Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James von Alwas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James von Alwas. Pokaż wszystkie posty

12 lutego 2020

Od Jamesa cd. Lucii

 James skrzywił się na moment, jakby toczył wewnętrzną walkę, czy powinien psuć jej aktualną wizję świata, czy też może zaczekać, aż sama się o niej dotkliwie przekona. Wykonał coś pomiędzy i po prostu otworzył drzwi wyjściowe, kwitując krótko:
— Pada.
  Na widok jej uniesionych brwi i dłoni zastygniętej na pasku od płaszcza westchnął cicho. To oznaczało bowiem, że będzie musiał ponownie się odezwać, a i być może stoczyć dłuższą dyskusję na temat aktualnych konwenansów i savoir-vivre'u.
— Odwiozę cię — mruknął tylko. Widząc jej chęci do protestów, których zresztą można się było spodziewać po kimś takim jak ona, po prostu wykonał wymowny gest w stronę drzwi, a błyskawica za oknem jakby potwierdzała jego słowa. Przymknął drzwi i ruszył po kluczyki do samochodu i jeszcze jedną butelkę wina, nieco innego jednak w podobnym guście, białe i włoskie, po czym praktycznie wepchnął ją kobiecie w dłoń.
— Nie żebym narzekała na taki obrót wydarzeń, ale to za co? — spytała, trzymając nie-prezent od niego w dłoniach. Jedyną odpowiedzią był chrzęst zamykanego zamka.
— Chodź — mruknął tylko cicho, na co oczywiście otrzymał fuknięcie ze strony kobiety.
— Jeśli dobrze pamiętam, drzwi są w zupełnie drugą stronę, a ja tutaj na noc na pewno zostawać nie zamierzam.— Na szczęście nikt ci tego nie proponuje — odparł Von Alwas krótko i spokojnie, po czym poprowadził kobietę do wejścia do garażu, gdzie mogli dużo prościej, a z pewnością bardziej sucho, dostać się do samochodu lekarza. Wszedł do samochodu, a i gdy Parfavro się tam znalazła otworzył garaż przyciskiem na pilocie, odpalił silnik i wyjechał ze swego miejsca. Od pierwszej sekundy w dach zaczęły uderzać wielkie krople, a światła auta rozjaśniały nieco zmoczony bruk przed nimi. Ciemnowłosy przez chwilę żałował, że po prostu nie może wyjść z samochodu i wystawić się na deszcz, poczuć chłodne krople wody na twarzy, przymknąć oczu i wsłuchać się w odgłosy burzy, wdychać jej elektryzującą woń, uznał jednak, że takie zachowanie nie należy do zestawu uznawanych za normalne w takiej sytuacji, wobec czego wyjechał na ulicę, nie zaprzątając sobie tym głowy. Jego palce pewnie zaciskały się wokół kierownicy, patrzył przed siebie skupiony na drodze i wszelkich zmiennych związanych z trasą.
— Nie wiedziałem, że interesujesz się sztuką — mruknął w końcu cicho, po czym zerknął na Parfavro, napotykając spojrzenie "ale ty się chwalisz czy żalisz", co jedynie sprawiło, że pożałował, iż się odezwał. — Po prostu to mnie zaskoczyło, to tyle — jak na kogoś z jego umiejętnościami "zaskoczenie" było jednym z rzadziej odczuwanych reakcji na jakiś fakt z czyjegoś życia. Wzruszył ramionami, dając jej tym samym znak, iż nie musi podejmować tej konwersacji i nie będzie mu to wcale przeszkadzało, wręcz przeciwnie. A jednak to zrobiła.
(Lucia?)

9 lutego 2020

Od Jamesa cd. Lucii

 James zapiął na szyi złoty, długi łańcuszek pozwalając, by jadeitowy kieł odciął się wyraźnie od czarnego golfu na wysokości splotu słonecznego, po czym pewnym krokiem ruszył w kierunku drzwi. Do spotkania ze sponsorem zostało jeszcze trochę czasu, więc najprawdopodobniej osobą stojącą po ich drugiej stronie musiała być towarzysząca mu tego wieczoru Włoszka. Otworzył drzwi i skinął jej głową, a jego wzrok zlustrował ją uważnie. 
— Akceptowalnie — stwierdził po chwili, przepuszczając ją w drzwiach. Jej butelkowozielona sukienka zafalowała, gdy szła, a obcasy złotych sandałów stukały wesoło o jasne drewno jego podłogi. Gdyby jej prezencja interesowała go na tyle, że przyglądałby się dokładniej, zauważyłby że chyba po raz pierwszy widzi ją nie w standardowo prostych włosach. Kręcone pasma opadały jej na ramiona i plecy, po czym zatrzęsły się lekko gdy prychnęła i poklepała go po ramieniu.
— Ciebie też miło widzieć — rzuciła zgryźliwie. James podszedł, by zabrać jej płaszcz i odwiesić go na wieszaku niedaleko drzwi. Normalny człowiek powiedziałby "Czuj się jak u siebie" albo "Dziękuję za pomoc" czy "Cieszę się, że przyszłaś", jednak chyba oboje już wiedzieli, że nie ma co się spodziewać z jego strony takich uprzejmości, więc Parfavro po prostu przeszła dalej bez słowa, oglądając jego minimalistycznie urządzony dom. Z pewnością królowała tam biel, czerń i szarości a niewielka ilość abstrakcyjnych obrazów w podobnej kolorystyce czy nieliczne sukulenty czy kaktusy potęgowały jedynie jego chłodny i nieprzyjaźnie surowy klimat. Von Alwas obserwował, jak kobieta idzie wgłąb  sporego salonu. 
— Trzeba ci przyznać, że przynajmniej jesteś konsekwentny — mruknęła, jednak mężczyzna zgrabnie zignorował ten fakt. Poprowadził jej za to do kuchni (minimalistycznej i czarno-białej, cóż za zaskoczenie). 
— Wina? — spytał krótko, na co Lucia jedynie skinęła głową, wobec czego mężczyzna wyjął z jednej z najwyższych półek szklane naczynie i nalał kobiecie lampkę białawego trunku. W piekarniku już przygotowywała się część dania, co sprawiło, że po kuchni roznosił się przyjemny dla nozdrzy zapach. W tym momencie usłyszał ponownie dzwonek do drzwi. Skinął Lucii wyjaśniająco i ruszył w kierunku drzwi wyjściowych. Wpuścił swojego, jeśli wszystko dobrze pójdzie, sponsora i jego zastępcę z kamiennie uprzejmym, zabrał od ich kurtki i wprowadził do otwartej jadalni, gdzie mieli spędzić większość wieczoru. Z kuchni przeszła do nich również Parfavro z promiennym uśmiechem na twarzy, odstawiając na szafkę obok lampkę z winem.
— Panie Wiley, panie Verre, to jest Lucia Parfavro, moja... — mężczyzna zrobił przerwę, sam nie wiedząc, jak powinien ją zatytułować. Kłamstwo jak zawsze  nie przechodziło mu przez gardło.
— Jestem najlepszym, co go w życiu spotkało — zaszczebiotała wesoło, wyciągając do mężczyzn po kolei prawą dłoń, gdy drugą niespodziewanie objęła go w pasie. Skinął jej głową, co dla mężczyzn stojących przed nimi było zapewne przyznaniem wspaniałości jego domniemanej drugiej połówki, jednak tak naprawdę była to  próba niemego podziękowania jej, chyba po raz pierwszy podczas ich znajomości, za uratowanie sytuacji. — Miło mi panów poznać — dodała, wciąż nie zdejmując z twarzy uśmiechu.
— Może usiądziemy — zaproponował ciemnowłosy, odzyskując rezon. — Lepiej się rozmawia przy jedzeniu — uniósł kąciki ust.
— Potrzebujesz czegoś? — spytała Lucia, czekając aż pozostali zasiądą na swoich miejscach, po czym szepnęła do niego konspiracyjnie — Żartuję, i tak ci nie pomogę — puściła do niego oczko, po czym zasiadła na swoim miejscu, zostawiając miejsce dla niego. Von Alwas przewrócił oczami za plecami swoich gości i przeszedł do kuchni. Zajął się przygotowaniem resztą jedzenia i już niedługo później cztery parujące talerze z krewetkami w winie i świeżo upieczonym pieczywem. Gdy zasiadł razem z nimi przy stole zauważył, że Lucia już wciągnęła się w rozmowę z jego sponsorem. Z nazwisk i kontekstów, jakie wyłapał z tej konwersacji wynikało, że rozmawiali o... obrazach. Utkwił wzrok w Lucii, zastanawiając się, ile jeszcze rzeczy mógłby dowiedzieć się o niej, gdyby po prostu ją dotknął, jednak wtedy usłyszał z naprzeciwka głos:
— Jesteście... wyjątkowo dopasowani — przeniósł wzrok na Wileya. — Miło mi, że spełniłeś moją prośbę — dodał, patrząc przez chwilę na jego domniemaną towarzyszkę, po czym znów przeniósł się na niego. — To przypomina mi również o naszych interesach. — Uśmiech Von Alwasa poszerzył się lekko.
***
Drzwi zamknęły się z cichym trzaśnięciem i zapanowała zupełna cisza. Jedynym, co ją przerywało, był odgłos deszczu bębniącego w ściany i okna.
— Dziękuję — mruknął James, utkwiwszy mroczny wzrok drzwiach.— Co mówiłeś? Bo nie dosłyszałam. — Lucia teatralnie przystawiła dłoń do ucha.
— Dziękuję — powtórzył nieco głośniej.
— Wiesz, że to nie jest waluta do zapłaty, prawda? — James bez śladu zaskoczenia na twarzy po prostu wyjął z kieszeni portfel i zaczął przesuwać między palcami kolejne banknoty.
(Lucia?)

