o kilka centymetrów, blond włosy upięłam w ciasny kok, na dłonie naciągnęłam cieliste rękawiczki, a na nosie widniały czarne okulary zerówki. Usta podkreśliłam mocno czerwoną pomadką, czego zwykle nie robię, a oczy zostawiłam naturalne. Nałożyłam jedynie koloryzujące na granatowo soczewki, by mieć choć trochę poczucia, że ta dziewczyna w lustrze to nadal ja. Dodatkowo przeklinałam moją głupotę za tak charakterystyczny talizman, który, oczywiście, również musiałam zdjąć z głowy. Stwierdziłam jednak, że nigdzie się bez niego nie ruszam, więc najzwyczajniej w świecie owinęłam go sobie wokół nadgarstka, a przydługi łańcuszek zakamuflowałam mnóstwem innych bransoletek. Spojrzałam na zegarek. Równo trzynasta. Wzięłam dwa głębokie oddechy, poprawiłam bransoletki i zgarnęłam ze stolika dużą elegancką czarną torebkę, którą zawiesiłam sobie na przedramieniu. Sprawdziłam, czy mam w niej teczkę, długopis i sfałszowane dokumenty, po czym otworzyłam drzwi. Ostatni raz spojrzałam na moje mieszkanie, zastanawiając się, co będzie, gdy mi się nie uda. Szybko jednak odegnałam od siebie te myśli. Zamknęłam drzwi na klucz i zjechałam windą na parter, kierując się do wyjścia z budynku. Na Arenę Czwartą postanowiłam pojechać taksówką i już po kilkunastu minutach stałam przed oszklonymi drzwiami obrotowymi. Wzięłam głęboki oddech i pewnym krokiem przeszłam obok stojącego nieruchomo ochroniarza. Skierowałam się na prawo do swego rodzaju recepcji. Musiałam mieć naprawdę ostrą minę, bo ludzie jak na zawołanie usuwali mi się z drogi. Moja torebka poruszyła się lekko, a ja od razu zacisnęłam mocniej dłoń. "Lizzy, proszę" - błagałam w myślach. - "Siedź cicho".
- Słucham? - zapytał mechanicznie siedzący za szybą rudowłosy chłopak, nawet nie podnosząc na mnie wzroku. Chrząknęłam znacząco, wyciągając z torebki sfałszowane dokumenty. Recepcjonista spojrzał na mnie pytająco.
- Kontrola z ramienia urzędu, wydział do spraw walki z przekrętami gospodarczymi - powiedziałam ostro, ale spokojnie, podsuwając rudzielcowi legitymację pod nos. - Dzień dobry.
Chłopak zmrużył oczy, przysunął się bliżej dokumentu, oglądając go wnikliwie, podczas gdy moje serce prawie dostawało palpitacji ze stresu. W końcu chyba nie zauważył niczego podejrzanego, bo tylko spojrzał na mnie ze sztucznym uśmiechem.
- Panna Armano, zgadza się? - zapytał, a ja szybko zorientowałam się, co jest grane.
- Argadno - poprawiłam go z westchnieniem, chowając legitymację do torebki. Wiem, co mam na sfałszowanych dokumentach. - Dlaczego każdy to myli? - zapytałam retorycznie, krzywiąc się teatralnie. Rudowłosy skinął głową.
- Co taka piękna urzędniczka robi w naszym pięknym laboratorium? - kontynuował. Wzruszyłam ramionami.
- Dostaliśmy zgłoszenie, że nie płacicie prawidłowo rachunków i fałszujecie faktury - odpowiedziałam spokojnie.
- Ależ nic podobnego! - zaprzeczył natychmiast. - Jesteśmy dobrze pro...
- Panie, ja tu nie przyszłam dla zabawy - przerwałam mu ostro. - Dostaliśmy zgłoszenie, wysłali mnie, żebym to sprawdziła. Mnie też się nie chce tu być, ale taką mam pracę. Więc niech mi pan nie utrudnia zadania, z łaski swojej, i po prostu zaprowadzi do głównego księgowego, do szefa oraz do archiwum, ja stwierdzę czy zaszło tu jakieś przestępstwo, czy nie i więcej mnie pan, mam nadzieję, nie zobaczy.
Chłopak wyglądał, jakby chwilę się nad czymś zastanawiał.
- Niestety nie wolno mi samemu podejmować takich decyzji - oznajmił w końcu, wciąż ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
- Mój czas to pieniądz - ostrzegłam go. - Proszę zadzwonić do przełożonego, jeśli pan sam nie zna rozkładu pomieszczeń i nie ma takiej władzy, by kogoś mi przydzielić.