18 sierpnia 2019

Od Jamesa cd. Lucii

Generał nie sądził, by całą operację można było uznać za zabawną, jednak jedynie skinął głową, decydując się nie komentować zdania Włoszki na ten temat.
— Spotkanie jest w sobotę — poinformował ją po chwili, wciąż patrząc na nią tym samym, pustym spojrzeniem — Wyślę ci wiadomość z adresem i dokładną godzina  — dodał zdawkowo. Lucia uśmiechnęła się lekko, jakby rzeczywiście cieszyła się na to spotkanie. James miał za to nadzieję, że do jej główki nie wpadnie żaden głupi pomysł, przez który mógłby później żałować wciągnięcia ją w całą tę sprawę. Miał nadzieję, że okaże się dość rozsądna. Jej znajomość z Fionnem zdawała się szczera. A jeśli jego jedyny przyjaciel komuś ufał... cóż. To musiało coś znaczyć, czyż nie? Licząc, że nie pomylił się w swoich chłodnych kalkulacjach, von Alwas ukroił sobie jeszcze kawałek tarty. Klamka zapadła, jednak nie był pewien, czy nie chce wyskoczyć z pokoju przez okno.
   Zapłacił za zamówienie ich obojga, zostawiając również napiwek dla tej dziwnej, profesjonalnej kelnerki. Wraz z Parfavro opuścił budynek i dopiero za drzwiami odwrócił się ponownie w jej stronę. Zdrową ręką przeczesał włosy, po czym wsadził dłoń  do kieszeni w nonszalanckiej pozie.
— Do soboty — rzucił tylko na pożegnanie. Sam nie był pewien, czy było to przypomnienie, czy może ostatnia opcja kobiety na wycofanie się. Ona jednak nie zmieniła zdania i skinęła mu głową. Ten oszczędny gest stał się cieplejszą, północną bliźniaczką jednego z jego ulubionych z arsenału, którym po raz kolejny obdarzył również i ją. Bez słowa ruszył do swojego samochodu.
(Lucia?)

16 sierpnia 2019

Od Jamesa cd. Lucii

  Kobieta wydawała się dość zaskoczona jego pytaniem, co dla Jamesa z kolei było zupełnie do przewidzenia. Liczył, że chociaż częściowo przejmie inicjatywę w rozmowie, a on nie będzie musiał zbyt dużo mówić, jednak coś mówiło mu, że będzie musiał włożyć w to nieco więcej serca. Albo tego co z niego zostało.
— Skłamał, że coś mu wypadło i nie może pojawić się na tym niezwykle ważnym biznesowym spotkaniu, a ktoś "pana musi zagadać i zrobić dobre wrażenie" — odparła, a w jej ciemnych oczach błysnęła irytacja. James uniósł brew, ciężko stwierdzić czy na część o "zagadaniu" czy o "dobrym wrażeniu", jednak nie miało to większego znaczenia. Zastanawiał się, co jego przyjaciel chce osiągnąć tymi gierkami i obiecał sobie w myślach, że przy najbliższej okazji dowie się o co mu chodziło. Niedługo później kelnerka przyniosła im zamówienie. Lucia na widok tiramisu cała się rozpromieniła i podziękowała kelnerce z uśmiechem na ustach. James skinął głową, co mogło być jedyną oznaką jego aprobaty lub po prostu zachęceniem, by jego rozmówczyni kontynuowała temat. — W każdym razie — podjęła, gdy upiła już łyk swojej kawy. — twierdził, że to coś bardzo ważnego i nie można tego przełożyć, więc — wzruszyła ramionami. — Oto jestem. A ty? Nie sądzę, żeby jakakolwiek bezinteresowna przysługa była w stanie ściągnąć cię w miejsce w którym się znaleźć nie chcesz — zauważyła trafnie i przechyliła lekko głowę, zaciekawiona.
— W rzeczy samej — potwierdził krótko, jednak widząc jej uniesioną brew zrozumiał, że to nie może być koniec jego wypowiedzi. Zdusił westchnięcie. — Miałem się spotkać z nim. "Przyjacielskie wyjście" zdaje się. — wzruszył lekko ramionami, nieświadomie powtarzając gest Lucii sprzed paru chwil. Odkroił kawałek tarty z łososiem i szpinakiem eleganckim, oszczędnym ruchem. Musiał korzystać z jednej ręki, gdyż druga wciąż leżała płasko na jego udzie. Nadwyrężanie jej było złym pomysłem, więc póki nie była potrzebna, była to najlepsza opcja.
— Co ci się tak właściwie stało? — spytała w końcu Włoszka, a jej wzrok powędrował w stronę kończyny. Nie był pewien czy nutą w jej głosie była kpina czy litość (choć raczej to pierwsze), jednak w gruncie rzeczy nie obchodziło go to.
— Powiedzmy, że badania nie poszły zgodnie z planem — odparł jedynie.
— Rozumiem, że karty z twoich badań mają zęby i pazury?
— Mniej więcej — odparł wymijająco, niezbyt chcąc się zagłębiać w swoją pracę w SJEWie. Posłuchaj — podjął po chwili. — nie chcę tego, ale mam do ciebie pewną prośbę — zaczął szczerze, żałując w duchu, że był zmuszony skorzystać z tak drastycznej opcji.
(Lucia?)

Od Jamesa cd. Lucii

  James von Alwas zacisnąl szczękę z powodu naciągnięcia szwu, który przeszył jego rękę. Do ich zdjęcia pozostało mu zaledwie kilka dni, jednak wciąż musiał uważać na kończynę. Rana okazała się bardziej złożona niż początkowo sądził, co wiązało się z nieco dłuższą rekonwalescencją. Zdarzało mu się jednak zająć czymś na tyle, by spróbować jej użyć jak zwykle i nie kończyło się to zbyt dobrze. Tak było i tym razem, gdy spróbował otworzyć drzwi do kawiarenki zranioną dłonią. Jego biały garnitur z czarną koszulą prezentował się zbyt nienagannie, by psuć go broczeniem krwią jak dzika świnia, a co za tym szło będzie musiał nieco bardziej uważać. Problem był taki, że odczuwał ból słabiej lub z lekkim przesunięciem czasowym, więc sprawa była lekko utrudniona. Szybko odsunął rękę i spuścił wzdłuż ciała, by wisiała nieruchomo. Wszedł do środka i niemal natychmiast podeszła do niego blondwłosa kelnerka. Zegar nad jej głową wskazywał za dwie piętnastą. 
— Witam w Mojito. Czy mam zaprowadzić pana do stolika, czy może...
— Mam rezerwację — rzucił jedynie, zanim dziewczyna zdążyła się rozkręcić. Zobaczył zirytowany błysk w jej oku, jednak nic nie powiedziała, a uśmiech nie odklejał się od jej twarzy.
— Oczywiście — odparła tylko — proszę za mną. — dodała, po czym poprowadziła go do rogu sali. Z każdym kolejnym krokiem James zaczynał doceniać swojego przyjaciela. Był co prawda zirytowany, że ten go oszukał, jednak... z pewnością wykonanie fortelu zwracało uwagę. Przy stoliku z rezerwacją siedziała bowiem Lucia Parfavro. Generał nie był pewien, co Irlandczyk chce osiągnąć, jednak wciąż szedł za kelnerką aż stanął twarzą w twarz ze swoim "ulubionym" naukowcem.
— Obawiam się, że oboje zostaliśmy nieco zmanipulowani — powiedział cicho, zamiast przywitania. Kobieta skinęła głową.
— Z ust mi pan to wyjął — przyznała mu rację chyba pierwszy raz w życiu, a jej usta zacisnęły się lekko. Jakby połączył ich wspólny chwilowy wróg. James po chwili zastanowienia usiadł naprzeciwko niej. W gruncie rzeczy to spotkanie wpasowywało się całkiem nieźle w jego plany co do Włoszki, jednak nie był zachwycony tym, że nie zdążył się do tego należycie przygotować.
— W takim razie proponuję coś na ostudzenie nerwów — wyszedł z inicjatywą, chyba po raz pierwszy w życiu. — Zanim poleje się Irlandzka krew. — i stał się cud nad cudami. Von Alwas zażartował.
(Lucia?)

15 sierpnia 2019

Od Jamesa cd. Lucii

Dyżur w klinice nie należał do najłatwiejszych, jednak z racji na swoją rękę von Alwas mógł sobie pozwolić na nieco mniej pracy niż zwykle. Cieszył się z pracy, pozwalającej mu uwolnić głowę od dziwnych, smutnych lub po prostu natrętnych myśli. Dopiero gdy wychodził z budynku, porządnie wymęczony, jego telefon rozdzwonił się w kieszeni. Zdrową ręką sięgnął po aparat, przesunął palcem po dotykowym ekranie i przyłożył do ucha.
— Słucham? — spytał chłodno.
— Panie von Alwas — usłyszał po drugiej stronie donośny głos. — Mam nadzieję, że nadal rozważa pan sprawę współpracy z nami? — a więc o to chodziło. Firma jego rozmówcy zajmowała się produkcją różnych medycznych akcesoriów, a James miał nadzieję że zechcą się z nim dogadać. Wszystko na to wskazywało, ale... mogło być różnie.
— Oczywiście — odparł uprzejmie. — Miałem nadzieję gościć pana u siebie za dwa tygodnie w sobotni wieczór. Powiedzmy o szóstej? Pański doradca również będzie mile widziany — uściślił.
— Cudownie. Mam nadzieje poznać pańską uroczą drugą połówkę. Do widzenia panu! — rozłączył się, zanim generał zdążył choćby zareagować. Skamieniał na samą myśl o tym. Nie miał pojęcia skąd w głowie jego przyszłego sojusznika wzięła się ta myśl, jaką plotkę usłyszał, jednak... rozczarowanie go byłoby wysoce nie na miejscu. Kłamstwa i wymówki byłyby zbyt oczywiste. Westchnął cicho, wsiadając do samochodu. Było jasne, że potrzebował osoby na ten jeden wieczór, kogoś przynajmniej przeciętnego wyglądem. Kogoś, kto nie zrujnuje całej jego pracy. Nie miał wielu znajomych, więc nie było wielu możliwości. Niemal uderzył głową w kierownicę, gdy pojawił się w niej pomysł zupełnie szalony, będący jednak jedyną deską ratunku. Pomysł ów miał obco brzmiące imię i nazwisko.
  Lucia Parfavro.
(Lucio Parfavro?)

6 lipca 2019

Od Jamesa cd. Lucii

 Mężczyzna zamrugał, minimalnie zaskoczony przebiegiem całej konwersacji, jednak nie zajmował zaprzątać sobie nią dłużej głowy. Po prostu skinął głową, po czym bez słowa minął ją i ruszył w swoją stronę. Mimo początkowej rezerwy wobec tego planu, postanowił zaryzykować i wstąpił do sklepu po polecany przez kobietę środek. Z teczką z pracy i Veestem w drugim wrócił do domu, gdzie w końcu mógł zdjąć z siebie zaplamione ubranie. Przebrał się w inny, równie elegancki i dobrany zestaw, i dopiero wtedy w spokoju zajął się brudnym garniturem. Wrzucił go do pralki, używając zakupionego wcześniej środka. Przeczesał dłonią włosy, po czym po raz kolejny opuścił swoje mieszkanie, wybierając się do kolejnej pracy. Tym razem wybrał się samochodem, gdyż droga do kliniki była nieco dłuższa. Kierowanie jedną ręką, nie było może najłatwiejsze, jednak z pewnością bezpieczniejsze dla rany. Nie chciał w końcu, by szwy puściły, a on musiałby zajmować się nimi po raz kolejny, czego wolałby uniknąć. Zjechał na podziemny parking i zgasił silnik. Przez chwilę siedział w ciemnym aucie, nie mogąc zebrać sił na podjęcie jakiegoś działania. Oparł czoło o kierownicę, zrezygnowany. Był to jeden z niewielu momentów, w których zaczął skupiać się na tym, co działo się w jego środku. A właściwie na tym, co powinno się tam dziać. Był to jeden z momentów, w którym wyjątkowo dotkliwie odczuwał pustkę, brak jakichkolwiek silniejszych emocji. Nawet ból - o czym wielokrotnie się już przekonał, nawet na własną rękę, nic nie zmieniał. Potrząsnął głową, wracając do obojętnego stanu i jak gdyby nigdy nic wysiadł z samochodu, zdrową ręką zbierając swoje rzeczy. Wjechał windą na parter kliniki i rozpoczął obchód, nie zaprzątając sobie dłużej głowy bezsensownymi rozmyślaniami.
(Luciaa? teraz garniak będzie taki nie za suchy XD)

18 czerwca 2019

Od Jamesa cd. Lucii

  Mężczyzna przymknął oczy, powoli tracąć swoje nieskończone niemalże zasoby cierpliwości.
— Veela — rzucił tonem, który od razu sprowadził obiekt badań do porządku — wrócę tu wieczorem, wtedy spróbujemy znowu — musiał wykorzystać całą swoją siłę woli, by na jego twarz wypłynął wymuszony uśmiech. Wyszedł z pokoju, trzymając kraniec fartucha przy ranie, tym samym tamując krwawienie. Zadrapanie pazurów nie było głębokie, jednak obficie krwawiło. W gruncie rzeczy James miał problemy także z odczuwaniem bólu, jednak z czysto lekarskiego punktu widzenia postanowił zająć się raną. Podszedł do najbliższej apteczki i podwinął rękaw białej koszuli jeszcze wyżej. Odkaził ranę i wyczyścił jej okolicę, by opatrunek lepiej się trzymał, po czym zabrał się za zabezpieczanie jej, gdy usłyszał za sobą chrząknięcie. Jakiś szeregowiec SJEW-u wyglądał na nieco przerażonego tym, że musi w ogóle go zaczepiać, zwłaszcza gdy ten jest cały oblany krwią.
— Panie Von Alwas — zaczął niepewnie. Generał odwrócił głowę i uniósł brew. — Coś do pana — położył niewielkie pudełko na ziemi i czmychnął daleko od Von Alwasa. Mężczyzna sięgnął po nie i jedną ręką otworzył wieczko. Wyjął liścik ze środka. "Jesteśmy kwita" głosiły jedyne zapisane na kartce ładnym, lekko pochyłym pismem słowa. W pudełku ukazał mu się elegancki zegarek z czarną tarczą i srebrnymi elementami. Skinął głową z minimalnym uznaniem. W gruncie rzeczy był raczej zadowolony, że ta sprawa skończyła się w ten, a nie inny sposób. Mało korowodów, wszyscy ukontentowani. PO chwili zastanowienia nałożył zegarek na nadgarstek. Pudełko schował do kieszeni i sprawdził po raz kolejny, czy opatrunek jest nałożony tak, jak być powinien. Niestety jednak cały jego strój był dość obficie oblany krwią i nie dało się wprost tego nie zauważyć na białym fartuchu, koszuli, marynarce i spodniach. Westchnął ciężko i wstał. Nie było sensu męczyć się przez resztę dnia — po prostu wróci do domu, przebierze się, by uniknąć niewygodnych pytań w klinice. Zabrał jeszcze swoją teczkę i szybkim krokiem opuścił bazę SJEW. Ludzie patrzyli na niego na ulicach, co dla Jamesa raczej nielubiącego być w centrum uwagi, było dodatkowo niekomfortowe. Co gorsza na horyzoncie pojawiła się charakterystyczna postać: jak zawsze elegancko ubrana Włoszka, w białych szpilkach ze złotymi elementami. No tak — pomyślał mężczyzna — lepiej być zdecydowanie nie mogło.
(Lucia?)

Od Jamesa cd. Lucii

 Gdy Fionn zadzwonił do niego po raz kolejny - nie odebrał. Dopiero za trzecim razem uznał, że warto podjąć ten ogromny wysiłek i wcisnął palcem zieloną słuchawkę, przybliżając aparat do ucha.
— Coś jeszcze? — rzucił zamiast powitania. 
— Właściwie to tak — przyjaciel wydawał się nieco rozbawiony zachowaniem Jamesa, choć ten nie wiedział dlaczego tak właściwie.
— Więc? — rzucił Von Alwas po kolejnej chwili ciszy.
— Muszę obgadać z tobą jedną rzecz. Tak... na żywo — odparł rudy po zastanowieniu.
— Kiedy?
— Sobota. W "Mojito". Piętnasta.
— Ta. Coś jeszcze? — powtórzył, a Fionn parsknął śmiechem. 
— Nie, spokojnie. Już cię nie męczę. Do zobaczenia.
— Hej — pożegnał się i rozłączył James. Właściwie sam czasami zastanawiał się jak to się stało że on i O'Reilly, dwa tak inne charaktery w ogóle są ze sobą tak blisko, jednak odpowiadał mu aktualny stan rzeczy. W gruncie rzeczy był raczej zadowolony z tego, że poszedł na cały bal, którego zdecydowanie najlepszym elementem była możliwość oglądania nienawiści ojca do niego i tego, jak coraz bardziej się stacza, niemal sięgając dna.
***
— Oto pańska przesyłka — rzuciła kobieta na poczcie opryskliwie. James szybko zabrał pakunek i przeniósł pudełko z dużej koperty do czarnej, matowej torby prezentowej. Właściwie sam nie wiedział jak doszło do tego, co robił jednak... Złożone dwa dni wcześniej przez niego zamówienie było wyjątkowo wręcz namacalnym dowodem jego chwilowego zmęczenia materiału. Prawdziwe włoskie buty z białej skóry ze złotymi zdobieniami były ułożone równiutko w pudełku stanowiąc dość przyjemny dla oka widok. Von Alwas zamknął je i włożył do torby, przechodząc w stronę Menthis Corp. Podszedł do recepcji i zmierzył siedzącą za nim osobę chłodnym wzrokiem.
— Przekaż to Lucii Parfavro — jego ton stanowił coś między zdaniem oznajmującym, a nieskrywanym rozkazem. — Mnie tu nie było — dodał na odchodne, na co chłopaczek tylko skinął głową, widocznie nieco przestraszony. Wyszedł z budynku, czując, że teraz przynajmniej ma z głowy jedną sprawę.
(Lucia? Jak Ci się prezencik podoba? <3)

Od Jamesa cd. Lucii

 Kobieta po jego pytaniu zmarkotniała jeszcze bardziej. James zdusił w sobie ciężkie westchnięcie. Był zmęczony całym spotkaniem, a dodatkowe korzystanie z mocy, gdy jego przyjaciel postanowił władować się pod jego samochód niczego nie ułatwiało. Całkowite wstrzymywanie czasu, by uchronić go przed wypadkiem było trudne, zwłaszcza że musiał uważać, by nikt niczego nie zauważył. Po chwili Lucia zabrała głos, zaczynając monolog na jakiś temat związany z pracą. Von Alwas nie był specjalistą w dziedzinie emocji, ale widział przeszklone oczy Parfavro i lekarskim okiem ocenił, że nie można było ich zrzucić na karb reakcji alergicznej. Mimo, że widział jej próby zachowywania się tak jak zwykle postanowił nie reagować. Uznał, że tak będzie lepiej dla nich obojga, dlatego też uważnie słuchał każdego jej słowa. Choć miała zły humor, widać po niej było, że kocha swoją pracę nad życie i naprawdę zna się na tym co robi, co mężczyzna odnotował z minimalnym zaskoczeniem. Jazda nie trwała szczególnie długo, a gdy krępująca, pełna napięcia cisza została przerwana przez trajkoczącą Włoszkę, stała się o wiele bardziej komfortowa niż dotychczas. Po chwili auto zatrzymało się, a James zgasił silnik. Znów postanowił zachować się jak prawdziwy gentleman i przeszedł na drugą stronę samochodu, by otworzyć kobiecie drzwi. Z gracją wysiadła ze środka i stanęła niemalże naprzeciwko niego. Zastanawiał się, czy teraz zamierza coś powiedzieć, jednak nic takiego nie nastąpiło.
— Żegnam — rzucił jedynie von Alwas zamykając drzwi i przechodząc z powrotem na miejsce kierowcy.
— Do widzenia — usłyszał ciche słowa, wpadające przez lekko uchylone okna. Zastanawiał się jednak, czy kolejne spotkanie rzeczywiście nastąpi. Złapał się również na pytaniu, czy gdy już zostanie sama Lucia się rozpłacze, jednak było to bardziej pytanie czysto statystyczno-psychologiczne niż zadane z troski czy zmartwienia. Zapalił silnik i z cichym pomrukiem wyjechał na ciemne i puste drogi. Gdy wrócił do domu, usiadł przy laptopie, uznając, że zanim położy się spać musi złożyć jeszcze jedno zamówienie. Gdy kończył transakcję, rozdzwonił się telefon. Podniósł urządzenie. Fionn. Odebrał.
— Hejka, James — usłyszał po drugiej stronie.— Już w domu? 
— Ta. 
— Lucia też? — dopytywał Irlandczyk.
— Też. No, chyba że ktoś ją porwał spod mieszkania. 
— Nie doprowadziłeś jej do wybuchu złości albo płaczu? — James przewrócił oczami, zastanawiając się, czy powiedzieć przyjacielowi o tym co działo się w aucie.
— Ja na pewno nie. — rzucił tylko wymijająco i rozłączył się.
(Lucia?)