Rudowłosy zacisnął mocno usta, ale odsunął się i sięgnął po telefon. Powiedział coś do słuchawki, a ja ostentacyjnie postukałam paznokciami w blat. W końcu recepcjonista znów zbliżył się do okienka.
- Oczywiście, panno Argadno, przepraszam za to zamieszanie - wrócił do poprzedniego tonu i wyrazu twarzy. - Nasz ochroniarz zaprowadzi panią tam, gdzie pani potrzebuje. Aha, tylko jeszcze jedno. Poproszę o pani torebkę. Muszę ją prześwietlić. Rozumie pani, na teren tej posiadłości nie można wnosić żadnej broni czy innych niepożądanych przedmiotów - oświadczył z przepraszającym uśmiechem.
- Ależ oczywiście - powiedziałam, nie ujawniając swojego zaskoczenia. Postawiłam torebkę przy okienku, a gdy wziął ją do rąk, z ulgą zobaczyłam znikający pod blatem zielony ogon. Odetchnęłam w duchu. Teraz jedyne co tam znajdzie, to teczka z "papierami do kontroli", długopis, legitymację, sfałszowany dowód i parę drobniaków. Zgodnie z moimi oczekiwaniami, chłopak po chwili oddał mi torebkę.
- Archiwum schodami w dół i na prawo - oznajmił szorstko ochroniarz, przepuszczając mnie pierwszą. Pewnym krokiem ruszyłam przed siebie. Dobrze wiedziałam, że to nie tam znajdują się informacje, których szukam. I tu również miałam rację, nie wyszłam stamtąd jakoś specjalnie bogatsza o nowe informacje. U głównej księgowej też nie było czego szukać, po prostu przydała się do przykrywki. Miałam tylko nadzieję, że nie poznała się na mojej beznadziejnej znajomości ekonomii.
- Teraz do szefa - rozkazałam, zaznaczając na liście przypadkowy punkt.
- Niestety, szefa dzisiaj nie ma - stwierdził ochroniarz, chcąc wyprowadzić mnie do wyjścia.
- Bez podpisu szefa lub chociaż jego zastępcy nie będę mogła zakończyć kontroli - oznajmiłam szorstko, zatrzymując się na środku korytarza.
- To nie mój problem - wzruszył ramionami mężczyzna.
- Proszę mnie zaprowadzić do zastępcy szefa, reszta mało mnie interesuje - powiedziałam tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Słuchaj no, panieneczko - zaczął wkurzony ochroniarz, przybliżając się do mnie niebezpiecznie.
- Spokojnie, spokojnie - zaoponował nagle głos, który znałam z recepcji. - Możesz wracać, ja panią obsłużę.
Zmierzyłam go podejrzliwym wzrokiem.
- A jednak ma pan odpowiednie uprawnienia? - spytałam zimno.
- Oczywiście - uśmiechnął się rudzielec. - To wcześniej było dla zmyłki. Zapraszam do gabinetu szefa.
Weszliśmy do ogromnego, nowoczesnego pomieszczenia. Chłopak zasiadł po jednej stronie biurka i ja, ku jego zdziwieniu, zrobiłam to samo. Zauważyłam zamkniętą na klucz szafkę, w której mogło być coś istotnego. I zauważyłam znajomy zielony ogon przebiegający po mojej torebce. Oparłam się o biurko tak, by zasłonić szafkę. Z mankietu koszuli wysunęłam wsuwkę, którą ostrożnie wsunęłam do dziurki od klucza. Reszta należała już do mojej jaszczurki.
- Eee, wszystko w porządku? - zająknął się rudowłosy, podnosząc się z krzesła. Zaczęłam się teatralnie wachlować wolną ręką. W drugiej, za plecami wciąż trzymałam torebkę.
- Strasznie tu duszno - powiedziałam słabo. - Jakoś średnio się czuję.
- Zbladła pani - stwierdził, a w jego głosie wyczułam lekką panikę. - Może otworzę okno? - zapytał.
- Och tak, proszę.
Chłopak odwrócił się, podszedł do okna i otworzył je na oścież. Ja tymczasem zrobiłam to samo z szafką. Na szczęście Lizzy udało się jakoś obejść ten zamek.
- Lepiej? - zapytał przerażony chłopak, odwracając się do mnie. Przyłożyłam dłoń do czoła.
- Ma pan może jakąś wodę? - wychrypiałam. - Czasem mi się zdarzają takie napady - wyjaśniłam słabo. - Woda powinna pomóc.