17 czerwca 2019

Od Jamesa cd. Lucii

  Kobieta zmierzyła go wzrokiem spod przymrużonych oczu, po czym prychnęła jak kot.
— Żeby było jasne — rzuciła — nadal nie wybaczyłam ci za te szpilki. — dodała, unosząc palec, jakby była nauczycielką, która grozi niesfornemu uczniowi. James nie skomentował zaistaniałej sytuacji w żaden sposób, po prostu przeszedł na drugą stronę samochodu i wymownie otworzył jej drzwi. Podeszła do auta i dalej nafuczona wsiadła z gracją do środka. Von Alwas zamknął za nią drzwi, po czym wrócił na siedzenie kierowcy. Ponownie zapalił silnik i w panującej w środku niezręcznej ciszy dało się słyszeć wesoły pomruk.— Żeby cię odwieźć — zauważył James charakterystycznym dla siebie, cichym i pewnym głosem, gdy wyjeżdżali z parkingu. — muszę wiedzieć gdzie mieszkasz.— Arena Czwarta — rzuciła trochę milszym tonem kobieta, podając mu dokładniejszy adres, jakby zdała sobie sprawę, że jednak (prawie) z własnej woli odwozi ją do domu i dzięki temu nie musi tłuc się taksówkami. James był spokojnym kierowcą z całkiem podzielną uwagą. Co jakiś czas zerkał na zwróconą w kierunku okna Lucię, zastanawiając się, kiedy jej włoska gadatliwość wygra z niechęcią i po prostu zacznie coś mówić. Ta jednak obserwowała widoki i przez ładnych kilka minut sunęli w zupełnej ciszy. Już widział w myślach wykład Fionna na temat dobrego wychowania i tego, jak prowadzić uprzejmą konwersację z osobą, którą się wiezie, dlatego też rozpoczął walkę ze swoim wewnętrznym ja. Dlatego też postanowił poruszyć jakiś neutralny temat:— Nie widziałem twojej sukienki na żadnym pokazie. A wydaje mi się, że by tam pasowała — rzucił od niechcenia.
— Uszyłam ją — Lucia odwróciła się od okna o jakiś centymetr lub dwa. Progres. — Dlatego jej nie było — jej ton wskazywał na to, że próbuje zwalczyć niechęć do niego. Nie obchodziło go szczerze powiedziawszy ani co o nim myśli, ani co do niego czuje, jednak krępująca cisza była naprawdę uciążliwa i wwiercała się w jego czaszkę jak dźwięk startującego samolotu.
— Czy coś łączy Fionna z Camille? — spytał bezceremonialnie, uznając, że Włoszka może być dobrym źródłem informacji. W sumie nie miało dla niego znaczenia czy jest między nimi tylko znajomość, czy może czują więcej, ale uznał że może przy tym temacie Parfavro nieco się rozkręci.
(Lucia?)

Zadanie Specjalne - James von Alwas

 Dla Jamesa cała miniona doba nie była najłatwiejsza i z pewnością nie należała do ulubionych (oczywiście, jeśli tylko były jakiekolwiek, które lubił). Zaczęła się dyżurem nocnym w jednym ze szpitali, później nastąpiło kolejne szkolenie Veeli, któremu chcąc nie chcąc musiał poświęcać czas. Mimo tego, że widział postępy w jej tresurze, nie stanowiło to najprostszego zadania, jakie kiedykolwiek wykonywał. Jedząc powoli wafle kukurydziane z guacamole ruszył w kierunku wyjścia z bazy szkoleniowej Code:W, gdy zatrzymał go jeden z pomniejszych pracowników:
— Panie Von Alwas! — rzucił do niego, uśmiechając się przesadnie. James zaczął się zastanawiać, czy tak wesoła mimika nie jest przypadkiem niezdrowa na dłuższą metę, jednak nic nie powiedział, a jego mimika, poza minimalnym uniesieniem brwi, niemal się nie zmieniła. — Pan Jung Eun Byung prosił, bym przekazał panu list. Mówił, że to coś niezwykle ważnego — wydawał się nieprzyzwoicie wręcz zainteresowany całą sprawą. Von Alwas skinął głową w ramach podziękowania i wyciągnął z zaciśniętych palców posłańca, po czym ignorując presję, którą ten próbował w nim wywołać po prostu odwrócił się na pięcie i wyszedł z bazy. Na zewnątrz wiał chłodny wiatr, wprawiając w ruch jego nieco zmaltretowane już po całym dniu włosy i wdzierając się zimnym podmuchem pod elegancką marynarkę. Mężczyzna nic sobie jednak z tego nie robił i po krótkim spacerze dotarł do swojego auta. Wsiadł do środka i, gdy już był pewny, że nikt podejrzany nie kręci się dookoła otworzył list.
Szanowny panie Jamesie von Alwas — czytał. Zaczynał się wyjątkowo poważnie i oficjalnie, co skłaniało go do myślenia, że słowa ciągle przesadzającego posłańca mogły nie być tak dalekie od prawdy. 
 Jak Pan zapewne wie w dniu 03.09.2033 został przeprowadzony zamach na główną siedzibę rządu Ainelysnart - Wieżę. O dokonanie tego haniebnego czynu podejrzewa się grupę terrorystyczną, znana jako "Wataha", której członkowie rzekomo są posiadaczami wilczego genu. Zatem sprawa podlega pod jurysdykcję SJEW-u.
  Chcę, aby zajął się Pan tą sprawą. Winowajcy mają zostać schwytani, chcemy też wiedzieć, w jaki sposób zdołali sforsować zabezpieczenia Wieży, kim dokładnie są i dla kogo pracują. Jeśli zdarzy się Panu przy okazji natknąć na jakiś trop Władysława Leniniewskiego proszę dopilnować, by nikt inny na żaden trop dotyczący jego nie trafił. Jest to jednak cel drugorzędny.
  Misja jest ściśle tajna, zatem wskazane jest, by Pan nie rozmawiał z nikim na jej temat. Oczywiście, jeśli się Pan sprawdzi możemy rozważyć Pańską obecną sytuację i nieco na nią wpłynąć.
Życzę panu powodzenia.
Jung Eun Byung
  Skończył czytać list i skinął głową w geście zrozumienia. Była to rzeczywiście sprawa niecierpiąca zwłoki. Odłożył list na siedzenie pasażera i zapalił silnik. Wolał zacząć rozwiązywać całą zagadkę w domowym zaciszu: tak z pewnością było i lepiej, i bezpieczniej. Gdy już zamknął za sobą drzwi na klucz, jeszcze raz powtórzył sobie treść listu, by jeszcze lepiej zapisać go w swojej pamięci. Następnie wyjął z kieszeni czarną zapalniczkę i szybko pozbył się dowodów. Paląca się kartka była widokiem dość satysfakcjonującym dlatego też czekał do momentu, gdy płomień niemalże sięgnie jego palców i dopiero wtedy go ugasił. Strząsnął popiół do zlewu, nad którym wykonywał całą operację i przeniósł się do swojego gabinetu. Usiadł wygodniew fotelu przy biurku i złączył palce, opierając łokcie na stole. Przymknął oczy, rozważając co powinien zrobić. Znał kilku ludzi pracujących w Wieży i choć większość z nich zmarła, nie stanowiło to dla niego żadnego problemu. Uznał, że najpierw zacząć właśnie od nich: od tych, którzy już nie przemówią. I warto byłoby przy okazji sprawdzić, czy były premier nie stał się jednym z nich. Chwila skupienia wystarczyła, by przeniósł się do Zaświatów. Potoczył beznamiętnym wzrokiem po otaczającej go krainie ciemności. Od razu ułożył sobie w głowie nazwiska osób, które chciał znaleźć. Bezgłośnym, ale zdecydowanym krokiem podszedł do grubej księgi znajdującej się przed nim. „Księga Śmierci” jak głosił optymistyczny tytuł. Przyłożył do niej dłoń, tym samym odblokowując ją, by w ogóle dało się ją otworzyć i gdy już to się stało przeniósł się do litery „L”. Mimo ciągle zmieniającego się spisu, co zdecydowanie utrudniało poszukiwanie (w końcu zmarłych przybywało), udało mu się ustalić że Władysław na niej nie figuruje (a przynajmniej nie ten, którego szukał). W miarę zadowolony z tej konkretnej części pracy zabrał się do poszukiwania reszt, tym razem już na pewno zmarłych, osób, by dowiedzieć się, w którym miejscu tak właściwie powinien ich szukać. Gdy i to udało mu się ustalić, zamknął księgę i przez krótki moment obserwował jak tom z każdą chwilą się powiększa. Następnie przeniósł wzrok na drogę, przed nim i ruszył w jej stronę. Była to rzecz niesamowita. Gdy miał dokładnie określony cel, podróż trwała krótko. Gdyby nie wiedział, dokąd zmierza, szedłby dalej i dalej, aż w końcu niechybnie dołączyłby do grona błąkających się bez sensu duszyczek. Zerknął w stronę pierwszego pomieszczenia i uniósł dłoń do klamki. Znalazł się w doprawdy pięknym otoczeniu – życie ofiary musiało być wyjątkowo dobre. Wiedział, że ten go nie zauważy – zbyt oderwany był od swego świata. Podszedł do niego i dotknął swoją żywą dłonią zimnego i twardego jak marmur policzka. Przeglądał jego myśli. Jak to z duszami bywało, niektóre wspomnienia były uszkodzone. Wspomnienia z momentu oderwania duszy od ciała nie było wcale. Widocznie Śmierć usunął je, by nie powodować jego cierpienia. Tak więc trzeba było znaleźć osobę, która nie zasługiwała na nic dobrego — myślał von Alwas, opuszczając szczęśliwego mężczyznę i udając się do najciemniejszych, najbrzydszych drzwi, jakie udało mu się znaleźć we fragmencie Zaświatów należącego do ofiar upadku Wieży. Odsunął ciężką, metalową zasuwę i z pewnym trudem otworzył drzwi. Krajobraz za nią był zgoła inny. Panowała ciemność rozjaśniona jedynie blaskiem ogniska. Tutaj nie było już ciszy. Wypełniały ja rozdzierające wrzaski. James podszedł do przywiązanego do wielkiego patyka, przypalanego więźnia. Dla niego płomienie były zimne - to nie dla niego przeznaczona była kara. Zaczął zastanawiać się, jak on skończy, jednak odgonił rozpraszające go myśli i zbliżył dłoń do odkrytego boku więźnia, krzywiąc się lekko, gdyż wrzaski się zwielokrotniły. Tutaj moment śmierci był nadzwyczaj dokładny: śmierdzący strachem, przesadzenie ostry i dokładny. Zatrzymał ulotną myśl starając znaleźć w tłumie twarz, która z pewnością nie należała do pracowników, co w końcu się udało. Wciągnął ze świstem powietrze odnajdując dwie twarze. Jedną, człowieka, z którym miał już przyszłość, jeśli chodzi o aspekt krymialny. Druga... druga twarz należała do tego ucznia zegarmistrza. Tego... Jak mu tam... Akiro. Akiro Ori. Puścił więźnia i wyszedł z Zaświatów. Niechętnie wstał z krzesła i podszedł do szafy z kopiami spraw, które prowadził. W końcu znalazł sprawę Josha Blueborna. Zerkając na zdjęcie upewnił się, że to był on. Niedawno opuścił więzienie, a już chce tam wracać — myślał, przeglądając kartki w poszukiwaniu miejsca zamieszkania. Przeniósł kartki na biurku i wysłał swojemu szefowi zaszyfrowanego maila. Sprawa rozwiązana — stwierdził, że nie ma czasu na uprzejmości czy tłumaczenia. Podał nazwisko i adres podejrzanego i zlecił jego przesłuchanie. Niech resztą zajmie się ktoś inny. — Jest drugi podejrzany. — dodał w mailu — możliwe, że doprowadzi do reszty członków Watahy, dlatego też będę kontynuował jego śledzenie. Żegnam. James von Alwas — zakończył i wcisnął enter, tym samym wysyłając list. Wyciągnął dłonie w górę, przeciągając się. Był pewny, że odpoczynek, na który zamierza się udać był w pełni zasłużony i nikt, ale to nikt nie miał prawa mu go przerwać.

13 czerwca 2019

Od Jamesa cd. Lucii

       Gdy Camille poklepała go po głowie, był naprawdę bliski tego, żeby po prostu wyjść z tego balu i mieć całą tę farsę za sobą. Wiedział, że ta drobna kobietka należy do wyjątkowo otwartych jednostek, jednak nie sądził, że pokusi się na tak matczyno-troskliwy gest w jego kierunku. Dlatego też z pewnym zadowoleniem odnotował fakt jej odejścia od stolika razem z rudowłosym zastępcą Von Alwasa seniora. Po chwili na krzesło obok niego usiadła Parfavro. Bardziej poczuł to, niż zobaczył, gdyż odsłonięty fragment jej ramienia lekko otarł się o jego marynarkę. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że w sumie mógłby całkiem łatwo dowiedzieć się o niej wszystkiego, jednak jeszcze szybciej przeszła myśl z pytaniem: po co? Ta dziewczyna nie była mu do niczego potrzebna i jeśli miał być szczery, to dopóki nie wchodziła mu w paradę, to niewiele go obchodziła. Gdy była bliżej niego i w końcu na tym samym poziomie, dotarł do niego zapach jej perfum. Stanowiły unikalną mieszankę, dające mocny i wyjątkowo ciężki rezultat. Jednak nie był to zapach przesadzony, zdecydowanie pasował do pewnej siebie i stanowczej Lucii. James z pewnym zdziwieniem zauważył że cały jej obraz jest bardzo spójny, jednak nie sądził by ta informacja mu się przydała do czegokolwiek. Po raz kolejny rozejrzał się po sali, odnotowując że Camille nadal rozmawiać z Fionnem. Niefortunnym splotem wydarzeń spojrzenia jego i jego ojca skrzyżowały się. Na twarzy seniora rodu pojawił się wystudiowany, zdecydowanie sztuczny uśmiech, lustrzane odbicie tego na twarzy jego syna. Unieśli kieliszki w tym samym momencie, jakby byli dobrymi znajomymi, jednak ich spojrzenia zdecydowanie przeczyły gestom.
- Nie za dobrze się układa między tobą a moim szefem, prawda? - usłyszał po swojej prawej stronie niemal współczujący ton.
- Nie. - rzucił krótko, po raz kolejny mordując konwersację. Siedzieli w milczeniu przez chwilę. Potem Lucię poprosił do tańca jakiś mężczyzna i przez dłuższy czas nie schodziła z parkietu, w końcu znikając mu z pola widzenia. James zajął się sobą i swoją wodą z cytryną, co jakiś czas wymieniając z kimś jakieś uprzejmości. W końcu wstał i ruszył w kierunku wyjścia. Złapał wzrok przyjaciela i skinął mu głową na pożegnanie. Odebrał od parkingowego kluczyki i ruszył w kierunku swojego sportowego, ciemnego samochodu. Gdy już wyjeżdżał z terenu imprezy, jego wzrok przykuła czekająca na taksówkę Parfavro. Westchnął ciężko, już słysząc w myślach reprymendę od Fionna, gdy ten dowie się, że ją tak po prostu zostawił. Nie żeby go to ruszało, po prostu nie chciał marnować czasu na bezsensowne dyskusje z nim w roli głównej. Podjechał więc w kierunku kobiety, zatrzymał się i opuścił szybę, by móc swobodniej mówić.
- Podwieźć cię? - zapytał, w myślach spisując na straty swoją spokojną podróż.
(Lucia?)

11 czerwca 2019

Od Jamesa cd. Lucii

      No widzisz, jednak coś z tego będzie - skomentował przyjaciel Jamesa, gdy ten go mijał, wracając do stolika. Von Alwas nie został mu dłużny i z szatańską wręcz precyzją pozbawił go tchu kuksańcem
- Nie pogrywaj ze mną - rzucił cicho i śmiertelnie wręcz poważnie, jednak rudowłosy z pewnością tak tego nie przyjął. Na jego twarz wypłynął triumfalny uśmiech. Anglik westchnął tylko i odszedł do stolika. Nalał sobie jeszcze szklankę wody z cytryną i miętą i zaczął powoli sączyć zdrowy napój, gdy koło siebie usłyszał głos
- Może ze mną też zatańczysz? - spojrzał z ukosa na, jak zawsze radosną, Belcourt.
- Nie. - odparł tylko i dla poparcia swoich słów usiadł na krześle. Dziewczyna prychnęła.
- Nigdy nie chcesz się baawić - wytknęła mu, jednak wiedział, że nie jest na niego zła. Wślizgnęła się na krzesło, które wcześniej należało do Lucii i zaczęła prowadzić z nim niezobowiązującą konwersację. Chociaż w gruncie rzeczy dialog to za duże określenie. Jak się można było tego spodziewać to Camille głównie mówiła, on tylko co jakiś czas rzucał jedno lub dwa słowa. Obserwował salę i jego wzrok chcąc nie chcąc kolejny raz przemknął po Parfavro i rudym, z którym aktualnie tańczyła. Nadal chciał zabić Finna za ten cały cyrk z pasującym ubiorem, jednak wiedział, że będzie musiał jeszcze trochę z tym poczekać.
- Szkoda, że nie widzi, jak ona na niego patrzy - rzuciła nagle Belcourt, podążając wzrokiem za jego spojrzeniem. Von Alwas wzruszył ramionami. Nie interesowały go zbytnio problemy sercowe tej dziewczyny, a już na pewno nie zamierzał ingerować w interakcje między nią a Finnem. Liczył na to samo z jego strony, jednak znając Irlandczyka szanse na to były bardziej niż znikome. Skupił się na "rozmowie" z przewodzącą Pectis kobiecie, nie zauważając nawet jak piosenka się kończy, a Włoszka wraca w stronę stolika.
(Lucia?)