- Tak, oczywiście! - ożywił się chłopak. - Proszę się oprzeć, ja zaraz wracam! - zawołał, po czym wybiegł z gabinetu. Ja natomiast szybko sprawdziłam zawartość szuflady. Nie było tam zupełnie niczego. A przynajmniej tak mi się zdawało. Słyszałam już kroki blisko drzwi, gdy w oczy rzuciła mi się kartka zapisana odręcznym pismem. Zdążyłam zauważyć jedynie słowo "Noctis", więc szybko wrzuciłam arkusz do torebki. Nie zdążyłam nawet zamknąć szafki, gdy w progu pojawił się rudowłosy recepcjonista. Spojrzał na mnie lekko zdziwiony, na co ja teatralnie zachwiałam się, jedną rękę przykładając do głowy, a drugą opierając się o biurko, by rzekomo nie upaść. Jęknęłam też z bólem, co zagłuszyło dźwięk zamykanej biodrem szuflady.
- Proszę się napić - chłopak podsunął mi kubek wody, a dłonią mocno przytrzymał mnie za łokieć. Upiłam kilka łyków, nie dotykając krawędzią naczynia do ust. Chłopakowi na szczęście nie rzuciło się to w oczy, bo skupiał się na patrzeniu w inny punkt. Dopiero gdy odchylałam kubek, chcąc go odstawić, dotknęłam dolną wargą jego powierzchni, zostawiając tam czerwony ślad, ale nie zostawiając śliny. Odczekałam chwilę, po czym odchrząknęłam i oderwałam dłonie od biurka.
- Już w porządku - zapewniłam, choć cały czas miałam lekką chrypę. - Poproszę o podpis tutaj - pokazałam miejsce na końcu wyjętego przeze mnie dokumentu - i już mnie nie ma.
- Oczywiście - odpowiedział chłopak, znów przybierając profesjonalny ton. Wnikliwie przeczytał całą notatkę z "kontroli", a następnie złożył swój podpis w wyznaczonym miejscu.
- Proszę dopisać, że w imieniu szefa - pouczyłam go, wciąż dość słabym tonem. Rudowłosy wykonał moje polecenie, po czym oddał mi dokumenty.
- Dziękuję bardzo - uśmiechnęłam się, wrzucając wszystko do torebki. - Wygląda na to, że zawiadomienie było fałszywe. Nie znalazłam tu żadnej nieprawidłowości.
- Mówiłem pani od samego początku - stwierdził chłopak.
- A ja mówiłam panu, że muszę wykonać swoją robotę - odcięłam się. - Za coś mi przecież płacą. Odprowadzi mnie pan do wyjścia czy sama mam trafić? - zapytałam, unosząc brew.
- Odprowadzę, oczywiście - oznajmił szybko i oboje wyszliśmy z gabinetu. Odetchnęłam z ulgą, widząc oszklone drzwi coraz bliżej i bliżej. Już miałam wychodzić, gdy mój "przyjaciel" po raz kolejny mnie zawołał. Moje serce prawie stanęło, jednak odwróciłam się z opanowaniem. Ten tylko wcisnął mi w dłoń karteczkę i odszedł z uśmiechem. Tym razem odetchnęłam z ulgą dopiero po wyjściu z tego okropnego budynku. Wsiadłam do najbliżej stojącej taksówki i spojrzałam na karteczkę. "Niech pani zadzwoni :)" Prychnęłam z niedowierzaniem, drąc papier na strzępy i wrzucając do torebki, co poskutkowało dezaprobatą mojej jaszczurki, która natychmiast przeniosła się na moje ramię. Będąc już w domu, wyjęłam arkusz ukradziony z gabinetu von Alwasa. W oczy natychmiast rzucił mi się jeden podpunkt, jednak teraz miałam czas, by przeczytać go do końca. "Noctis na razie zostawić w spokoju, współpraca z Chloe układa się bardzo owocnie, obiecała przenieść do nas kilku najlepszych ludzi w zamian za odpowiednią zapłatę. Nie zamierzamy jej zapłacić, oczywiście. A jeśli coś pójdzie nie tak, nie widzę przeszkód do rozpoczęcia z Noctisem otwartej wojny". "Hm, cóż, Księżycu, nie ma za co" - pomyślałam kwaśno. Tyle zachodu dla informacji, które były wiadome od samego początku. Ale przynajmniej udowodniłam sobie i Chloe, że jestem coś warta. I że należy doceniać moje umiejętności. No i w końcu mogę zdjąć te cholerne okulary.