17 września 2018

Od Jamesa i Lucii cd. Jamesa

                   Legenda
               Lucia - James
         Spojrzenie Jamesa Von Alwasa spoczęło na kobiecie. Uniósł brew i odwrócił wzrok na przyjaciela, który już znikał w tłumie ludzi. Poczuł, jak w jego trzewiach kiełkuje irytacja, jednak wyraz jego twarzy pozostał spokojny. Usiadł obok kobiety, która udawała, że go nie zauważa, i spojrzał na nią przenikliwie. Część jej włosów była upięta, reszta spływała na ramiona. Jej sukienka miała kolor naprawdę ładnego bordo. Góra była obszyta czarną koronką. James musiał przyznać, że na czym jak na czym, ale na modzie to ona się zna.
Lucia zacisnęła mocno wargi i nie obdarzyła gościa ani jednym spojrzeniem. Już zaczynała łączyć fakty i doskonale wiedziała, dlaczego wcześniej Fionn ją tak o wszystko wypytywał. Była na niego wściekła. Naprawdę miała nadzieję, że usiądzie obok niego, jako że jest jednym z pracowników Menthisu, a tu proszę. Kątem oka spojrzała na drugi koniec stołu, gdzie dostrzegła śmiejącego się grzecznie Irlandczyka. Wstał i uniósł butelkę z szampanem, patrząc sugestywnie na stojących w rogach sali kelnerów. Ci zaczęli podchodzić do gości i napełniać stojące przed nimi kieliszki. Lucia z zaskoczeniem dostrzegła, że siedzący obok niej Anglik odmówił alkoholu skinieniem dłoni. Za chwilę Fionn postukał łyżeczką w swój kieliszek. Na sali zapanowała cisza.
- Dziękuję, że się tu zebraliście - zaczął Irlandczyk. Jego głos niósł się po sali w całkowitej ciszy. - Powiem krótko. Życzę wam i naszej organizacji owocnej współpracy! Niech to będzie wspaniały wieczór, który tylko umocni nasze więzy! - James pomyślał, że jak już on umocni więzy Fionna, to rudy się nigdy nie pozbiera, jednak uparcie wpatrywał się w twarz podstępnego "przyjaciela". Ten spojrzał na niego i tę całą Parfavro. Jego uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej. - Wznieśmy toast za ten niezapomniany wieczór! - Powiedział tylko. Wszyscy unieśli kieliszki z alkoholem lub, tak jak Von Alwas, z wodą i już po chwili po sali rozniosło się tubalne "Za Menthis". Zerknął kątem oka na Lucią, która wysączyła łyk szampana przez zaciśnięte wargi. Ten wieczór doprawdy będzie niezapomniany.
Po zjedzeniu pierwszego ciepłego posiłku, niektórzy ludzie zaczęli podnosić się ze swoich miejsc i zajmować parkiet. Innych natomiast pochłonęła rozmowa o mniej lub bardziej sojuszniczych tematach. Lucia upiła kolejny łyk szampana, starając się jakoś zamaskować niezręczną atmosferę. Po raz kolejny spojrzała na siedzącego obok bruneta kątem oka. Speszyła się lekko, gdy ich ukradkowe spojrzenia się spotkały i niemal natychmiast wróciła do obserwowania martwego punktu naprzeciwko. W tłumie dostrzegła Fionna tańczącego z czarnowłosą dziewczyną, chyba przedstawicielką Mafii Pectis. Nagle usłyszała znaczące chrząknięcie. Z zaskoczeniem spojrzała na swojego bankietowego towarzysza. – Zatańczysz? – zapytał z pełną powagą. Uniosła brew, zaskoczona. – Oczywiście – odpowiedziała niemal natychmiast. Włoszki nigdy nie trzeba przecież namawiać do tańca. Podnieśli się więc ze swoich miejsc i powędrowali na parkiet, gdzie akurat zaczęła się jakaś walcowa piosenka. Zaczęli tańczyć, mimo wszystko starając się unikać jakiegokolwiek większego kontaktu. Lucia jednak skorzystała z okazji, że może dokładniej przyjrzeć się tajemniczemu mężczyźnie. Musiała mu przyznać, że facet miał gust. Czarny garnitur połączony z klasyczną bordową koszulą dodawał mu elegancji, ale też nie był nudny, nadawał mu swego rodzaju luzu i, o zgrozo, pomyślała, że wręcz idealnie komponował się z jej sukienką.
Von Alwasowi również nie umknął ten drobny szczegół, a gdy kątem oka zobaczył twarz przyjaciela, już wiedział, że rudowłosy nie da mu żyć. Na szczęście niepatrzenie na partnerkę do tańca było zadaniem stosunkowo prostym, gdyż kobieta, nawet na wysokich obcasach, była od niego o wiele niższa. Robił więc wszystko, by tylko nie patrzeć w jej stronę. Do czasu, aż poczuł jak na jego czarnym, świeżutko wypastowanym bucie stanęła drobna stópka w szpilce. Powstrzymał się od syknięcia i spojrzał w dół. Lucia zadarła głowę i uśmiechała się do niego triumfalnie. James musiał przyznać, że było to całkiem sprytne posunięcie.
– I pewnie nie zamierzasz mnie przeprosić, nieprawdaż? – zapytał obojętnie. Lucia spojrzała na niego chytrze i z niemałym samozadowoleniem, zresztą niezbyt dobrze skrywanym. – Oczywiście, że nie – prychnęła. – Tak przynajmniej jesteśmy kwita. Anglik jedynie wzruszył ramionami, jednak zaczął przykładać teraz coraz większą uwagę do swojej partnerki. I jej sabotażowych działań.
Poza tym jednym wyskokiem ich taniec wyglądał całkiem dobrze. Oboje znali kroki, a Lucia, mimo niechęci do mordercy krokodylich szpileczek, pozwalała się prowadzić precyzyjnemu oficerowi. Co jakiś czas zaszczycali się przelotnymi spojrzeniami. Parfavro znów zabawnie uniosła głowę, jakby chciała obserwować kandelabr wiszący na suficie, a nie Jamesa. Postanowiła reanimować konwersację. Bo przecież rozmowa również jest częścią tańca. Prawda?
– Zabiję Fionna – zaszczebiotała wesoło, na co nawet James spojrzał na nią z (umiarkowanym co prawda, ale jednak) zaskoczeniem. Niechętnie przyznał jej rację. – Pomogę – odparł zwięźle, a Włoszka spojrzała na niego z zadowoleniem. – Świetnie! – entuzjastyczne iskierki rozbłysły w jej oczach. – Twoja pomoc będzie nieoceniona. Ile wy się właściwie znacie? I skąd? – Przenikliwie spojrzała w jego oczy. A musiała przyznać, że miał naprawdę piękne oczy. Jedno cudownie niebieskie, drugie intensywnie zielone. Teraz patrzyły na nią z powagą, wręcz obojętnością. Przemknęło jej nawet przez myśl, że to przykre, że w tak pięknych oczach nie widać żadnych emocji. – Długo – odpowiedział James po chwili. – I z Menthisu. Nic szczególnego.
Lucia spojrzała na niego spode łba. James musiał przyznać, że miała naprawdę ładne, ciemne oczy. Przez jego głowę przegalopowała myśl, że gdyby malował obrazy, to chciałby je uwiecznić, jednak zamordował ją równie szybko jak się pojawiła. - A coś więcej? - zaczęła dopytywać, ale Anglik tylko wzruszył ramionami. Włoszka westchnęła. - Ja też znam go z pracy - zaczęła opowiadać niepytana - całkiem miły jest, nie? W sensie... Uprzejmy, dobry pracownik, fajny człowiek... - zamilkła na chwilę, gdy zobaczyła jak jeden z mięśni lekko zadrgał na jego twarzy. - To nie ja jestem jestem w nim zakochany, to się nie będę wypowiadać - po raz kolejny wzruszył ramionami, doprowadzając Parfavro do szewskiej wręcz pasji. Była tak zaskoczona, że na chwilę zgubiła krok.
– Nie jestem... – wypaliła natychmiast, czerwieniąc się, czego, miała nadzieję, nie było widać pod warstwą makijażu. – Jasne – skwitował jej jeszcze nawet dobrze nie zaczętą wypowiedź. Lucia wzięła uspokajający oddech. – Bardzo interesujący z ciebie człowiek – stwierdziła chłodno. – Niby taki niedostępny, a swoje wie. Chociaż i też nie zawsze, jak widać. – Na ostatnie zdanie położyła największy nacisk. – Niby taki niczym niezainteresowany, a jednak na mnie zwrócił uwagę. – Uniosła wyzywająco brwi i teraz on prawie pomylił się w tańcu. – Nieprawda – odparł, starając się brzmieć obojętnie. – Jasne – przedrzeźniła go. – Jak ty się właściwie nazywasz? James jak? Von Alwas? Hm, to pewnie twój tatuś jest moim najwyższym szefem – ostatnie dwa słowa wypowiedziała z niechęcią, której nie dało się nie zauważyć, nawet jeśli nie było się Jamesem. – Strasznie dużo gadasz – skwitował tylko, naprawdę starając się zignorować jej atak. Lucia uniosła na chwilę brwi, a James, by uniknąć kolejnego potoku słów, obrócił ją w tańcu. Jej ciemne włosy znów go uderzyły, tym razem jednak przypadkowo, ale Włoszka i tak uśmiechnęła się triumfująco, czego jednak Anglik już nie dostrzegł. – Chociaż trzeba ci przyznać – zaczęła ponownie, gdy stała już przodem do swojego partnera – że gust masz naprawdę niezły. A ode mnie tego często się nie słyszy.
James skinął głową, ciężko powiedzieć czy na znak uznania komplementu czy może obojętności. Prawdę mówiąc ta kobieta była irytująca i głośna, jednak Von Alwas musiał przyznać, że również docenia jej gust. Nie powiedział jednak nic i wciąż prowadził nadal zarumienioną jak prawdziwy włoski pomidor Lucię. Niedługo później walc skończył się. James ukłonił się teatralnie i odszedł w kierunku stolika bez słowa. Po chwili podszedł do niego O'Reilly. Widziała, jak rudowłosy coś mówi, jednak chirurg pozbawia go tchu celnym kuksańcem w żebra. Lucia ledwie powstrzymała się od parsknięcia śmiechem. Dziwny ten Von Alwas, oj dziwny.
(Lucia, Twoja kolej)

16 września 2018

Od Jamesa cd. Lucii

          James Von Alwas westchnął. Do wyjścia z domu zostało mu pół godziny. Nie był fanem wszelakich przyjęć, jednak relacje między organizacjami były ważniejsze od jego osobistych preferencji. Zamknął książkę i wstał z kanapy, kierując się do swojej sypialni. Jego mieszkanie było bardziej niż minimalistyczne. Utrzymane w odcieniach bieli i szarości miało właściwie tylko najbardziej funkcjonalne rzeczy. W sypialni łóżko, biurko. Najbardziej kolorowym jego fragmentem były półki z książkami związanymi z zawodem Von Alwasa. Mężczyzna wziął szybki prysznic, umył i rozczesał włosy. Przeszedł do sypialni, a następnie do garderoby, która, o dziwo, była pomieszczeniem dość sporym. Rozejrzał się po wieszakach z najbardziej wyjściowymi garniturami. Postawił na czarny garnitur z bordową koszulą, bez krawata. Przebrał się i jeszcze raz spojrzał na siebie w lustrze. Skinął głową na samego siebie z umiarkowanym zadowoleniem. Do kieszeni marynarki schował telefon i portfel, złapał kluczyki i wyszedł ze swojego mieszkania. Skierował swe kroki w kierunku samochodu i po chwili wyjechał z parkingu, ruszając w kierunku siedziby Methis Corp. Na miejscu było już sporo osób, więc znalezienie miejsca zajęło mu więcej czasu, niż zakładał. Gdy już znalazł się w środku, jego oczy od razu spoczęły na rudowłosym przyjacielu.
- Jamie! Jesteś wreszcie - przywitał go z uśmiechem Irlandczyk. Von Alwas skinął głową na powitanie. Minęli parę znajomych osób, z którymi pogawędzili przez chwilę. Camille Belcourt znajdująca się po drugiej stronie hallu pomachała im (zbyt ekstrawertycznie jak na gust Jamesa) - Pokażę ci twoje miejsce - zaoferował O'Reilly i wprowadził chirurga do sali bankietowej. Niesamowicie przystrojona, pełna złota i bieli. Oficer skinął głową na znak uznania. Połowa pomieszczenia była przeznaczona na parkiet o wyjątkowo lśniącej posadzce. W drugiej części znajdowały się sześcioosobowe stoliki. Fionn wskazał wymownie dłonią na miejsce... Tuż obok elegancko ubranej Lucii Parfavro.
(Lucia?)

1 września 2018

Od Jamesa cd. Lucii

      Gdy tylko Lucia zniknęła za rogiem, James również krótko pożegnał się z O'Reillym i opuścił budynek. Skierował się do jednej ze swoich klinik, gdzie miał akurat nadzorować odebranie kilku urządzeń korzystających wykonanych z użyciem najnowszych technologii. Nie myśląc wiele o Fionnie i tej dziwnej, szalonej kobiecie od butów rzucił się w wir pracy i obowiązków.
***
Rudowłosy Irlandczyk usłyszał dzwonek. Któż to dobijał się do niego o tak późnej porze? Gdy tylko otworzył drzwi zauważył wysokiego mężczyznę w eleganckiej koszuli, czarnym krawacie i narzuconym na to płaszczu.
- James, hej - przywitał się z szerokim uśmiechem - Wchodź. - gdy nieoczekiwany gość przekroczył próg, Fionn zamknął za nim drzwi. Poprowadził go do kuchni, a ciemnowłosy usiadł przy stole.
- Co cię do mnie sprowadza? - zapytał O'Reilly.
- Nadgodziny - krótka odpowiedź, a po niej pytanie - Mogę zostać?
- Jasne, jasne - Fionn machnął ręką. Taka sytuacja nie zdarzała się pierwszy raz i to czasami w obie strony. Von Alwas miał dużo pracy, a obowiązków jeszcze więcej, więc czasami zdarzało się, że jeszcze po północy był w pracy.
- Herbaty? - zaproponował gospodarz. Kiwnięcie. Zabrał się do parzenia zielonej herbatki bez cukru, którą miał w domu tylko ze względu na przyjaciela. Po chwili przed chirurgiem stała filiżanka z parującym płynem. Ujął ją w dłonie i wypił łyk. Przez chwilę panowała całkowita cisza. Właściwie przyjaźń tych mężczyzn opierała się głównie na ciszy, co odpowiadało im obojgu (Jamesowi bardziej, Fionnowi - trochę mniej, ale zdążył się już przyzwyczaić do milczącego lekarza).
- Ta jak jej tam Włoszka jest w tobie zakochana - oznajmił ni stąd ni zowąd James. Fionn w tym momencie cieszył się, że nie ma herbaty, bo najpewniej by ją na siebie wylał.
- Lucia? - spojrzał na przyjaciela z powątpiewaniem - To niemożliwe. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. - zaśmiał się cicho na samą myśl o zakochanej w nim Parfavro. James tylko wzruszył ramionami, jakby było mu wszystko jedno, czy Fionn mu wierzy czy nie. Pewnie tak było.
- Jej ciało mówi co innego - stwierdził tylko, a O'Reilly zaczął się zastanawiać nad jego słowami. A w jego głowie zaczął kształtować się plan. W myślach dokonał pewnych zmian w organizacji balu, obiecując sobie, że wprowadzi je w życie.
(Lucia?)

26 sierpnia 2018

Od Jamesa cd. Lucii

      James von Alwas wzruszył ramionami, po czym odetchnął cicho. Cóż to była za szalona i głośna osobniczka?
- A może trochę dokładniej? - do głosu Fionna wkradła się ironia.
- Nadepnąłem jej na buta - rzucił krótko i beznamiętnie ciemnowłosy. W oczach Fionna pojawiło się zrozumienie.
- No to w takim razie dziwię się, że jeszcze żyjesz - zażartował, ale James tylko ponownie wzruszył ramionami. - Chodźmy do mojego gabinetu - poprowadził mężczyznę do niedaleko położonego pokoju, po czym zamknął za nim drzwi. Von Alwas usiadł na fotelu bliżej drzwi, a Irlandczyk usadowił się za biurkiem. Otworzył szufladę i zaczął ją przetrząsać.
- Jeśli cię to interesuje... - zaczął, ale ciemnowłosy nie dał mu skończyć.
- Nie interesuje - rzucił, ale Fionn udał że go nie usłyszał.
- Jeśli cię to nie interesuje, to wiedz, że kobieta, którą właśnie zraniłeś do żywego - James spojrzał na niego z uniesionymi brwiami. - To naprawdę dobry naukowiec. Nazywa się Lucia Parfavro. Zdążyłeś już zauważyć jej włoski temperament.
- I? - von Alwas spojrzał na niego dziwnie, a O'Reilly westchnął.
- Nic. O, podpisz tutaj. - podsunął przyjacielowi, jeśli mógł go tak nazwać, kartkę, a ten podpisał się w wyznaczonym miejscu. Fionn zawsze uważał, że ma zbyt ładne pismo jak na lekarza. - Jak poszło spotkanie z ojcem? - James uniósł na niego beznamiętny wzrok.
- Lubię cię O'Reilly - rzucił - Ale zapamiętaj sobie, że ja nie mam ojca. A na pewno nie jego. - rudowłosy uniósł dłonie w geście kapitulacji. - Gorzej niż zwykle. Dużo gorzej. - Fionn westchnął i spojrzał na przyjaciela ze współczuciem, ale gdy ten to zauważył, zmroził go wzrokiem.
- Jeśli to wszystko - powiedział James, wstając - To ja już pójdę.
- Nie, nie, nie! Jeszcze jedno. Planuję zrobić bal. Dla sojuszników Menthis. Oczywiście jesteś zaproszony. Dokładne dane wyślę ci później. Będziesz?
- Von Alwas będzie wniebowzięty - zauważył ciemnowłosy. - Postaram się. - Skinął głową na pożegnanie i opuścił gabinet Irlandczyka
(Lucia?( ͡° ͜ʖ ͡°))

4 sierpnia 2018

Od Jamesa cd. Somniastisa i Akiro

    Elizabeth Werdo podążyła wzrokiem za wymownym spojrzeniem Von Alwasa.
- Ach... to. - jej dłonie żyły zupełnie innym życiem wciąż przesuwając, przekładając i układając papiery w nadziei, że surowy przełożony nie zauważy malowideł. - Daj mi chwilę, muszę skontaktować się z odpowiednim działem - James tylko skinął głowy. Kobieta zerknęła na towarzysza oficera, jednak przez dłuższą chwilę nie mogła oderwać od niego wzroku. Był absolutnie NIE-SA-MO-WI-TY. Ach! Gdyby tylko miała chwilę, żeby go namalować. Minimalnie zirytowane chrząknięcie sprawiło że niemalże podskoczyła, po czym błyskawicznie sięgnęła po urządzenie leżące po jej lewej stronie, wystukała kilka cyfr, po czym wcisnęła kolejny przycisk i zbliżyła usta do mikrofonu.
- Oddział trzeci? Oficer von Alwas uda się do was w celu otwarcia PNO. - puściła przycisk. Przez chwilę trwała cisza, po czym dało się słyszeć odpowiedź "Gotowi". James skinął głową i nie czekając na dalsze instrukcję czy jakąkolwiek reakcję ze strony rudowłosej kobiety, złapał pudełko i ruszył w kierunku windy. Somniastis rzucił ostatnie spojrzenie Elizabeth, która wpatrwała się w niego tak intensywnie, jakby zaraz zamierzała zrobić mu portret pamięciowy, po czym chcąc nie chcąc ruszył za oficerem.
***
 James czekał cierpliwie aż jeden z pracowników podejdzie do nich (tak, jak wcześniej obiecali) i zajmą się pudełkiem. Był zmęczony całą tą sprawą i lataniem w tę i z powrotem do zegarmistrza, po prostu chciał to jak najszybciej skończyć. Somniastis też nie wyglądał na zachwyconego wizytą w tym budynku. Po chwili swą obecnością zaszczycił ich drobny, kasztanowłosy mężczyzna w okularach.
- Dzień dobry! - rzucił, uśmiechając się szeroko, po czym odebrał od von Alwasa pudełko. - Chodźcie za mną. - Poprowadził ich w kierunku drzwi po drugiej stronie pomieszczenia, mijając w międzyczasie kilkunastu naukowców w białych, zazwyczaj niezapiętych, fartuchach pracujących przy swoich stanowiskach. Wszedł do drugiego pomieszczenia. James i Somniastis wykonywali jego prośbę bez słowa. Drugie pomieszczenie było podzielone na dwie części. W jednej stało spore biurko, jeszcze większa komoda, na której walały się różne narzędzia i właściwie tyle. Tenebris pomyślał przez chwilę, że wygląda to jak pokój z narzędziami tortur. Wzdrygnął się. W drugiej, oddzielonej metalową przegrodą i wzmocnionymi oknami znajdował się jedynie blat oraz średniej wielkości, metalowe pudełko.
- Dajcie mi sekundkę - powiedział naukowiec, gdy już położył pudełko na biurku - to dość prosty zamek, zwykły wytrych powinien dać sobie radę. - James nie ruszył się ani o milimetr spod drzwi. - Będziecie musieli tu zostać. Na wypadek gdyby to było coś niebezpiecznego. - James skinął głową. Okularnik otworzył jedną z szuflad komody, po czym wyjął drobny przedmiot, po czym zabrał wszystko do oszklonej części. Zamknął i zaryglował za sobą drzwi. Następnie postawił delikatnie pudełko na blacie. Po chwili w ciszy rozniosło się kliknięcie mechanizmu. Naukowiec zdjął kłódkę. Delikatnie uchylił wieko, zerkając do środka. Niemal natychmiast zamknął je z powrotem, cofając się o krok. Von Alwas zmarszczył brwi. Coś było zdecydowanie nie tak.
(Somniastis? Akiro?)

18 czerwca 2018

Od zegarka do prawdy - Akiro, James Somniatis

  Legenda:
Somniatis
Akiro
James

Somniatis stał bez ruchu, czekając na to, co się wydarzy.
Ja tylko się uśmiechnąłem.
- Dzięki, dam sobie rade.
- Cudownie - rzucił James - W takim razie myślę, że nasze drogi w tym miejscu się rozchodzą
- Otworzę panu drzwi - zaoferował Somniatis, już ruszając w kierunku wejścia.
- Oj jeszcze się spotkamy.
- Nie trzeba - odparł von Alwas szybko, po czym skinął głową na pożegnanie - Zapewne do zobaczenia
- Jak otworzysz zamknięte drzwi na klucz?
Somniatis uśmiechnął się i jednak podszedł do drzwi. Zamek szczęknął i wyjście ze sklepu stało przed Jamesem otworem.
- Dziękuję za współpracę. - dodał Dr na koniec, po czym wyszedł, tym samym zanurzając się w tłumie i gwarze miasta.
Usiadł na blat 
- Spotkamy go w najbliższym czasie. - Powiedziałem od niechcenia.
- Dlaczego tak sądzisz? - Spytał ciemnowłosy, wyglądając przez szybę w ślad za SJEW-owcem.
- Przeczucie. - Odparłem sięgając po telefon i wybierając numer. - Halo, mam dla ciebie zadanko. Masz śledzić gościa piecze zniknie za 15 minut powodzenia - Po czym się rozłączyłem.
Atis spojrzał na Akiro i uniósł brwi, jednak nic nie powiedział. Zajął się za to dzwonkiem nad drzwiami, który był dla niego zagadką od jakiegoś czasu.
***
Bon był na ulicy i namierzył owego geniusza, facet wstąpił po drodze do sklepu.
James postanowił, że po wykonaniu zadania wstąpi na chwilę do spożywczaka. Czekało go jeszcze wiele godzin pracy w jednej z klinik, więc chciał zdobyć choć trochę energii. Szybko złapał z półki wafle ryżowe i awokado, po czym ruszył do kasy.
Przez mały przypadek chłopak zderzył się z sjewowcem na zewnątrz, przy sklepie.
- Przepraszam.
- Nic się nie stało. - rzucił, po czym ruszył zdecydowanym krokiem w stronę kliniki.
Bon otrzepał się i trzymał dystans od chłopaka. Widział, jak wchodzi do wielkiego budynku.
James wchodzi do kliniki. Ma telefon.
"Jak to stamtąd wyszedłeś? Miałeś ich zrewidować idioto! Co? Nie dotarło do ciebie? Kto ci przekazywał informacje? ...aha, ten idiota. Dobra. jesteś usprawiedliwiony. A teraz bierz cztery litery i z powrotem masz!"
Zadzwonił do Akiro ze on wraca na miasto
***
Somniatis kolejny raz trącił dzwonek, wsłuchując się w jego brzmienie. I kolejny raz go usłyszał. Dlaczego więc, gdy pracował nad zegarem z kukułką to mu umknęło?
- Akiro, słyszysz dźwięk dzwonka? - spytał, rzucając spojrzenie do będącego za ladą chłopaka.
- Ledwo co, cichy jest. Możne go wymienimy. - Mówił jak zadzwoniła mu komórka
- Alee... lubię go. - Atis westchnął i nagle drzwi się otworzyły, uderzając do w plecy i niemal przewracając.
- Proszę wybaczyć - powiedział James, stając na środku pomieszczenia. - I za drzwi i za drugą wizytę. Zostałem wyznaczony do rewizji tego budynku.
- Rewizji? - Powiedział Aki. - Wiedziałem, że się spotkamy, ale żeby tak szybko? - Zaśmiał się.
Atis westchnął.
- Za godzinę ma przyjść ważny klient... może pan się pośpieszyć? - poprosił, siląc się na uśmiech. Dla tego ważnego klienta nie miał nawet gotowego zegarka, co tym bardziej sprawiało, że wolałby nie zamykać ponownie sklepu.
- Dla mnie szybkie wykonanie tego zadania jest równie ważne  jak dla pana. Parter myślę że uda się zrewidować w godzinę. Czy jest jakieś wejście na pierwsze piętro?
- Da się tam dostać tylko z klatki schodowej w sąsiedniej kamienicy. Nie mam do niego niestety dostępu. - Atis odwrócił tabliczkę na drzwiach z "otwarte" na "zamknięte" po raz drugi tego dnia. - Chce pan zacząć tutaj, czy od zaplecza?
- Chyba zacznę na zapleczu. - rzucił James i ruszył w stronę drzwi po drugiej stronie pomieszczenia. Nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Mężczyzna znalazł się w niezbyt długim korytarzu, po którego obu stronach znajdowało się w sumie troje drzwi, a który kończył się pustą framugą, za którą widać było kawałek szafki ze zlewozmywakiem.
Somniatis stanął za Jamesem, chcąc być w pobliżu mężczyzny, gdy jego rzeczy będą przeglądane. Rzucił jeszcze umyślnie zdenerwowane spojrzenie Akiro chcąc mu przekazać, że nie wie dokładnie co znajduje się w pokojach.
- Wszystkich nie używamy, nawet do nich nie zaglądaliśmy jeszcze porządnie. - odparł.
- Nie interesuje mnie to zbytnio. - rzucił w odpowiedzi. - Jest wasz, więc muszę go zrewidować. Przykro mi, takie są procedury. James skierował swe kroki ku pierwszym drzwiom.  Gdy wszedł do środka, jego oczom ukazała się niemała rupieciarnia. W sumie jedynym czystym fragmentem pomieszczenia było łóżko przy jednej ze ścian. Prowadziła do niego ścieżka przez cały bajzel. I to właśnie nią ruszył Dr. Westchnął ciężko, założył skórzane rękawiczki i zabrał się za przeglądanie rzeczy. Większą część pomieszczenia stanowiły zegary, małe i duże, te na ścianę i te na nadgarstek, te stare i te nowe. Jednak von Alwas szukał czegoś innego.
Ciemnowłosy oparł się o framugę drzwi, przyglądając się poczynaniom SJEW-owca z uwagą. Patrząc na dżunglę, która rozrosła się w jego pokoju na prawdę nie był pewien czy nie znajduje się tam coś, co zwróci uwagę mężczyzny. Miał też nadzieję, że w tej stercie nie zakręciły się jakieś materiały wybuchowe, które produkował dla watahy lub inny nielegalny sprzęt. Przelotnie pomyślał, że nie zdziwiłby się, jakby James znalazł tam zaginiony portret Mona Lisy.
Odbił się z lagu i podszedł 
- Jak pan znajdzie zabawkę dla mojego znajomego, dzieciaka niech  pan powie.
Umysł Jamesa podzielił się dokładnie na pół jeśli chodziło o tematykę jego myśli. Pierwsze pół szperało z jego dłońmi w przedmiotach, drugie pół łączyło fakty. Zaraz. Znajomy dzieciak. Dzieciak, który na niego wpadł. Gdy wychodził z kliniki wydawało mu się, że widział jego twarz w tłumie. 
- Zapamiętam - rzucił tylko w odpowiedzi do Akiro. 
- A tak z ciekawości, którym oddziale się znajdujesz James?
- Oddział ds. opieki nad obiektami. - rzucił nie zaszczycając pytającego nawet spojrzeniem.
- No to fajna fuchę masz. Zwierzaki dają ci w kość czy co tam macie.?
- Jako, że jesteśmy na wyższym pułapie w ewolucji, a nasza inteligencja, przynajmniej u niektórych, jest ponad przeciętną, to śmiem twierdzić, że nie dają w kość. Przynajmniej ja tego nie odczuwam.
- Rozumiem. - Jego dedukcja była ciekawa - Ciekawie, że akurat wysłali ciebie.
- Mnie również to ciekawi. Mam lepsze rzeczy do robienia, z całym szacunkiem - odparł, po czym skonfiskował kolejny dziwny przedmiot.
- Pewnie na górze maja niezły bałagan, skoro cie tu dali, albo co innego.
- Kto wie.
Akiro wszedł do środka i zabrał nakręcane zwierzaki i 3 zegarki
- Musze je zanieść, bo spóźnię się z dostawą.- Powiedział, wychodząc z pomieszczenia.
- Skończyłem. - James wstał, minął Somniastisa i przeszedł do kolejnego pokoju, gdzie rutyna rozpoczęła się znowu. Wziąć, przejrzeć, odłożyć. I tak w kółko. Tenebris ruszył za nim i ponownie stanął w drzwiach, patrząc dziwnym wzrokiem na intruza. 
W pokoju Tiffany nic się nie zmieniło, odkąd zniknęła. Ciemnowłosy patrząc, jak SJEW-owiec przegląda jej rzeczy czuł się dość dziwnie i nieprzyjemnie. Wolałby, by nikt ich nie dotykał, by nikt nic nie ruszał. Przecież dziewczynka nie chowała przecież przed nim podejrzanych przedmiotów... prawda? PRAWDA?!
Polazł do miasta, by oddawszy rzeczy zebrane z pokoi, których nie przeglądnął, po czym wrócił. Szybko mu to zeszło.
James zajrzał pod łóżko zaginionej. Pod warstwą kurzu coś błysnęło... wyciągnął spod łóżka sporej wielkości metalowe pudełko. Było zamknięte na kłódkę. 
- Czy wie pan, gdzie może znajdować się klucz od tego? - spytał. - Jeśli nie, będę musiał sobie poradzić innymi metodami. - spojrzał na Tenebrisa wyczekująco.
Mężczyzna poczuł lodowate ciarki na plecach. Nie miał pojęcia, że to tam było, a emanująca od tego ciemna aura wskazywała, że w środku znajduje się zapewne jakiś przedmiot, przywleczony przez dziewczynkę z jej wymiaru. Przełknął ślinę i pokręcił przecząco głową.
Wszedł i zamknął drzwi, podszedł do Som.
- Hm. No cóż. W takim razie wezmę je ze sobą. Może pan zostać powiadomiony o tym co było w środku lub... jeśli panu zależy, może pan pojechać i obserwować otwarcie tego pudełka. Więc?
Mężczyzna rzucił spojrzenie na Akiro, który właśnie pojawił się w przedpokoju, po czym wrócił spojrzeniem do opakowania.
- Chyba wolałbym przy tym być... - powiedział cicho i dość spokojnie, mimo że bał się chwili, w której kłódka zostanie złamana.
(C.D.N)